Nowy numer 24/2019 Archiwum

Zaufać do końca

O porzuceniu aktorstwa dla Miłosierdzia Bożego, szukaniu sensu życia i ratowaniu ludzi opowiada Claudia Koll.

Ks. Rafał Skitek: Od zawsze kochasz kino?

Claudia Koll: Odkąd pamiętam. Już jako dziecko oglądałam filmy z moją babcią. Ona była niewidoma. Opowiadałam jej, co widzę na ekranie. To była dobra okazja, żeby rozmawiać i pytać ją o wiele rzeczy. Babcia chętnie wyjaśniała mi znaczenie słów, a ja w ten sposób zastanawiałam się nad światem. Dzięki różnym scenom, postaciom, obrazom kino stało się dla mnie sposobem na poznawanie życia.

Rodzice też byli związani zawodowo z kinem?

Pochodzę z dość zamożnej rodziny. Rodzice byli lekarzami. Kiedy powiedziałam, że pragnę zostać aktorką, nie byli zachwyceni. W domu wybuchł konflikt. Mieli własny gabinet lekarski, dlatego spodziewali się, że pierwsza córka pójdzie w ich ślady…

Jak widać, nie poszła…

By spełnić ich pragnienie, zapisałam się na medycynę. W tym samym czasie zaczęłam uczęszczać na kurs teatralny, który wykorzystywał technikę rosyjskiego reżysera Konstantina Stanisławskiego. Reprezentował on szkołę teatru, która opierała się na prawdzie. Urzekło mnie, że swoje emocje mogłam odkrywać i poznawać przez bohaterów. Nie chodziło jedynie o możliwość poznawania świata, ale także o odkrywanie siebie. Zakochałam się w tej sztuce. Interesował mnie człowiek, istota ludzka, z całą dynamiką, która ją określa.

Pamiętasz swój pierwszy występ na scenie?

Tak, ale nie miałam odwagi powiedzieć o nim moim rodzicom. Nie wiedzieli, że uczęszczam na kurs do teatru.

Bałaś się im o tym powiedzieć?

Do tego stopnia, że postanowiłam uciec z domu. Moje relacje z rodzicami bardzo się wtedy pogorszyły. Konflikt się pogłębił. Z domu odeszłam wieczorem w uroczystość Objawienia Pańskiego. A ponieważ moja babcia była Rumunką, w naszej rodzinie było to bardzo ważne święto. Postanowiłam zamieszkać u przyjaciółki. Tak rozpoczął się nowy etap w moim życiu: bez rodziców, bez rodziny. Z perspektywy czasu wiem, jak bardzo było to dla mnie niszczące. W domu byłam kochana. Rodzice bardzo się o mnie troszczyli. W zasadzie niczego mi nie brakowało. A świat, do którego trafiłam, był przestrzenią, gdzie wszystkie drzwi były zamknięte. By przeżyć, musiałam chwytać się różnych prac. Nie było to łatwe. Wkrótce potem dostałam pracę jako modelka. A także w reklamie.

Ale chyba nie tego szukałaś?

Trochę nie miałam wyjścia. Pewnego dnia otrzymałam propozycję wystąpienia w filmie. Zagrałam pannę lekkich obyczajów. Było tam sporo scen rozbieranych. Poszłam na kompromis, przede wszystkim z samą sobą. I zapłaciłam za to ogromną cenę. Zdawałam sobie z tego sprawę już podczas kręcenia filmu. Wieczorem, kiedy kończyłam pracę na planie, miałam wrażenie, że się duszę. Brakowało mi powietrza. Dlatego postanowiłam spacerować po rzymskich parkach. Wielokrotnie byłam zatrzymywana przez policję, bo to przecież niebezpiecznie chodzić samej w nocy. Często bywałam w Villa Borghese, Villa Glori. Szukałam tam świeżego powietrza. W głębi serca marzyłam o wielkich rolach, o kinie psychologicznym, o mocnych, wyrazistych postaciach. A tymczasem zagrałam lekką i swawolną postać. Podczas tych spacerów szukałam czegoś więcej: Pana Boga. Bo nie czułam się dobrze, kiedy grałam w tamtym filmie. Bardzo trudno przychodziło mi zaakceptować to, co widziałam na ekranie.

Bardzo trudny, by nie powiedzieć smutny początek kariery…

Po nakręceniu tego filmu przez ponad dwa lata pozostawałam bez pracy. To prawda, że odniosłam sukces na rynku filmowym. Tylko że nie o pieniądze tu chodzi. Problem w tym, że proponowano mi jedynie role rozbierane. A ja nie chciałam już tego robić. Było to dla mnie zbyt duże obciążenie. Pewnego razu przyjęłam rolę w filmie z Antonio Banderasem. Opowiadał on o życiu Mussoliniego. Wcieliłam się w jego żonę. Pech chciał, że we Włoszech był to czas wielkiego kryzysu politycznego i – w konsekwencji – film został zablokowany. Straciłam wtedy pracę. I może trudno w to uwierzyć, ale przez te dwa lata cierpiałam głód.

Nie miałaś planu awaryjnego?

Ponownie chciałam zapisać się na medycynę. Ale wówczas zupełnie niespodziewanie zadzwonił do mnie jeden z najsłynniejszych we Włoszech prezenterów telewizyjnych, Pippo Baudo, z propozycją poprowadzenia Festiwalu w San Remo. Była to dla mnie wielka szansa i dlatego się zgodziłam. Spływało też coraz więcej propozycji aktorskich. Teraz to ja mogłam wybierać sobie role. Zaraz po Festiwalu w San Remo dostałam propozycję objęcia roli w dramacie telewizyjnym. Ta produkcja odniosła duży sukces we Włoszech. Do dziś film emitowany jest na antenie. Wkrótce potem przyszedł czas na filmy międzynarodowe. Mogłam pracować ze znanymi aktorami z zagranicy.

W końcu pasmo sukcesów…

Być może. Pracując, zarabiając pieniądze, podróżując, chciałam udoskonalić swoje rzemiosło. Myślę tu o amerykańskiej szkole recytacji opartej na prawdzie. I wtedy usłyszałam głos Pana Boga.

Co masz na myśli?

Nagle poczułam jakąś wielką sprzeczność. Miałam ogromne pragnienie prawdy, poznawania świata, doświadczenia najbardziej autentycznych, głębokich emocji na scenie. Ale na co dzień tak niestety nie żyłam. Nie byłam osobą autentyczną. Przeżywałam wewnętrzny kryzys. Dziś wiem, że Pan Bóg domagał się ode mnie, by nie tylko mówić, że kocham prawdę, ale by nią żyć. Zdjąć wszystkie maski. Zrozumiałam wtedy, że do głębi mam być sobą. Czułam już, że Pan chce ode mnie prostoty, a ja nadal jestem zanurzona w świecie kina, gdzie wszystko jest wykreowane, sztuczne i gdzie nakłada się maski.

Miałaś w sobie tyle determinacji, by zrezygnować z kina? Zarabiałaś wtedy przecież krocie…

Byłam jedną z najlepiej opłacanych aktorek we Włoszech. Mogłam sobie pozwolić na wszystko, wszelkie kaprysy i zachcianki. Wewnątrz czułam jednak, że Pan prowadzi mnie do prostoty, do tego, co najważniejsze. Czułam się tak, jakby mnie chciał „rozmontować” i poskładać na nowo. Zrozumiałam też, że aby w kinie przeżyć coś wyjątkowego, nie trzeba za wszelką cenę szukać spektakularnych scen, także z punktu widzenia artystycznego. To prawda i prostota sprawiają, że możesz odkryć inny smak, nowy styl. Wszystko dzięki temu, że towarzyszy ci Pan. Z Nim nawet to, co małe, z pozoru słabe, jest wielkie i piękne.

Owocem Twego nawrócenia było kilka ról w filmach religijnych?

Trochę tak. Wystąpiłam w filmie o św. Marii Goretti. Jednak gdy dostałam propozycję zagrania św. Faustyny, odmówiłam.

To dziwne, bo wszyscy wiedzieli, że od pewnego czasu masz szczególne nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego. I że cenisz siostrę Faustynę.

Jednak miałam wrażenie, że Pan zaprasza mnie raczej do głoszenia orędzia o miłosierdziu Bożym, do świadectwa mojego życia. W pierwszej osobie. To dla mnie było ważniejsze niż praca przed kamerą. Kiedy więc zaproponowano mi rolę w filmie o św. Faustynie Kowalskiej, zgodziłam się na spotkanie, ale chwilę później zadzwonił do mnie znajomy. Chorował na AIDS. Na skutek choroby był częściowo sparaliżowany. Krzyczał na mnie. Bluźnił. Prosił, bym natychmiast do niego przyjechała, bo w ośrodku dla uzależnionych, w którym przebywa, bardzo źle go traktują. Powiedział mi: „Jeśli przyjedziesz, to może chociaż dostanę coś do jedzenia”. Odpowiedziałam mu: „Pier, czemu nie chcesz powrócić do Boga? Taki, jaki jesteś. Niczego nie udawaj. Nie poradzisz sobie sam”. On żył w jakimś piekle. Był w miejscu, gdzie nie czuł się kochany. Oskarżał się, mówiąc, że jest wyrzutkiem. Z jego ust padały same przekleństwa. W pewnym momencie zapytał mnie: „Claudia, Bóg nie może mi przebaczyć. Przecież ja prowadziłem rozwiązłe życie, byłem nawet transseksualistą, dopuszczałem się rytów voodoo”. Duchowo strasznie cierpiał. Powiedziałam mu wtedy: „To nieprawda. Jeśli wrócisz do Boga, On cię przygarnie i pomoże”.

Posłuchał Cię?

Niestety nie. Spojrzałam wtedy na obraz „Jezu, ufam Tobie”, i pomyślałam: „Ja nie mogę interpretować roli świętej Faustyny w filmie, ja muszę żyć tak na co dzień: iść na krańce świata i obwieszczać, że Bóg czyni wszystkie rzeczy nowe”. I że nie ma takiej sytuacji, która by nie mogła być uzdrowiona przez miłosierdzie Boże. Jasne, że droga nawrócenia jest trudna. To nie jest łatwy, przyjemny spacer. Ale Pan prowadzi. Wystarczy Mu zaufać!•

Claudia Koll

jest przewodniczącą Stowarzyszenia włoskiego „Le opere del Padre” (Dzieła Ojca), którego celem jest pomoc biednym i głodnym dzieciom w kilku diecezjach w Afryce. Stowarzyszenie pomaga też chorym na AIDS. Aktorka coraz częściej ogranicza swoją działalność zawodową na rzecz spotkań z wiernymi we Włoszech i innych częściach Europy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji