Gość Gliwicki 04/2020 Archiwum

Putin w Strasburgu

W nowym Parlamencie Europejskim najtrudniej będzie się odnaleźć takim partiom jak PiS. Z jednej strony schyłkowa, ale ciągle silna poprawność polityczna, z drugiej – cień Kremla w nowej, prawicowej fali.

Obserwowany w Europie od dłuższego czasu wzrost poparcia dla partii, które w różnym stopniu kontestują dotychczasową politykę europejską, pozwala przewidywać, że właśnie wybrany skład PE różni się od poprzedniego w sposób odczuwalny. (Kiedy wysyłamy ten numer GN do druku, nie znamy jeszcze dokładnych wyników wyborów.) Nie do tego stopnia jednak, by całkowicie przełamać monopol chadeków i socjalistów, ale na tyle mocno, by namieszać w organizacji grup parlamentarnych i tym samym w pracy nowego PE.

Rosyjskojęzyczni

Stanowiące dotąd margines tzw. partie antysystemowe najprawdopodobniej uzyskały w sumie ok. 25 proc. mandatów. Poza krytyką unijnej biurokracji i centralizmu, sprzeciwem wobec polityki imigracyjnej, federalizacji UE i dominującej ideologii poprawności politycznej można w nich znaleźć jeszcze jeden wspólny mianownik: bardziej lub mniej otwartą prorosyjskość. U jednych wynika ona z tzw. nowego realizmu politycznego (z Rosją „trzeba się dogadać”), u innych z autentycznego podziwu dla Władimira Putina i wiązanych z nim nadziei na konserwatywną kontrrewolucję w całej Europie. Część z tych partii wybrała prorosyjski kierunek wyłącznie z przekonania, ale nie brak też takich, którym to przekonanie wzmacniają finansowe zastrzyki z Moskwy. To wszystko sprawia, że PiS w nowym Parlamencie Europejskim może mieć pewne trudności ze zdolnością koalicyjną. Wprawdzie liderzy tych partii nie ukrywają, że w PiS-ie widzą naturalnego partnera w tworzeniu grupy parlamentarnej, ale różnice w stosunku do Rosji stawiają taki sojusz pod dużym znakiem zapytania. PiS ma poważny problem: z jednej strony grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, którą obecnie współtworzy, może zostać znacznie osłabiona po opuszczeniu jej przez europosłów z brytyjskiej Partii Konserwatywnej, z drugiej partia Jarosława Kaczyńskiego jest kuszona wejściem do leżącej bardziej na prawo Europy Narodów i Wolności, w której PiS byłby chyba jedyną partią o poglądach wyraźnie antyrosyjskich.

Front rosyjski

Najważniejsze w tej układance będą dwie partie: francuski Front Narodowy oraz włoska Liga Północna. Ich siła wynika zarówno z największego poparcia we własnych krajach, jak i z liczby mandatów, które Francja i Włochy mają w Parlamencie Europejskim. Szefowa Frontu Narodowego już dawno publicznie deklarowała współpracę z Jarosławem Kaczyńskim, ale powiązania jej partii z Rosją budzą największe obawy. Określenie „pierwsza partia putinowska” na Zachodzie niekoniecznie musi być nadużyciem. Kilka lat temu Front Narodowy otrzymał pożyczkę od Pierwszego Banku Czesko-Rosyjskiego z siedzibą w Moskwie. Pieniądze wpłynęły na konto Frontu Narodowego kilka miesięcy po tym, jak partia pani Le Pen uznała rosyjską aneksję Krymu. Ponadto z ujawnionych przez prasę SMS-ów wynika, że stanowisko Frontu Narodowego w sprawie Krymu było przedmiotem korespondencji pomiędzy rosyjskimi urzędnikami, którzy uznali, że należy „wynagrodzić” jakoś tę partię za uznanie dla działań Rosji. Władze Frontu nie dementowały informacji o moskiewskiej pożyczce. Przeciwnie, dyrektor finansowy FN Wallerand de Saint-Just powiedział, że partia potrzebuje znaczących środków na kampanie wyborcze i zapewne ponownie zwróci się do Pierwszego Banku Czesko-Rosyjskiego po kolejne finansowanie. To pewnie dlatego w paryskiej ambasadzie Federacji Rosyjskiej często można spotkać rodzinę Le Penów, a na zjeździe partii w Lyonie pojawił się deputowany kremlowskiej Jednej Rosji Andriej Isajew, a także zastępca szefa Komisji Spraw Zagranicznych Rady Federacji Andriej Klimow. Ich przemówienia członkowie Frontu Narodowego oklaskiwali na stojąco.

Liga moskiewska

W przypadku włoskiej Ligi Północnej sprawa jest bardziej skomplikowana. Jej lider, a zarazem wicepremier i minister spraw wewnętrznych Matteo Salvini, nie ukrywa swoich prorosyjskich poglądów i osobistego podziwu dla Władimira Putina. To wystarczy, by mieć poważne obawy co do zawierania z nim sojuszu w PE. Nie da się jednak łatwo udowodnić bezpośrednich powiązań Ligi z Moskwą. W styczniu tego roku próbował zrobić to włoski tygodnik „L’Espresso”. Dziennikarze śledczy gazety przekonywali, że planowana transakcja sprzedaży przez Rosjan 3 mln ton oleju napędowego włoskiemu koncernowi Eni (należącemu do państwa) miała być przykrywką dla przekazania pieniędzy dla Ligi Północnej. Dziennikarze nie dowiedli jednak, że do transakcji doszło, a Salvini wszystkiemu zaprzeczał. Dziennikarzom udało się za to wykazać, że sieć powiązań między ludźmi związanymi z Ligą a otoczeniem Putina jest dość gęsta. Bo jeśli główny doradca wicepremiera Włoch w ciągu roku podróżuje do Moskwy kilkadziesiąt razy, a jednocześnie jest głównym mózgiem całego projektu z zakupem oleju od Rosjan, to trudno uznać to za niewinny zbieg okoliczności. I o ile można jeszcze zrozumieć sprzeciw Salviniego wobec sankcji nakładanych na Rosję (uzasadniał to stratami, jakie ponieśli przedsiębiorcy z północy Włoch), to ostentacyjne fotografowanie się w Moskwie w koszulce z wizerunkiem Putina należy uznać za wyraźną deklarację ideową.

Jak Farage z Orbánem

W raporcie European Council on Foreign Relations z 2016 r. przeanalizowano 45 europejskich partii określanych jako „partie buntu”. Chodzi o bunt przeciwko dominującej w UE poprawności politycznej i federalizacji kosztem państw narodowych. Autorzy raportu wykazali, że większość z tych partii była nie tylko pozytywnie nastawiona do Rosji, ale przede wszystkim popierała rosyjską politykę. Część z nich miała duże szanse w wyborach do PE na całkiem dobry wynik, pozwalający na poważne traktowanie w nowym rozdaniu. To środowiska, które różni bardzo wiele, ale łączy właśnie tzw. antysystemowość (a czasami wręcz antyunijne poglądy) i wyraźne zerkanie w stronę Moskwy. Mamy z jednej strony niezwykłe zjawisko, jakim jest Partia Brexitu Nigela Farage’a (w sondażach biła na głowę obie główne partie w Wielkiej Brytanii), a z drugiej – rządzący na Węgrzech Fidesz Viktora Orbána. To, czy ten drugi ostatecznie opuści szeregi Europejskiej Partii Ludowej i wejdzie do jednej grupy z PiS-em, pozostaje ciągle niewiadomą. Prorosyjskość Orbána jest na tle pozostałych „antysystemowych” liderów głównie pragmatyczna, obliczona na polityczne i gospodarcze balansowanie między Brukselą a Moskwą, ale i to stanowi dla PiS-u niemały problem.

Nic nowego?

Nowa fala europejskiej prawicy widzi w Putinie partnera do przeprowadzenia… konserwatywnej rewolucji w Europie. Główne niebezpieczeństwo tego flirtu z Rosją polega na tym, że dostrzegając wypalenie ideowe i polityczne europejskich elit, prawicowe środowiska swoją nadzieję pokładają w człowieku, który chętnie wykorzysta to do swoich celów. Główna użyteczność prorosyjskich partii dla polityki Kremla polega na osłabianiu jedności UE. To część strategii polegającej na nieustannym zabezpieczaniu interesów imperium w każdym zakątku Europy. Unia Europejska nie tylko stoi przed realną perspektywą stopniowego rozpadu z powodów polityczno-gospodarczych, ale też dusi się od narzuconej przez siebie poprawności politycznej, która stała się dla niej pętlą na szyi. Zachwyceni Putinem zachodni liderzy nie rozumieją jednak tego, że paktowanie z nim, niezależnie od własnych intencji, i tak skończy się realizacją interesów cara Rosji.

Jest tylko jeden słaby punkt w tym wypominaniu nowej prawicy prorosyjskich ciągotek. Ktokolwiek z europejskiego establishmentu chciałby rzucić kamień, musi najpierw odpowiedzieć na pytanie, czy sam dotąd nie reprezentował rosyjskich interesów – świadomie lub nie. Bo cóż z tego, że Front Narodowy czy Liga Północna otwarcie wyrażają podziw dla Putina, skoro i dotąd, za rządów „przewidywalnych” i jak najbardziej proeuropejskich polityków, Rosjanie ubijali w Europie całkiem dobre interesy. Salvini może i robił sobie zdjęcia w koszulce z Putinem, ale to nestor włoskiej centroprawicy Silvio Berlusconi spędzał sympatyczne weekendy na daczy Putina w Soczi. Może i Orbán poszedł za daleko w umowach gospodarczych uzależniających Węgry od rosyjskich pożyczek i technologii, ale przecież to kanclerz Merkel do dziś broni kolejnej nitki gazociągu Nord Stream, który na dobre uzależni Europę Zachodnią od rosyjskiego gazu. PiS ma niewątpliwy dylemat, czy wchodzić do grupy parlamentarnej, którą zdominują wyraźnie prorosyjskie partie. Jednak dla unijnego establishmentu chyba nie prorosyjskość tych partii stanowi największą bolączkę.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji