Nowy numer 21/2020 Archiwum

Ziarno na Kresy

Nie mają wiele. Ale ta paczka od rodaków to dużo więcej niż makaron i cukier…

Piątkowy wieczór. Harcówka przy anińskiej podstawówce otwarta na oścież. Rozpoczyna się robienie paczek wielkanocnych. Paczek radości. Paczek nadziei. Paczek, w których nie tylko zawartość jest ważna. Kilkudziesięciu wolontariuszy ustawia się w szeregu. Z rąk do rąk paczka po paczce wędruje ze szkolnej piwnicy do auta. Idzie to sprawnie, mimo że paczek jest blisko 700. Dowodzi Artur Wolter, prezes fundacji Kresy w Potrzebie – Polacy Polakom. Ale i bardzo dowodzić tu nie trzeba, bo każdy wie, po co przyszedł. Mimo późnej pory nikt na zmęczenie nie narzeka. Bagażnik w półtorej godziny zapełnia się całkowicie.

Wolontariusze wsiadają do podstawionego obok autokaru. Czas ruszać. Na Litwę, do naszych!

Do naszych

Droga do wygodnych nie należy. Młodzież z warszawskiego liceum, ze szkoły gastronomicznej w Kutnie, z Ostrowi Mazowieckiej i z ośrodka wychowawczego w Zielonce jednak nie narzeka. I, rzecz jasna, nie śpi. Opiekunowie – nauczyciele oraz starsi wolontariusze – starają się zasnąć, bo sobota będzie wymagała dobrej kondycji. Nad ranem, już za granicą, zasypiają i licealiści. Co prawda na krótko, bo tuż po godzinie szóstej autobus dojeżdża do polskiej szkoły w Butrymańcach.

Wolontariusze, pobudka! Czas na działanie. Prócz „zwykłych” paczek polskie dzieciaki dostaną przybory szkolne. Pierwsza paleta z paczkami wyjeżdża z busa. W wypakowywaniu darów pomagają chłopaki i opiekunowie ośrodka wychowawczego w Zielonce, uwija się też najmłodszy wolontariusz – siedmioletni Szymon. Razem z ojcem Arturem Wolterem, starszym bratem Maćkiem i dziewczynami z warszawskiego liceum przy Siennej oraz ich wychowawczynią zostaną w Butrymańcach i będą odwiedzać polskie potrzebujące rodziny z okolic. Pozostali wolontariusze jadą dalej. Jeszcze pięć kolejnych miejsc do odwiedzenia.

Kierowca busa, Stanisław Zakrzewski, mimo siwych włosów przy paczkach uwija się jak młodziak. Widać – lubi to. – Wiozę paczki już trzeci raz. Przyjaciel mnie wciągnął, a dla mnie pomaganie to nic nowego, bo wraz z żoną działamy w Choszczówce jako pomocnicy Maryi Matki Kościoła. Tutaj ludzie czekają nie tyle na wsparcie materialne, ile na obecność, uścisk dłoni, uśmiech, polskie słowo – mówi mężczyzna, zamykając bagażnik. – Jeśli będzie potrzeba, to i kolejny raz pojadę Bo to radość, że człowiek może pomóc innemu człowiekowi!

Pół godziny drogi na południe. Soleczniki, niewielkie miasteczko położone nad Solczą. Tutaj niemal wszyscy mówią o sobie: „My, Polacy”. Pięknie, śpiewnie, jak to tylko na Kresach potrafią. Bus i autokar podjeżdżają pod starą, drewnianą plebanię. Wita proboszcz, ks. Wacław Wołodkiewicz. – Nie ma mowy, że odjedziecie głodni! Zachodzicie na plebanię, już śniadanie podajemy – nie ma na proboszcza sposobu i tłumaczenia, że śpieszymy się do kolejnych miejscowości, mijają się z celem. Ale to i dobrze, że można się chwilę zatrzymać. Wolontariusze z chęcią korzystają z gościnności plebanii, bo po nocy w autokarze mocna kawa i smaczne kanapki z ciemnego litewskiego chleba smakują wybornie. Poza tym stara plebania działa na wyobraźnię, a duchowny opowiada: to tutaj, przebywając wielokrotnie u swojego wuja – księdza, prawdopodobnie młody Mickiewicz pisał II część „Dziadów”. I to tutaj miał się dowiedzieć, że Maryla po zamążpójściu za hrabiego Puttkamera zamieszkała w Bolciennikach, które leżą „o milę stąd”.

Bezdrożami…

Po śniadaniu kolejna część wolontariuszy zostaje w Solecznikach. Bo właśnie tak wygląda organizacja wyjazdu: wolontariusze są dzieleni na grupy, każda z grup przydzielona jest do konkretnej miejscowości. Fundacja współpracuje z parafiami, stowarzyszeniami, szkołami i polscy wolontariusze wspólnie z miejscowymi wyjeżdżają do obdarowywanych rodzin. Będą odwiedzać z paczkami okoliczne wioski, przysiółki, kolonie. Panuje zasada, że wolontariuszy musi być tak wielu, aby chociaż na chwilę mogli zatrzymać się, porozmawiać, może nawet wypić herbatę z napotykanymi, obdarowywanymi ludźmi. Poznać, zaprzyjaźnić się.

Więc soleczniccy wolontariusze zostają. Natomiast pozostali jadą dalej. Kolejne przystanki – i autokar robi się coraz luźniejszy. Również paczek ubywa. W położonym na północ od Wilna Niemenczynie jest ich już około stu. Pod niemenczyńskim, pięknym białym kościołem – kilkanaście osób. To z kolei wolontariusze tutejsi – parafianie, którzy zgodzili się porozwozić przyjezdnych do potrzebujących Polaków. Joanna Andrzejewska, nauczycielka z Zespołu Szkół Zawodowych nr 2 z Kutna, wraz ze swoim uczniem Szymonem wsiada do samochodu pani Walerii. Pani Waleria mówi o sobie: „Ja z rodziny mieszanej, polsko-litewskiej. Tutaj u nas, w Niemenczynie, szanujemy się wszyscy. A pomagać trzeba potrzebującym”. Więc pomaga. Na co dzień pracuje w gminnym ośrodku pomocy społecznej, zna więc tu każdą uliczkę, każdy dom. I drogi, nawet te najbardziej dzikie, pokonuje bez mapy i GPS.

Na Litwie rozpoczyna się wiosna, ożywiona ziemia pachnie, zaczynają kwitnąć drzewka owocowe, ludzie od rana pracują na polach. Drewniane, stare domeczki, garnki na płocie, dzieci bawiące się wprost na ulicy, rozpadający się żuraw i niemal całkowicie zrujnowany pałacyk rodu Parczewskich. Tak niedaleko od bogatego Wilna, a tak inny świat.

Auto zatrzymuje się przed skromnym gospodarstwem. Pani Joasia i Szymon szykują się do pierwszej wizyty – u pani Leokadii. Pani Leokadia urodziła się w 1935 roku, wita gości bardzo wzruszona, łamiącym się głosem zaprasza do środka. Czym chata bogata – próbuje częstować i gościć. A chata niebogata… – Ja bym wam obiadu dała, co? – śpiewnie zaprasza gospodyni. – Nie możecie? Do innych jeszcze jedziecie? Rozumiem, ale Bóg wam zapłać, kochani, za pamięć. Bóg zapłać!

Szkoda, że nie można chociaż na godzinę zostać. Ale kilkanaście paczek w bagażniku auta pani Walerii jeszcze do rozdania. Więc znów droga i wizyta u rodziny pana Piotra. Dzieciaków pięcioro. – Pan Piotr jest bardzo dzielny i zaradny, własnymi rękami ten domek rodzinie postawił – chwali pani Waleria. W domu mówi się wyłącznie po polsku. Podobnie jest w bardzo skromnym domu pani Mariny w Radowsiach. Tu naprawdę przyda się każda pomoc. Zresztą u pani Swietłany i jej czterech córeczek – podobnie. Stary dom pamięta przedwojnie. I prócz starego telewizora niewiele się tu zmieniło. W kuchni klepisko. Na piecu gotują się ziemniaki. – Radzimy sobie – mówi z uśmiechem pani Swietłana.

Pani Joanna, wolontariuszka, ma łzy w oczach. Potem powie: – Najbardziej mnie wzruszała ich pogoda ducha. Posiadając tak niewiele, mają serce i uśmiech.

Droga wiedzie dalej. Auto zajeżdża do rodziny Rutkowskich. Seniorka rodu, pani Natalia, siedmioro dzieci wychowała, teraz jeszcze przy wnukach pomaga. Mąż, z pochodzenia Rosjanin, też już mówi tylko po polsku. – Bo z nami się inaczej nie da – śmieje się pani Natalia i przytula kilkuletnią Agatkę, wnuczkę. Agatka rezolutnie opowiada o polskim przedszkolu, do którego chodzi. – Ale teraz subota, to keksy z piasku robię – peroruje przeuroczo, napełniając małe foremki.

Zakochałem się

Artur Wolter opowiada o akcji: – To już tyle lat, tyle widziałem. Ale zawsze jest ktoś, kto zapadnie w serce. Zawsze padną słowa, których się nie zapomni. W tym roku byłem pierwszy raz z synami, i to też wyjątkowe doświadczenie: młodzi poznawali życie na Kresach i historię. Może i w nich zasiane raz ziarno zakiełkuje?

Sam nie ma korzeni kresowych. W pomoc wciągnął go przyjaciel, Cezary Jurkiewicz (obecnie wolontariusz paczkowy i członek zarządu Polskiej Fundacji Narodowej). – Najpierw jeździliśmy z harcerzami na podobne akcje. No i zakochałem się w ludziach, bo na Kresach mieszkają wyjątkowe osoby – pełne pogody ducha mimo trudnych przeżyć i często biedy. Wielu z nich wita nas z płaczem, bo „nie myśleli, że Polska o nich pamięta”…

To dało i panu Arturowi napęd do działania: powstała fundacja. Dwa razy w roku Wolter z wolontariuszami organizuje zbiórkę darów. Są one potem pakowane w „firmowe” paczki Poczty Polskiej, a następnie jadą do naszych. – Nie ukrywam, że te wyjazdy spowodowały i moją przemianę: pogłębienie wiary w Boga i człowieka.

W fundacji nie ma biura, etatów, kosztów. – Pracuję zawodowo poza fundacją, wychowuję z żoną synów. Czasem to trudne, by pogodzić jeszcze pracę charytatywną ze zwykłym życiem. Ale mam większy komfort, gdy patrzę w oczy napotkanym ludziom, a sam nie mam z działalności żadnej korzyści materialnej. Cieszy mnie, że coraz więcej osób zgłasza się do nas, by pomagać: są to szkoły, prywatni ludzie, ale wsparła nas też w tym roku Polska Fundacja Narodowa. Współpracują Ochotnicze Hufce Pracy czy mazowiecka kurator oświaty… A fakt, że dary są pakowane w prawdziwe paczki z Poczty Polskiej, to dla naszych rodaków dodatkowa radość: dla nich to symboliczne...

Młodszy syn pana Artura, wszędobylski Szymon, ogląda zdjęcia zrobione u „ich rodzin”. Uśmiecha się do znajomych już twarzy. Ziarno w siedmioletniej głowie najwyraźniej kiełkuje…

Nocleg w Wilnie. W tym Wilnie, w którym mieszkała s. Faustyna Kowalska i gdzie powstawał obraz Jezusa Miłosiernego. I w tym Wilnie, w którym „Panna Święta w Ostrej świeci Bramie”. W niedzielę, przed Jej obliczem, grupa wolontariuszy z Arturem Wolterem na czele modli się. I poleca kolejną akcję. Bo przecież „nasi czekają”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama