Nowy numer 42/2019 Archiwum

Lew z poszarpaną grzywą

O upadkach, walce i człowieczeństwie opowiada Piotr Pogon.

Agata Puścikowska: Co siedzi w Piotrze Pogonie: podróżniku, fundriserze, niepokornym duchu?

Piotr Pogon: Wiele, wiele przeżyć i przemyśleń. Po niedawnym zdobyciu Denali – najwyższego szczytu Ameryki Północnej, co było ekstremalnie trudne i w zasadzie cudem udało mi się przeżyć, nastąpiło swoiste katharsis. Zastanawiam się, ile jeszcze czasu przede mną. Mój okręt płynie 51 lat pod pełnymi żaglami...

I co dalej?

Jestem przykładem tego, że Szef na górze daje znaki, wyznacza drogę zachwycającą, fascynującą, układa nasze życie w wydarzenia zupełnie nietuzinkowe. O ile nie boimy się ich przyjąć i iść wyznaczoną drogą. Do tego On ma niesamowite poczucie humoru. Moje życie to trochę taka gra komputerowa – ze światem, życiem, ludźmi, ale stworzona przez Boga. Z jednym „ale”: gdy gracz (czyli ja) chce wejść na wyższy poziom, musi sobie zawsze nieco obić głowę. W przenośni, ale i dosłownie. Niedawno przekroczyłem sto szwów na ciele. Od jakiegoś czasu po raz kolejny mam poczucie, że czeka mnie walka zdrowotna. Może to tylko przeczucie, może intuicja. Może po prostu doświadczenie…

Czujesz, że to czas na podsumowania?

Mam potrzebę, by opowiedzieć ludziom o tym, co naprawdę ważne. Na każdym kroku spotykam osoby zagubione, poszukujące wartości, zmęczone, przerażone życiem. Jeśli przychodzi do mnie szef wielkiej firmy i z lękiem pyta: „Dlaczego ludzie mnie nie lubią?” albo: „Dlaczego nie mogę dogadać się z własną matką”, to zastanawiam się, jak i gdzie współczesny człowiek formuje się, w co wierzy. Dlaczego jest tak zagubiony? Czego potrzeba, byśmy się przebudzili, otworzyli oczy, zaczęli żyć pełnią życia.

Ty żyjesz. Trochę chyba wbrew medycynie.

To prawda. W 1991 r. lekarze powiedzieli mi, że pożyję jeszcze do trzech tygodni, a mamy rok 2019… Przez kilkadziesiąt lat walczę z chorobą nowotworową, nie mam jednego płuca. Przeszedłem straszliwe naświetlania, śmierć kliniczną, nie mam powonienia, nie słyszę na jedno ucho. Paradoksalnie jednak to ciężka choroba mnie uratowała. Wyzwoliła we mnie wolę walki, działania. Teraz też fizycznie nie jest najlepiej. Denali zdobyliśmy 1 czerwca ubiegłego roku, a miesiąc później miałem amputowaną część palców. Byłem po ciężkiej hipotermii. Dłoń się nie zgina, a bez sprawnej ręki ciężko będzie się wspinać. Zastanawiam się, czy wrócę w góry.

A w jakich okolicznościach w ogóle w nie wyszedłeś?

Zacząłem, jak pewnie wielu miłośników gór, od Tatr i Sudetów. Pochodzę z robotniczej dzielnicy Krakowa, z Nowej Huty. To był podły czas komuny. A ja i moi koledzy grzeczni i układni też nie byliśmy: wielokrotnie obrywało nam się od zomowców. Ale mieliśmy niesamowitą formację: tego, co ważne, i pogody ducha uczyliśmy się od kombatantów Drugiego Korpusu. Wraz z kumplami opiekowaliśmy się żołnierzami spod Monte Cassino. To była prawdziwa szkoła życia, walki i wartości, męskości również. Skończyłem historię również dzięki nim. W szkole, jako nauczyciel, jednak nie zagrzałem długo miejsca. Miałem pierwszą grupę inwalidzką, nie byłem w stanie pracować.

A byłeś potem w stanie biegać maratony, wspinać się?

To może brzmieć niedorzecznie, ale tak. Po drugim nawrocie raka, po ściągnięciu szwów z pleców, przejechałem… 40 km na rowerze. Później przez 30 lat zmagałem się z chorobą nowotworową z przerzutami. Ból jest wpisany we mnie. Jak przestanie boleć, to chyba i ja przestanę oddychać. Ale do pewnej siły, woli, by walczyć – trzeba dorosnąć. We mnie jest jakaś wielka chęć nachapania się życiem, działania, ruchu. Czuję głęboki niepokój, gdy nie realizuję zadań, gdy telefon nie dzwoni, a ja nie robię kolejnych projektów. Przeszedłem tyle, że sam dziwię się własnej biografii (w 2004 r. byłem trzy miesiące bezdomny). Wylądowałem na działkach pracowniczych. Wyciągnęła mnie z tego Anna Dymna.

Dramat rodzinny w tle?

Jak to mówią, przy płonącym lesie posiedzieć się nie da. A ja byłem takim lasem. Sypnęło mi się małżeństwo. Świat runął. To jest największa moja życiowa porażka: byłem zbyt młody i głupi, żeby ochronić kobietę, którą kochałem, i swoje małżeństwo przed rozpadem. Dziś myślę, że wystarczyłoby więcej ze sobą być, rozmawiać. Takie to proste i… trudne. Za kosmiczną intensywność życia zapłaciłem wiele. Nie zaznałem już później szczęścia w miłości. Gdy mam spotkania motywacyjne, rozmawiam z młodzieżą, z zabieganymi pracownikami korporacji, mówię im: „To ja, który rozwaliłem bezsensownie swoje małżeństwo, jestem przykładem tego, że miłość i rodzina są najważniejsze. Dlatego walczcie o rodzinę”.

Słuchają?

Słuchają chętnie. Potrzeba im takiego przekazu. Tracimy tak wiele czasu na bzdury. Ranimy się nie tylko czynami, ale może przede wszystkim słowem. Relacje międzyludzkie upadają, więzi rodzinne się osłabiają. Wszyscy gdzieś pędzą. I po co? Potem idziemy za „dębową jesionką” najlepszego przyjaciela, zdziwieni i zaskoczeni, że tyle lat nie było czasu się spotkać i szczerze pogadać.

Brzmisz dość nostalgicznie, żeby nie powiedzieć – depresyjnie…

Jest kolejna Wielkanoc i bardziej zastanawiam się nad sensem życia, jego ulotnością. Nad fundamentem naszego człowieczeństwa, takim jak chociażby wybaczanie. Mamy z wybaczaniem wielki problem. W teorii to my wiemy: trzeba wybaczać, to nasz chrześcijański obowiązek. W praktyce jesteśmy zawzięci, robimy wszystko, by nie podać ręki. Przeraźliwie boimy się upadać, chociaż upadanie wpisane jest w nasz życiorys. Wtedy jednak spadają nasze maski i pokazuje się chociaż przez chwilę nasze prawdziwe oblicze: ludzi potrzebujących pomocy od drugiego człowieka i – przede wszystkim – od Pana Boga.

Kiedy Twoja maska spadła?

Myślę, że to proces, który trwa. Proces oczyszczania się, poznawania prawdy o sobie, akceptacji tej prawdy. Ale u mnie zaczęło się od wyprawy z osobami niepełnosprawnymi na Kilimandżaro. Tam widziałem niepełnosprawnych twardzieli, którzy pokonują siebie. I ja pokonywałem wtedy siebie, przekraczałem kolejną granicę.Bo gdy widzisz faceta bez nóg, który ucieka na rękach, albo trzymasz na rękach dziewczynę, która nie potrafi chodzić i nie ma gdzie się załatwić, przekracza się granice. Wtedy dotyka się prawdziwego człowieczeństwa. Natomiast oczy otworzył mi… niewidomy człowiek na Elbrusie. Poprosił, bym mu opisał widok z góry. Płakałem, nie potrafiłem. Takie doświadczenia zmieniają perspektywę i własne widzenie świata. Pracowałem też w Afryce, na misjach. To była dla mnie ważna lekcja: z jednej strony wielka wiara ludzi, których spotkałem, z drugiej – świadomość, że człowiek naprawdę jest jak trzcina na wietrze. Każdy dzień to jakaś walka: ze sobą, z pokusami, złymi propozycjami. Nie warto pokładać nadziei w ludziach, chociaż warto ich kochać. To w Afryce też zrozumiałem, że Bóg jest w uśmiechu dzieci, w merdaniu psiego ogona, w pięknie dziewczyn, w układających się chmurach.

Miewasz momenty załamania i braku wiary w Pana Boga?

Dla mnie wyjątkowym miejscem jest klasztor cystersów w Mogile. Tam jest mój Chrystus, do którego zawsze idę przed starciem z kolejną górą albo chorobą nowotworową. Tam znajduję spokój. Nie jestem typem, który się załamuje i poddaje. Raczej walczę. Choćby tylko modlitwą. Gadam do Boga, pytam, wręcz wrzeszczę, szczególnie wtedy, gdy po ludzku nie mam już siły. Zawsze po takim wrzasku dostaję od Niego pełnymi garściami.

Czujesz się jak Hiob?

Czasem. Ale bardziej się czuję… lwem z poszarpaną grzywą. Denali zdobyłem, ale wróciłem mocno potrzaskany fizycznie i psychicznie. Cena wejścia trudna do opisania. Ale bardzo się cieszę, że Bóg dał mi w życiu wszystkiego spróbować. Chociaż czasami to przygniata. Jedyne, czego naprawdę żałuję i co chciałbym zmienić, to rozstanie z żoną. Inne, nawet dramatyczne doświadczenia, miały i mają jakiś sens: cały czas uczestniczę w cudzie. W cudzie własnego życia. Jeśli mamy ducha, to żyjemy, a duch jest naprawdę silniejszy niż ciało. Człowiek bez wiary gaśnie. Tam, gdzie ludzie wierzą, jest harmonia. Tam, gdzie nie ma wiary, jest beznadzieja, bylejakość. Widzę, jak nasz kontynent, oparty przecież na krzyżu, wypiera teraz krzyż. Zapłacimy za to wysoką cenę, o ile nie obudzimy się w porę i nie staniemy się jak ludzie na Podlasiu, którzy dzień w dzień drepczą do kościoła czy cerkwi. Mam głęboką nadzieję, że to ci ludzie uratują nas przed ogłupieniem. Bo to Bóg panuje nad tym naszym ludzkim chaosem.

I zmartwychwstaje?

Tak, wierzę w to głęboko. Wielkanoc to dla mnie czas rozliczeń. Za każdym razem, gdy idę wtedy do kościoła, żegnam się wodą święconą i doświadczam poczucia przemijania. Czuję, że nie wolno rozwalić kolejnego roku. Prawda jest taka, że każdy z nas zabił tego, który nas ukochał. On strasznie cierpiał przed śmiercią, a mimo to Jego ostatnie słowa to sens naszego człowieczeństwa. Dlatego też wierzę, że i w cierpieniu jest sens, plan, przyszłość. Każdy ma określoną ilość uderzeń serca…

Boisz się, że tych uderzeń masz coraz mniej?

Nie, nie boję się. Widzę, że gasnę fizycznie, że okręt powoli dopływa do portu. Ale może jeszcze poceruję żagle i wypłynę w kolejny rejs. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL