Gość Świdnicki 26/2019 Archiwum

Śpiewam, bo lubię

O pięciu dekadach na scenie, wierności rockowi i braku ciśnienia opowiada Krzysztof Cugowski.

Szymon Babuchowski: 50 lat na scenie – brzmi poważnie, monumentalnie wręcz. Patrzy Pan w przeszłość z poczuciem dumy czy może jest jeszcze w Panu niedosyt, chęć dopowiedzenia czegoś?

Krzysztof Cugowski: Prochu już na pewno nie wymyślę. Przez tych 50 lat wykonałem tyle różnych rzeczy, że wystarczyłoby tego na kilka osób. Ale póki jestem sprawny – przede wszystkim muzycznie – to cały czas coś robię. Teraz mam zupełnie inny zespół i jestem w innym miejscu. Oczywiście gramy także stare piosenki, ale trochę inaczej i to na pewno przydaje świeżości. Bo człowiek, który robi coś przez bardzo wiele lat, zaczyna wpadać w rutynę. Nawet w tak podeszłym wieku też czasem potrzeba diametralnej zmiany. Natomiast nie wiążę tego z nadziejami na jakikolwiek sukces, bo jest mi to niepotrzebne. Teraz śpiewam to, co lubię, i to ja o tym decyduję, a nie rynek czy nawet publiczność. Więc jeżeli ktoś chce przyjść na mój koncert, to z przykrością musi zaakceptować repertuar, który wybrałem. (śmiech) Ale myślę, że ludzie to rozumieją. Nie mam problemów z koncertami, gram dużo – w Polsce i za granicą.

Z tych pięciu dekad cztery przypadają na śpiewanie w Budce Suflera. Siłą rzeczy jest więc Pan z tym zespołem kojarzony. Chciałby się Pan teraz trochę od tego odkleić?

Nie, nawet nie miałbym takiej szansy! Ja ten zespół założyłem, dałem mu nazwę i spędziłem w nim 40 lat mojego życia, z okładem. Jestem dumny i szczęśliwy, że to wszystko tak się odbyło. Bo to wcale nie jest proste utrzymywać zespół przez tyle lat – z sukcesami, bez większych kataklizmów, w spokoju i dobrej kondycji. Pożegnaliśmy się z publicznością też nietuzinkowo – dużą trasą koncertową w Polsce i za granicą, dla Polonii. Punktem kulminacyjnym tej trasy był świetny występ na Przystanku Woodstock, uwieczniony na płycie. Tak jak trzeba i tak, jak sobie to zawsze wyobrażałem.

Graliście wtedy głównie materiał z pierwszej płyty Budki Suflera. Czy podziela Pan opinię, że dwa pierwsze albumy Budki są najważniejsze w całym jej dorobku?

Tak, ja też tak uważam. Zresztą dużą część mojego jubileuszowego programu stanowi repertuar z tych dwóch płyt. Oczywiście przearanżowany, bo różnica prawie 45 lat to jest przepaść pod każdym względem. Ale też jestem zdania, że te dwie płyty są najlepsze pod względem artystycznym i zostaną w historii polskiego rocka. Tutaj nie ma dyskusji. Potem nagraliśmy bardzo wiele różnych rzeczy, ciężar gatunkowy trochę się zmniejszył, zwłaszcza w latach 90., kiedy wydaliśmy bardzo popularne płyty. One z kolei spowodowały, że staliśmy się znani nie tylko słuchaczom muzyki rockowej, ale słuchaczom w ogóle. Płyty „Nic nie boli, tak jak życie” i „Bal wszystkich świętych” to były przeboje dla wszystkich. Można się zastanawiać, czy przez to nie straciliśmy charyzmy zespołu rockowego, ale to są wszystko dywagacje. Bo przecież, mimo wszystko, gramy i śpiewamy dla publiczności.

Rozpiętość gatunkowa pomiędzy suitą „Szalony koń” a „Takim tangiem” jest faktycznie duża…

Ale trzeba też wziąć pod uwagę czas, w którym te utwory powstawały. Pierwsza i druga płyta to połowa lat 70., kiedy muzyka rockowa była mainstreamem. Natomiast rynek zmieniał się przez te 40 z górą lat i przypuszczam, że gdybyśmy nie nagrali tych dwóch płyt pod koniec lat 90., to dawno przestalibyśmy grać. A tak nasza tzw. kariera została prolongowana jeszcze na blisko 20 lat. To są rzeczy niebagatelne. Dlatego doceniam i szanuję zarówno dwie pierwsze płyty, jako artystyczny przejaw naszej młodości, jak i te płyty z końca lat 90., które zmieniły nasze życie – przede wszystkim pod względem finansowym. W wieku lat 50 było mnie nagle stać na postawienie sobie domu. Z grania ortodoksyjnej muzyki rockowej, owszem, dawało się żyć, ale szału nie było.

Są pewnie i tacy, którzy tę zmianę stylu traktują jak zdradę.

Wiem, że są ludzie, którzy trzymają się muzyki rockowej w sposób ortodoksyjny. Ja to szanuję absolutnie! Jestem pełen podziwu dla nich, bo od wielu lat polska muzyka rockowa jest niszą. Wystarczy włączyć radio i posłuchać czołowych stacji. Owszem, muzykę rockową się gra, ale w nocy, żeby zachować wymagany parytet polskiej muzyki. Więc polskiego rocka możemy posłuchać między pierwszą w nocy a piątą nad ranem. Większość ludzi wtedy śpi.

A Pan w której części swojego repertuaru czuje się najlepiej?

W tej chwili śpiewam tylko rzeczy o rockowej podstawie. Żadnych popowych piosenek. I nie chodzi tu o to, że ich nie lubię. Po prostu tak mam: jestem słuchaczem muzyki rockowej od pięćdziesięciu paru lat. Na niej się wychowałem, jestem jej wierny. Więc teraz, kiedy to ja decyduję, co gram – gram to, co lubię.

Rozumiem, że w Budce bywało z tym różnie. Zamknęliście zespół z powodu zmęczenia materiału?

Wie pan, jak się gra ze sobą ponad 40 lat, to świeżości już nie ma. I nie ma w tym niczego nadzwyczajnego czy dziwnego. Po prostu: to, co mieliśmy do zrobienia razem, zrobiliśmy. I nadszedł kres tej całej sytuacji. Czy to się komuś podoba, czy nie – wszystko się kiedyś kończy.

Od razu miał Pan pomysł na to, co dalej?

Umawialiśmy się z synami na pracę razem, na jakąś płytę, od dawna. Ale w związku z tym, że byłem mocno zaangażowany w pracę zespołu – nie miałem na to czasu. Dlatego po zakończeniu działalności Budki łagodnie przeszedłem do projektu Cugowscy. Nagraliśmy płytę, graliśmy ze sobą ponad trzy lata. Zagraliśmy bardzo wiele koncertów. Praca z dziećmi jest szalenie ciekawa.

Relacja ojciec–syn przekłada się jakoś na relacje muzyczne?

Tu liczyła się tylko muzyka i to, co jesteśmy w stanie razem zrobić. Nikt tu nikogo nie przeciągał na swoją stronę. Często pytają mnie, czy to ja miałem decydujący głos w sprawach muzycznych. Odpowiadam, że nie – decydował każdy z nas. To nie był projekt na śmierć i życie – to miała być dla nas przyjemność. Zbieraliśmy się do tego psychicznie kilka lat, wiedząc, że przyjdzie taki moment, w którym nagramy razem płytę. Umawialiśmy się na dwa lata wspólnego grania – graliśmy trzy i pół. To była duża frajda i ciekawe doświadczenie.

Czy solowe granie, firmowane własnym nazwiskiem, otwiera przed Panem możliwość zapuszczenia się w inne rejony muzyczne niż dotąd?

Nie. Ja nie mam żadnej „kariery solowej”. Gdybym kiedyś coś takiego powiedział, musiałbym się sam z tego uśmiać. Za rok skończę 70 lat, jak dożyję. Więc gram sobie, póki zdrowia i siły starcza. Ale nic mnie już nie obliguje. Nie jest istotny czas trwania piosenki – że musi mieć trzy minuty, bo inaczej w radiu nie zagrają. Niech nie grają – nie będę się obrażał. To nie ma żadnego znaczenia. Pod tym względem mam komfort ogromny. Nie mam żadnego ciśnienia, że coś muszę zrobić. Nic nie muszę.

Bierze Pan czasem udział w wydarzeniach sakralnych, np. koncertach papieskich. To dla Pana wyzwania czysto artystyczne czy jednak pewna deklaracja wiary?

To jest jasne, że gdybym nie był katolikiem, nie brałbym w tym udziału. Koncerty o charakterze religijnym obligują wykonawców do tego, by się z nimi identyfikowali. Przecież muzułmanin nie będzie śpiewał o Jezusie i Maryi! Ale nie ukrywam, że nie jestem bardzo czynnym katolikiem. Moja żona jest za to bardzo poważnie zaangażowana w życie Kościoła. Ja pod tym względem jestem raczej przeciętny, ale ze względu na żonę ta moja przeciętna jest dosyć wysoka.

Co można usłyszeć na Pana jubileuszowych koncertach?

Oprócz utworów z pierwszych dwóch płyt Budki Suflera śpiewam także kilka piosenek z późniejszych okresów. Ale są to piosenki o charakterze zdecydowanie rockowym. Poza tym gram utwory z filmów, w których brałem udział – już nie „budkowe”. I dwie piosenki z repertuaru Cugowskich. Więc jest to taki melanż – przegląd tego, co robiłem przez kolejne dekady.

Spotykamy się w studiu nagraniowym. Czy to znaczy, że powstaje nowa płyta?

Nagrywamy płytę z okazji mojego jubileuszu. Wyjdzie po wakacjach. To będzie album dwupłytowy. Jeden krążek, koncertowy, jest już nagrany. A druga płyta będzie studyjna. Z pięcioma nowymi piosenkami i pięcioma starymi w nowych wersjach. Więc jak na mnie, człowieka wiekowego, to bardzo nowy repertuar. (śmiech)

Śpiewanie ciągle sprawia Panu frajdę?

Tak. Oczywiście zawsze narzekam, gdy muszę gdzieś jechać. Ale czy gdyby telefon nie dzwonił i siedziałbym w domu, to byłoby lepiej? No nie byłoby.•

Krzysztof Cugowski

Urodził się w 1950 r. w Lublinie. Jeden z najciekawszych polskich wokalistów rockowych, obdarzony mocnym głosem o charakterystycznej barwie i dużej skali. W latach 1969–1978 oraz 1983–2014 był wokalistą Budki Suflera. Występował także m.in. z zespołami Spisek, Cross, w rodzinnym projekcie Cugowscy i wydał kilka płyt solowych.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL