Nowy numer 21/2022 Archiwum

Ekstremalna młodość Joasi

Joanna Krypajtis, wilniuczka z Warszawy. Teraz wyprasza łaski...

W bocznej nawie wileńskiego kościoła Świętego Ducha poruszenie. Grupa polskich pielgrzymów z zainteresowaniem ogląda niewielką wystawę. Ze zdziwieniem komentują: „A my z Warszawy, gdzie umarła, i nic o niej nie wiedzieliśmy”. O niej, czyli o Joasi Krypajtis. Na zdjęciach ładna, ciemnowłosa, uśmiechnięta dziewczyna. I inne dziewczynki – ubrane na biało „sypaczki” kwiatków na procesjach w parafii. Wśród nich Joanna: kochająca córka, siostra, przyjaciółka. Urodzona w Wilnie w 1944 r., zmarła w Warszawie w 1964 r. Naznaczona chorobą dziewczyna, która innym dawała wsparcie i modlitwę. Niejedną łaskę już w niebie wyjednała…

Rodzina

– Joasia była 4 lata starsza ode mnie. Zawsze była przy mnie, opiekowała się mną od dziecka, w Wilnie, potem w Warszawie. I nawet gdy była ciężko chora, była mi oparciem. Teraz też czuję jej duchową obecność – wspomina Jadwiga Krypajtis-Hajt. – Joasia była trzecia z rodzeństwa, potem urodziła się Elżunia, a na końcu ja. Najstarsza z nas to Marysia, a brat Andrzejek umarł jeszcze w Wilnie...

Ich rodzice, Jadwiga i Józef, pobrali się w 1939 r. Ślub był w wileńskiej katedrze, w kaplicy św. Kazimierza. – To byli wspaniali ludzie, kochający bardzo siebie i nas. Mama należała do Sodalicji Mariańskiej, była też reżyserem i wystawiała przed wojną przedstawienia. Ojciec był drużynowym słynnej Wileńskiej Drużyny Harcerzy „Czarna Trzynastka”, był też organistą, śpiewał w chórach i animował chóry. Rodzice pobrali się, gdy wybuchła wojna i czasy były trudne. Bardzo zależało im na ślubie kościelnym, a wilnianie byli pewni, że wejście do miasta Rosjan będzie się wiązało z zakazem ślubów kościelnych… Byliśmy kochającą się, szczęśliwą rodziną.

Jednak na rodzinę spadł cios: ojciec został aresztowany i wywieziony na 10 lat do Workuty. – Ja miałam wtedy trzy miesiące. Było nam niewyobrażalnie ciężko, bo mama została z gromadką maleńkich dzieci. Wtedy właśnie 5-letnia Joasia zaczęła się mną opiekować… – wspomina pani Jadwiga.

Dzielna matka radziła sobie z dziewczynkami, nie zapominając o formacji religijnej i duchowej. – Od wczesnego dzieciństwa prowadzała nas do wileńskiego kościoła Świętego Ducha, gdzie byłyśmy „sypaczkami” kwiatków, takimi bielankami. Tam były częste procesje, nie tylko w oktawie Bożego Ciała, ale przez cały rok. Procesja szła nawami bocznymi, my sypałyśmy przed Najświętszym Sakramentem kwiaty… Pamiętam taką scenę: stoję przodem do witraży, które są umieszczone od ul. Dominikańskiej. Widzę przepiękne promienie słońca, które załamują się i przebijają przez szkło, wokół dymy kadzidła, a pośrodku – Najświętszy Sakrament…

Sypały kwiatki Panu Jezusowi małe Krypajtisówny, sypały ich koleżanki, w tym Krysia Rodkiewiczówna. Po latach dr Krystyna Rodkiewicz przypomni sobie o Joasi, czy może Joasia jej się przypomni...

Joasia żarliwie modliła się w jednej tylko intencji: o powrót tatusia z Workuty… Ojciec, słaby i chory, wrócił do rodziny po śmierci Stalina – został zrehabilitowany.

Warszawa

Pani Jadwiga miała 5 lat, gdy z Wilna rodzina przeprowadziła się do Warszawy. Po wojnie granice zostały przesunięte, wielu wilnian decydowało się na wyjazd… – Przyjechałyśmy tutaj, bo pomogła nam sprowadzić się do Warszawy Zofia – siostra mojej mamy. Ulokowała nas w Moczydle. Mieszkaliśmy w maleńkim pokoju, w trudnych warunkach. Pamiętam, jak w maju Joasia biegała z dzwoneczkiem od domu do domu i zapraszała wszystkich do modlitwy Litanią Loretańską. Potem przeprowadziliśmy się na Mokotów – wspomina pani Jadwiga.

Joasia miała prawie 10 lat, gdy wyjechała z Wilna do Warszawy. – Połowę swojego życia spędziła więc w Wilnie, połowę w Warszawie.

W Wilnie Joasia chorowała „zwyczajnie”, jak inne dzieci: grypa, angina, przeziębienie. Nic nie wskazywało, że niedługo poważnie zachoruje. – Siostra chodziła do Gimnazjum im. Królowej Jadwigi. W klasie drugiej spadła z drabinek. Mama mówiła, że może ten uraz miał związek z nagłą chorobą. Ale tego nikt nie wie… – wspomina pani Jadwiga. – Pamiętam, że z Marysią uczyły się w parku Dreszera. Gdy kiedyś wracały, Joasia nagle zaniemogła, pojawiły się poważne problemy neurologiczne. Mama widziała, że to coś bardzo poważnego. Zaczęła szukać pomocy u lekarzy w całej Polsce. W końcu trafiła do znanego profesora – Jana Oczki. Choroba postępowała, a siostra słabła…

W końcu przyszła diagnoza: zapalenie rdzenia kręgowego. Joasia z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, cierpiała coraz bardziej. Nastąpił paraliż rąk, nóg, przepony brzusznej, mięśni oddechowych, w końcu ślepota. – Joasia była 4 lata w szpitalu, a ja woziłam jej w chlebaku zupę i drugie danie, żeby nie musiała jeść jedzenia szpitalnego. Mama przychodziła do niej wieczorem, dbała, by nie miała odleżyn. Ojciec, który pracował bardzo dużo, gdy odwiedzał córkę, formował ją duchowo. Siostra była też otoczona opieką wielu kapłanów, ich modlitwą i wsparciem. Często wpadał do niej m.in. ks. Jan Twardowski. Odmawiali Różaniec i wychodził…

Joasia nie opowiadała o sobie, nie skarżyła się na ból. Modliła się i ofiarowywała swoje cierpienie w wielu intencjach. – Pomimo jej ciężkiego stanu to do niej przychodziliśmy po oparcie… Miała nóżki chudziutkie, mięśnie zanikały, ręce były niewładne, a sztuczne płuco oddychało za nią. Ale to nie miało znaczenia, bo ona była Bogiem silna… Wszystkie cierpienia przeżywała w łączności z cierpiącym Jezusem i świadomie.

Przed śmiercią Joasia poprosiła, by mogła być we własnym domu. Nie chciała umierać w szpitalu...

Śmierć

3 maja 1964 r. Joanna Krypajtis umiera. Matka po latach wspominała w książce pt. „Joasia” (wyd. Sióstr Zmatwych­wstanek, 1979): „Około godziny 2 otworzyła oczy, jakby znowu widziała, i zawołała głośno: – O! Jest już przy mnie, jest!

– Kto, Joasiu? – zapytałam.

– Pan Jezus! – odpowiedziała z uśmiechem. To były ostatnie jej słowa. Długo patrzyła z przemiłym, pełnym zachwytu uśmiechem w jeden punkt. Potem oczy zaczęły się powoli zamykać. (…) W święto Królowej Polski, 3 maja 1964 r., Joasia odeszła do domu Ojca. Odeszła cichutko z uśmiechem na ustach, tak jak ciche i piękne, choć męczeńskie było jej życie”. Dla pani Jadwigi odejście Joasi, chociaż pełne nadziei, było wielką stratą, ciosem: – Odeszła moja ukochana siostra. Odeszła fizycznie. Na szczęście duchową łączność z nią miałam od początku i mam do tej pory…

Czasem ktoś o Joannie Krypajtis mówi „wizjonerka”. – Ona nie była wizjonerką, a zwyczajną dziewczyną kochającą Pana Boga. A Pan Bóg dał jej niezwykłą świadomość potrzeby cierpienia, konieczności ofiarowywania cierpienia. I to było niezwykłe. Te cierpienia mają sens i moc zbawczą.

Święta?

Po śmierci Krypajtisówny do rodziców zaczęły napływać świadectwa związane z modlitwą i wstawiennictwem dziewczyny. Joasia wypraszała łaski dla małżonków, dla chorych, wiele osób dzięki niej się nawróciło. – Pisali listy ze świadectwami, z tych listów o Joasi powstała książka. Mama też spisała swoje wspomnienia – wydane najpierw przez siostry zmartwychwstanki, następnie przez loretanki, w niewielkim bardzo nakładzie. Książki rozeszły się natychmiast...

Po 50 latach od śmierci dziewczyny dr Krystyna Rodkiewicz modli się na Mszy św. w wileńskiej Ostrej Bramie. W czasie kazania słyszy o niezwykłym krótkim życiu wilniuczki, która zmarła w Warszawie w wieku 16 lat. Przypomina sobie, że ta Joanna Krypajtis to przecież jej koleżanka z czasów, gdy sypały kwiatki, czarnowłosa wesoła Joasia. – Krysia odnalazła nas i przyjechała z Wilna! Mama jeszcze żyła. Opowiedziała jej historię Joasi, a Krysia postanowiła o tym życiu mówić i starać się o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego mojej siostry. Rozpoczęłyśmy więc zbieranie listów i dokumentacji, potrzebne były też świadectwa – na szczęście żyli jeszcze ludzie, którzy pamiętają zwykłą niezwykłość Joasi...

27 stycznia 2016 r. Kuria Metropolitalna Warszawska zatwierdziła tekst modlitwy, którą można się modlić za wstawiennictwem Joasi w różnych potrzebach. Została wydrukowana na obrazku wraz z krótkim życiorysem. – 10 tys. obrazków rozeszło się błyskawicznie, chciałabym kolejne wydrukować, ale to kosztuje, a ja jestem skromną emerytką – opowiada pani Jadwiga. – Chciałabym je wśród młodzieży rozdawać, bo Joasia jest wzorem do przeżywania przez młodych życia: przeszła młodość… ekstremalną. Jeśli po 50 latach ludzie ją cenią i pamiętają, to znaczy, że w ich dusze wpisała się na dobre.

Czy Joanna Krypajtis zostanie błogosławioną? – Jeśli będzie przez Kościół ogłoszona kiedyś błogosławioną, to wspaniale. Dla nas, rodziny i bliskich, ona zawsze była świętą. Bo jeśli ktoś świadomie zgadza się na cierpienia i przyjmuje je z łagodnością i uśmiechem, by być bliżej Jezusa, to jak go inaczej nazwać? Wierzę, że moja siostra cały czas wstawia się za potrzebującymi.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama