Nowy numer 42/2019 Archiwum

Pierwszy wśród żywych

Ludzkie „szczęśliwe zakończenia” i tak ostatecznie kończą się w grobie. Zmartwychwstanie nie jest zakończeniem. Jest początkiem szczęścia bez końca.

Zmarła młoda kobieta, Amerykanka. Osierociła dziesięcioletnią córkę.

– Tato, skoro Jezus zmartwychwstał, to dlaczego mama umarła? – zapytała dziewczynka ojca, który próbował ją pocieszyć. Mężczyzna zamyślił się. – Pozwól mi się zastanowić – odparł.

Dwa dni później był pogrzeb. Cmentarz znajdował się w sporej odległości od kościoła, więc żałobnicy musieli ten odcinek pokonać samochodami. Tata i córka jechali za karawanem. Gdy zatrzymali się na czerwonym świetle, na sąsiednim pasie stanęła ciężarówka. Słońce świeciło z ukosa, więc cień wielkiego pojazdu padł na karawan. Nagle ojciec doznał olśnienia.

– Córeczko, pytałaś, dlaczego mama musiała umrzeć, skoro Jezus zmartwychwstał. Widzisz tę ciężarówkę? – zapytał.

– Tak, tato – wyszeptała dziewczynka, ocierając łzy.

– To spotkało Jezusa – powiedział wzruszony ojciec. – On wziął na siebie nasze grzechy i poniósł naszą karę. Pozwolił, żeby ciężarówka sądu Bożego przetoczyła się po Nim. My teraz ciągle umieramy, ale ponieważ On zmartwychwstał, nas dotyka już tylko cień śmierci.

Miejsce kulminacji

Grób Jezusa znajduje się blisko Golgoty – zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Miejsca śmierci Zbawiciela i Jego pochówku okrywa dziś jeden dach bazyliki Grobu Pańskiego. U stóp Wzgórza Czaszki jest nieduże pomieszczenie zwane kaplicą Adama. Przez umieszczoną tam szybę można zobaczyć kawałek skały Golgoty, która pękła pionowo, tworząc szczelinę idącą w górę aż do miejsca, w którym stał krzyż Jezusa. Według wczesnochrześcijańskiej tradycji stało się to wskutek trzęsienia ziemi, powstałego w chwili śmierci Jezusa. Krew Zbawiciela spłynęła w dół na czaszkę praojca Adama, który tam właśnie miał zostać pochowany, i zmyła jego winę.

Czy ten niesamowity symbol to tylko legenda? Nie wiemy. Wiemy natomiast, że Bóg posługuje się symbolami i nic nie robi przypadkowo. Nie przypadkiem śmierć Jezusa zeszła się z obchodami Paschy, zapowiadała bowiem ofiarę Niewinnego Baranka. Nie przypadkiem działo się to w sąsiedztwie wzgórza Moria, które przed wiekami Bóg wskazał Abrahamowi jako miejsce złożenia ofiary z jego syna Izaaka, a gdzie później stanęła świątynia. Nie bez powodu ukochany syn Abrahama szedł na to wzgórze, niosąc na plecach drewno…

„Rzecz niemożliwa, żeby prorok zginął poza Jerozolimą” – mówił Jezus uczniom w drodze do świętego miasta. Dlaczego? Co takiego jest w tym miejscu, że to właśnie tam miało się dokonać nasze zbawienie?

Jedno jest pewne: to tu, między Golgotą a Grobem Pańskim, koncentruje się cała historia, także ta, która dopiero się wydarzy. O tym, co tu się stało, bezpośrednio bądź pośrednio mówiły wszelkie proroctwa. Do tego miejsca zmierzają dzieje ludzkości, niezależnie od tego, czy jej przedstawiciele zdają sobie z tego sprawę, czy nie.

Tu, między Wzgórzem Czaszki a pustym grobem, tkwi odpowiedź na pytania dręczące potomków Adama. Tu jest klucz do wyjaśnienia zagadki mroku, w jakim pogrążyły się dzieci rajskich wygnańców. To ten właśnie mrok „posiedliśmy”, gdy pierwsi rodzice zerwali owoc z drzewa poznania dobra i zła. Oto nasz cały zysk i cała nabyta wtedy wiedza: znając tylko jasność, rzuciliśmy się łapczywie na ciemność. I poznaliśmy zło, ale ta znajomość nie rozjaśniła nam umysłów, nie rozszerzyła naszych horyzontów. Przeciwnie – my, dzieci dnia, ujrzeliśmy noc, a ona zatruła nasze dni. Skaziła myśli, zatruła krew i kazała szukać prawdy „pośrodku”, czyli w półmroku. Nam, dziedzicom Króla, kazała zawierać wrogie Mu sojusze z nędznym renegatem. Nas, dzieci światłości, skłoniła do wchodzenia w kompromisy z mrokiem. Wskazała ideał w letniości i nijakości, a kazała zwalczać żarliwość i miłość. „To jest warte grzechu” – zaczęliśmy mówić, nie pojmując, że grzech nie jest wart niczego.

„Grzech – jest to jedna twoja własność osobista” – powie Mickiewicz. Taki to nasz zysk.

Grzech straszliwie nas oszukał. Poniewczasie okazało się, że zło nie jest żadną wartością, że nie ma w nim nic twórczego, a im bardziej je człowiek poznaje, tym mniej cokolwiek rozumie.

Wężowe „Będziecie jak Bóg” dudni odtąd po świecie jak szyderstwo. Zaciemnienie umysłu rajskiego praojca stało się naszą skazą dziedziczną. Doprawdy, czaszka Adama domagała się obmycia. Mógł tego dokonać tylko jeden człowiek. Ten, który nie chciał być jak Bóg, lecz który… jest Bogiem. Tylko Jemu jednemu spośród ludzi znajomość ciemności nie mogła zamącić jasności poznania. Tylko On jeden spośród potomków Adama miał prawo do tronu Boga, a jednak „uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”.

Tylko pierwsza

„Jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” – pisze św. Paweł. Wszyscy mamy udział w Adamowym grzechu, który musiał na nas sprowadzić śmierć. Musiał, bo Bóg zapowiedział, że sięgnięcie po zakazany owoc tak właśnie poskutkuje – a Bóg nigdy nie kłamie.

Śmierć Jezusa na krzyżu była więc sposobem, jaki Bóg znalazł, żeby ocalić nas przed skutkami naszej głupoty, nie naruszając jednocześnie własnej prawdomówności.

Nadal więc umieramy w Adamie, ale dzięki ofierze Chrystusa jest to tylko „śmierć pierwsza” – śmierć fizyczna. Choć wciąż doświadczamy bolesnego oderwania duszy od ciała, to na „śmierć drugą” nie jesteśmy skazani.

„Jezioro ognia – to jest śmierć druga” – czytamy w Apokalipsie. To jest prawdziwa śmierć. Potępienie – straszliwa, niewyrażalna rzeczywistość, „zdobycz” tych, którzy uparcie „wiedząc lepiej”, odrzucają miłosierdzie Boże. To jest zapłata za grzech, taka jest cena buntu przeciw Stwórcy. Taki byłby los nas wszystkich, gdybyśmy umierali jedynie w Adamie. Historia zbawienia byłaby historią potępienia, gdyby nie Jezus Chrystus – drugi Adam.

Wiedza bez wiary

To, co spotkało Jezusa, było dużo gorsze niż przejechanie przez ciężarówkę. Świeża pamięć bestialstw, jakie zwaliły się na Jezusa, i widok wraku, jakim stało się Jego Ciało, były straszniejsze od wszystkiego, co zwykli oglądać ludzie starożytności, przyzwyczajeni do okrutnych widowisk. „Przebity” „zdruzgotany”, „zdeptany” – takie słowa padają raz za razem w proroctwie Izajasza o cierpiącym Słudze Jahwe.

Wszystko to musiało tak porazić zwolenników Jezusa, że wyparło z nich wiarę, którą wzbudził w nich Mistrz. Upadli na duchu pomimo tego, że mieli wiedzę, która wedle powszechnego przekonania góruje nad wiarą.

Wypadki poranka zmartwychwstania pokazały, że skażona mrokiem ludzka wiedza jest bezradna tam, gdzie braknie wiary. Uczniowie wiedzieli przecież, że Mesjasz powstanie z martwych. Jezus zapowiadał im to, co się wydarzy, i to nie jeden raz, a w dodatku mówił to „drukowanymi literami”. Ewangeliści piszą o tym w wielu miejscach. Pisze także Marek w ósmym rozdziale: „I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa”.

Zupełnie otwarcie! A oni i tak w to nie wierzyli. Mieli wiedzę, że Jezus zmartwychwstanie – ale wiarę w to stracili. Widzieli, że wszystko, co zapowiedział Mistrz, spełnia się punkt po punkcie, a jednak nie przyszło im do głowy, że spełni się także punkt ostatni. Dwom z nich, idącym do Emaus, brakło wiary do tego stopnia, że usłyszawszy zapewnienia od pierwszych świadków pustego grobu, powiedzieli: „Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas”.

Przeraziły! Najcudowniejsza wiadomość świata, w dodatku wcześniej zapowiedziana, prosi się o przyjęcie, a ci jeszcze bardziej się boją!

To przesądzone

Co się stało z tymi ludźmi? Cóż – pewnie coś podobnego do tego, co dzieje się z nami, gdy widzimy martwe ciało bliskiej osoby. Też mamy wiedzę o zmartwychwstaniu Jezusa, a jednak ta wiedza słabo rozwiewa smutek. Woda chrztu zmyła z nas grzech pierworodny, ale nasza natura pozostaje osłabiona. Nasz umysł wciąż podlega skutkom grzechu pierworodnego. Wciąż musimy walczyć, teraz jednak, w blasku zmartwychwstania, nie jest to walka straceńców, lecz zwycięzców.

Nicky Gumbel, twórca kursów Alpha, porównał naszą sytuację po zmartwychwstaniu Jezusa do zakończenia II wojny światowej. Po inwazji aliantów w Normandii losy konfliktu były przesądzone, ale walka wciąż trwała.

– Dziś żyjemy w okresie oczyszczania pola po bitwie. Wróg, choć nadal potrafi powodować straty, jest rozbrojony, pokonany i pozbawiony nadziei. Gdy Jezus powróci, szatan zostanie ostatecznie zniszczony – mówi Gumbel. – Żyjemy między D-Day (krzyż) a VE-Day (powrót Jezusa) – dodaje.

Prowadzimy więc triumfalną kampanię pod sztandarem zwycięskiego Baranka. Szatan nie ma już nad nami władzy, o ile sami mu na to nie pozwolimy. Wciąż umieramy, ale fizyczna śmierć to już tylko „cień śmierci”, zaledwie draśnięcie, otarcie spowodowane przejściem przez ciasną bramę wiodącą do wiecznego szczęścia.

„Ja nie umieram, ja wchodzę w życie” – mówiła z rozjaśnionym wzrokiem Teresa od Dzieciątka Jezus. Mówią to w różny sposób i różnymi słowami, ale zawsze z tym samym przekonaniem, ci, którzy są blisko Jezusa i z Nim się łączą w swojej ostatniej bitwie.

To żaden „end”

Popularne opowieści o ludzkich perypetiach kończą się według schematu: „I żyli długo i szczęśliwie”. Historia Jezusa zupełnie do tego nie pasuje. Ona nie miała „szczęśliwego zakończenia”. Nie było tak, jak w powieściach czy filmach, że jest strasznie i coraz straszniej, ale nagle, w ostatniej chwili… Nic takiego się nie wydarzyło. Ostatnia chwila była chwilą śmierci. „Skłoniwszy głowę, oddał ducha”. Tyle. To było zakończenie.

To, co zdarzyło się potem, to nie jest żaden „end”, ani „happy”, ani nie „happy”, bo wszystkie ludzkie historie i tak zawsze ostatecznie kończą się w grobie. Powstanie Jezusa z martwych to w ogóle nie jest zakończenie. To jest początek życia, do którego każdy człowiek został stworzony i do którego w głębi duszy wzdycha, choć nie umie go sobie wyobrazić. To triumf, jakiego nie zna ten świat.

„Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli” – mówi apostoł. Chrystus pierwszy. Teraz my.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • Tomasz
    22.04.2019 18:41
    Świetne, dla mnie bardzo poMocne
    doceń 0
  • Rafaello
    19.05.2019 20:51
    Jedno "ale": co czyni człowieka szczęśliwym? Mnie to ostatnio bardzo nurtowało. Bo jak to jest, że w niebie ludzie są szczęśliwi na wieki? Wiadomo, nie będzie chorób, nie będzie cierpienia, będzie pięknie, ale czy to jest najważniejsze?
    W moim odczuciu - to wszystko nie jest mnie w stanie uszczęśliwić. To wszystko jest pewien sposób ważne, ale jestem w stanie bez tego przeżyć. To, bez czego nie jestem w stanie przeżyć, to jest - miłość. Najważniejsze jest dla mnie przekonanie, że jestem kochanym naprawdę. Z naciskiem na słowo "naprawdę". Nie słowami, ale tak głęboko, z głębi serca, bezwarunkowo, tak naprawdę. Bez miłości nie ma życia. Jest wegetacja, jest śmierć. To jest właśnie dla mnie ta śmierć druga: pustka, beznadzieja.

    I tu pojawia się kolejne pytanie: czy ludzie umieją kochać? Czy umieją kochać naprawdę? Dla mnie niebo jest niebem dlatego, że tam jest Ten, który kocha naprawdę. Niebo jest tam, gdzie jest Bóg.
    doceń 2

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL