Nowy numer 20/2019 Archiwum

Czas nauczycieli

Nie ulega wątpliwości, że nauczyciele powinni lepiej zarabiać, jednak forma protestu polegająca na nieprzeprowa- dzeniu egzaminów budzi poważne wątpliwości etyczne.

Prawda, że szkoła nauczycielem stoi, jest także ignorowana od 30 lat, gdy po odzyskaniu wolności kolejne rządy reformowały polską oświatę. Zajmowały się niemalże wszystkimi jej aspektami. Wprowadzały gimnazja i je likwidowały, obniżały wiek szkolny do sześciu lat i przywracały poprzedni… Prawie każda ekipa miała ambicję stworzenia własnych podstaw programowych, pojawiły się egzaminy na zakończenie kolejnych stopni nauczania, a sposób oceny poziomu wiedzy zdominowały testy.

Pomimo tak dużej ilości zmian, i to często gruntownych, poziom kształcenia w polskiej szkole bynajmniej się nie podwyższył. Wprost przeciwnie, stopień wykształcenia ogólnego jest znacznie niższy niż przed rokiem 1989. Jedną z głównych przyczyn takiej sytuacji jest poziom nauczania, w zasadniczym stopniu wynikający z sytuacji materialnej nauczycieli. Powoduje on negatywną selekcję w tym zawodzie.

Na poziomie minimalnym

Co prawda po 1989 r. płaca nauczycieli rosła, jednak zdecydowanie zbyt wolno. Pokazuje to fakt, że obecnie pensja nauczyciela – magistra z przygotowaniem pedagogicznym, który rozpoczyna pracę, wynosi 2538 zł i jest zaledwie o 250 złotych wyższa od płacy minimalnej (wszystkie wielkości w tym artykule podaję brutto). Efekt jest taki, że już brakuje nauczycieli, ponieważ zdobyte wykształcenie pozwala znaleźć im lepiej płatną pracę. Znajomy dyrektor warszawskiej szkoły opowiadał mi o nauczycielu informatyki, który zrezygnował po tygodniu pracy, gdyż dostał posadę konserwatora systemu komputerowego w sieci drogerii za kilka razy większą pensję.

Trzeba przy tym zastrzec, że podana wielkość jest wynagrodzeniem zasadniczym. Nauczyciel otrzymuje również liczne dodatki. Przede wszystkim jest to dodatek za wysługę lat, funkcyjny – za wychowawstwo, motywacyjny, a także za zastępstwa. Ponadto płaca nauczyciela jest zależna od stopnia awansu zawodowego (są cztery takie stopnie). Magister stażysta zaczynający pracę otrzymuje 2538 zł wynagrodzenia zasadniczego, a znajdujący się na najwyższym stopniu nauczyciel dyplomowany – 3483 zł.

Kiedy politycy PiS mówią, że nauczyciel dyplomowany zarabia obecnie 5603 zł, chodzi im o pensję z dodatkami. Tyle że dotyczy to tylko niewielkiej grupy, głównie w miastach, gdzie dodatki są znacznie wyższe niż w małych miejscowościach. Na przykład w Warszawie za wychowawstwo można otrzymać do 300 zł, a w ubogiej gminie zaledwie 90 zł. Podobne rozbieżności zauważa się w przypadku dodatku motywacyjnego, który zaczyna się od 50 zł, a może sięgać nawet powyżej 1000 zł, zależnie od zamożności gminy. Dlatego pedagodzy, gdy słyszą, że zarabiają 5600 zł, są wzburzeni. Większość o takiej kwocie może jedynie pomarzyć.

Słuszne żądania

Nauczyciele od lat domagają się podwyżek, jednak obecnie ich żądania przyjęły formę strajku, co jest bronią ostateczną. Sięgnięcie po tak radykalny środek ma kilka przyczyn. Paradoksalnie rząd PiS w 2017 r. odmroził pensje w oświacie, które za rządów PO–PSL od roku 2012 nie uległy zmianie. PiS podwyższył płacę minimalną średnio o 34 zł. To mało, ale kolejna podwyżka, rok później, była zdecydowanie wyższa – średnio o 140 zł, a w 2019 r. o 100 zł. W sumie więc rząd PiS podwyższył pensje zasadnicze nauczycieli od 250 do 300 zł. To jednak nie zadowoliło pedagogów, ponieważ pensje innych grup zawodowych, nawet opłacanych z budżetu państwa, rosły znacznie szybciej. W 2013 r. średnie wynagrodzenie nauczycieli stanowiło 105 proc. średniego wynagrodzenia w gospodarce, a w 2018 r. tylko 97 proc. A zatem zarobki nauczycieli w stosunku do innych grup zawodowych spadły.

PiS skierował duże transfery socjalne do określonych grup, np. rodzin posiadających dzieci. Jednocześnie inne branże z budżetówki, jak lekarze rezydenci, pielęgniarki czy policjanci, wywalczyli podwyżki proporcjonalnie znacznie wyższe od tego, co otrzymali nauczyciele. Wywołało to falę niezadowolenia w tym środowisku.

Kolejne posunięcia polityków obozu rządzącego podnosiły jeszcze jego poziom. Premier Mateusz Morawiecki pokazywał na przykład wykres, z którego wynikało, że zarobki nauczycieli za jego rządu wzrosły o 1134 zł, co było możliwe tylko przy wyjątkowo dużych dodatkach i większości pedagogów nie dotyczyło.

Czarę goryczy przelały obietnice PiS złożone w kampanii do Parlamentu Europejskiego. Chodzi przede wszystkim o dodatkowe 500 zł na każde dziecko i trzynastą emeryturę. Za skrajne lekceważenie uznali nauczyciele zapowiedź dopłat dla rolników za hodowanie krów i świń. Niezależnie od tego, że środki na tę ostatnią obietnice mają pochodzić z funduszy europejskich, ogłoszenie tego na dwa dni przed zapowiadanym terminem strajku miało fatalny wydźwięk.

W ogniu polityki

Nauczyciele od objęcia władzy przez PiS domagali się podwyżek i otrzymywali je, ale poniżej oczekiwań. Po ostatnich wydarzeniach zdecydowali się na strajk. Zarzut, że rząd postawił na emerytów, a nie na nauczycieli, jest uzasadniony. Okazało się jednak, że transfery obiecanie w kampanii wydrenowały budżet i trzeba szukać środków na ich spełnienie. Na większe podwyżki dla nauczycieli w tym roku nie ma już środków.

Tymczasem główni inicjatorzy strajku – Związek Nauczycielstwa Polskiego oraz Forum Związków Zawodowych – wysunęli bardzo wysokie żądania – podwyższenie pensji w tym roku o 30 proc., z czego o 15 proc. od 1 stycznia (miałoby być wyrównanie) oraz 15 proc. od września. Pomimo długotrwałych negocjacji rząd się na to nie zgodził, oferując podwyżkę w wysokości 15 proc., a także spełnienie innych postulatów. Wśród nich m.in. wsparcie młodych nauczycieli kwotą tysiąca złotych „na start” czy wyznaczenie minimalnej kwoty za wychowawstwo – 300 zł. Takie porozumienie w przeddzień strajku podpisał NSZZ „Solidarność”. Protestujący wynegocjowali dodatkowo ok. 2 mld zł na podwyżki. Według MEN zrealizowanie oczekiwań ZNP kosztowałoby cztery razy więcej.

Tak jak PiS jest krytykowany, że z przyczyn politycznych skierował dodatkowe środki dla emerytów, a nie na podwyżki dla nauczycieli, tak uzasadnione są zarzuty wobec ZNP, że powodem ich twardej postawy i niezgody na żaden kompromis są również przesłanki polityczne. Sam ZNP ma komunistyczne korzenie, a jego prezes Sławomir Broniarz otwarcie walczy z obecnym rządem, np. na manifestacjach KOD. Jego wiarygodność podważa też m.in. fakt, że nie protestował w tak radykalnej formie za rządów PO–PSL, gdy przez lata nie było podwyżek, a zorganizował strajk przeciwko obecnemu rządowi, który pensje stopniowo podnosił.

Wymiar etyczny

O ile samo domaganie się wyższych płac nie budzi wątpliwości i normalną rzeczą w naszym porządku prawnym jest też strajk, o tyle poważne kontrowersje wzbudza protest nauczycieli w czasie egzaminów. Strajk zaczął się bowiem 8 kwietnia, a na 10 kwietnia zaplanowano początek egzaminów gimnazjalnych. Wielu nauczycieli miało poważny dylemat moralny, czy odmowa przeprowadzenia egzaminów nie jest przekroczeniem dopuszczalnej formy protestu. Przeważyło jednak stanowisko, że należy w tym czasie strajkować, gdyż dzięki temu forma nacisku na rząd będzie miała większą siłę. Rząd się nie ugiął i bez większych zakłóceń egzaminy przeprowadził, zastępując nauczycieli pedagogami.

W mojej opinii używanie dzieci jako karty przetargowej jest nieetyczne. Nieprzeprowadzenie egzaminów jest ewidentnym działaniem na szkodę uczniów, którego nie równoważy słuszne dążenie nauczycieli do godnych zarobków. Odmawiając przeprowadzenia egzaminów, nauczyciele podważyli swój zawodowy etos, w którym dobro dzieci figuruje na pierwszym miejscu. Już sam strajk jest dostatecznie radykalną formą protestu.

Wątpliwości etyczne pogłębia też reakcja przywódców strajku. Nie ukrywali wściekłości na fakt, że egzaminy udało się przeprowadzić, a prezes Broniarz ostrzegał, że zagrożone są jeszcze matury. Wśród nauczycieli krąży instrukcja, aby nie przeprowadzać matur i nie klasyfikować uczniów na koniec roku. Taki krok byłby wprost uderzeniem w dzieci i żadne racje nie mogłyby go usprawiedliwić.

Okrągły stół

Premier Morawiecki zaproponował zwołanie po Świętach Wielkanocnych okrągłego stołu w sprawie oświaty z udziałem strony rządowej, związków zawodowych i innych podmiotów związanych ze szkolnictwem. ZNP jest skłonny wziąć w nim udział, ale zapowiada, że strajku nie zawiesi. Podstawą debaty ma być propozycja znacznych podwyżek, ale przy zwiększeniu nauczycielskiego pensum. Padła ona tuż przed rozpoczęciem strajku, ale została wysunięta zbyt późno, aby móc się nad nią poważnie zastanowić. Jej założenie to zwiększenie pensum – z 18 godzin tygodniowo do 22 lub 24 i jednocześnie skokowe podnoszenie pensji, aby w 2023 roku w przypadku nauczyciela dyplomowanego wraz z dodatkami wynosiła ona 8100 zł. Jednak pomysł ten budzi szereg pytań. Zwiększenie pensum oznacza o jedną trzecią mniej godzin dla nauczycieli w tygodniu, czego konsekwencją mogą być zwolnienia. Etat z 24-godzinnym pensum w jednej szkole będzie miał tylko nauczyciel przedmiotów z dużą liczbą godzin, reszta natomiast zostanie zmuszona do pracy w kilku placówkach. Nie wiadomo, ile będzie wynosić pensja na innych stopniach awansu zawodowego, i jak sprawić, aby średnie zarobki w różnych częściach kraju były zbliżone.

Na pewno warto rozmawiać, bowiem po raz pierwszy padła propozycja przebudowy całego systemu wynagrodzeń nauczycieli. Doszliśmy więc do momentu, w którym po 30 latach licznych eksperymentów w oświacie rząd zdecydował się zająć tym, od czego powinien zacząć, czyli sytuacją nauczycieli.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji