Nowy numer 42/2020 Archiwum

Chłopak na szóstkę

Jan Paweł II był dla niego najlepszym nauczycielem. Prowadził i wciąż prowadzi przez życie...

Profesor Andrzej Zieliński, wiolonczelista, pedagog, profesor zwyczajny Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jak mówi, człowiek szczęśliwy i spełniony, bo odnalazł swoje powołanie na płaszczyźnie zawodowej, społecznej – wiele lat był aktywnym harcerzem – a przede wszystkim rodzinnej. Cudowna żona, trzy córki, wnuki. Profesor mówi skromnie: – Duży wpływ na moje życie, formację, wybory, miał Wujek, czyli św. Jan Paweł II. On zawsze nas prosił, byśmy byli świadkami. Więc staram się być świadkiem…

Na imieninach Wujka

– Trafiłem do Krakowa, by się kształcić na muzyka – wiolonczelistę. Przyjechałem z Wielkopolski, skąd pochodzi moja rodzina. Ojciec kochał muzykę i swoich czterech synów kształcił na muzyków. Mnie przypadła wiolonczela – opowiada prof. Zieliński. – Tak się złożyło, że dość szybko poznałem syna pani Niny Riegerowej, Jerzego. Ona była katyńską wdową, on młodym patriotą, harcerzem. Chciałem koniecznie wejść w środowisko harcerskie – przed wojną byłem za młody, urodziłem się w 1937 r. Po wojnie niestety już niemal nie było harcerstwa, lecz „pionierstwo”. Dopiero w Krakowie odkryłem środowisko, które mi odpowiadało.

A środowisku, o czym młody Andrzej nie wiedział, najwyraźniej odpowiadał on. Dlatego bacznie mu się przypatrywano i prawie dwa lata go... testowano. – Czasy były takie, że nie można było wszystkim ufać. Stalinizm szalał. Dlatego zanim dostąpiłem zaszczytu wejścia do Środowiska (już od wielkiej litery) i poznania Wujka, musiały upłynąć dwa lata... Byłem przybocznym u Jurka Riegera, jeździłem z nim i harcerzami, działałem. Łączyły nas wartości, wiara, pasje.

4 listopada 1958 r. w domu pani Niny odbywały się imieniny ks. Karola Wojtyły, zwanego przez przyjaciół Wujkiem, który kilka tygodni wcześniej został biskupem pomocniczym w Krakowie. – To wtedy przedstawiono mnie Wujkowi, pamiętam doskonale, w korytarzu. Wiedziałem o nim tyle, że młodzież się do niego garnie, że ustawiają się długie kolejki do spowiedzi, że Msze św. celebruje w wielkim skupieniu i pobożności i że studentki zwróciły na niego uwagę również z tego powodu, że żył skromnie: miał połataną sutannę i mocno wychodzone, stare buty.

Młody Zieliński, ubrany w ciuchy amerykańskie, z bystrym wzrokiem, odważny, musiał się spodobać młodemu biskupowi. – Popatrzył na mnie z góry, bo był dużo wyższy, i powiedział: „Włos krótko przystrzyżony, spojrzenie śmiałe. Chłopak na szóstkę. Skąd takiego wzięliście?” – uśmiecha się do wspomnień prof. Zieliński. – Wujek potem towarzyszył mnie i mojej rodzinie, prowadził nas aż do końca swoich ziemskich dni, ale i po śmierci...

Małgosia

Student, a potem początkujący muzyk wsiąkł na dobre w Środowisko – tak nazywała się grupa młodych ludzi, którzy skupiali się wokół bp. Wojtyły. Spotykali się u niego na ul. Kanoniczej, świętowali razem imieniny, śluby, chrzciny, jeździli na wakacje, na słynne kajaki czy narty. – Czasem myślę, że Wujek, pozbawiony tego wszystkiego przez wojnę i osobiste dramaty, przy nas odnajdywał młodość, radość z obcowania z przyrodą. Był przy tym nie kumplem, lecz raczej mentorem, nauczycielem, wychowawcą, niemal ojcem. Wujkiem właśnie – mądrym, dobrym, kształtującym i wychowującym. To nam mówił najpierw wszystko to – o miłości, małżeństwie, ofierze z siebie – co potem mówił i pisał całemu światu.

Do dziś w domu profesora jak relikwie traktuje się Pismo Święte, które otrzymał od Wujka z dedykacją: „Ponieważ jest to Słowo Boże, dlatego ilekroć czytać będziesz tę Księgę, staraj się szukać w niej tego, co Bóg mówi do ciebie”. Ale pierwszą książką, jaką młody Zieliński otrzymał od Wujka, była opowieść o życiu brata Alberta, czyli malarza Adama Chmielowskiego. – To była historia nawróconego artysty, który porzucił sztukę dla pracy z biednymi. Ja byłem wtedy u progu kariery muzycznej. Wujek ogromną wagę przywiązywał do tego, byśmy pracowali nad swoim powołaniem, modlili się o właściwe rozeznanie powołania. Moim nie była sutanna ani habit. Zawodowo zostałem wierny wiolonczeli. Prywatnie i osobiście, do końca jej życia – mojej Małgosi. Małgosi, którą Karol Wojtyła znał od dziecka...

Bo na spotkania studentów z Wujkiem przychodziły też trzy wadowiczanki, w tym Małgosia Pikułówna, studentka medycyny. Pochodziła ze znanej wadowickiej rodziny – jej dziadkiem był aptekarz Kazimierz Homme. W domu rodzinnym Małgorzaty miało miejsce przyjęcie prymicyjne młodego ks. Wojtyły.

Małgosia i Andrzej pobrali się w 1967 r. A błogosławił ich, a jakże, kard. Wojtyła.

Dobre, wspólne życie

W podwarszawskim domu prof. Zielińskiego, w którym mieszka z najmłodszą córką, również wiolonczelistką Magdaleną, jej mężem i dziećmi, jest wiele przedmiotów jeszcze z wadowickiego domu rodzinnego Małgorzaty Zielińskiej. Stare meble, niewysokie, pięknie rzeźbione fotele, na których siadał zapewne młody Wojtyła, obrazy. – Byliśmy bardzo szczęśliwi, doczekaliśmy się z Małgosią trzech córek – uśmiecha się profesor. – A nasz ślub był wyjątkowy: rano odbywał się ingres kard. Wojtyły. Po południu błogosławił naszemu małżeństwu w maleńkim kościele Bożego Miłosierdzia na ul. Smoleńsk.

Mijały lata. Państwo Zielińscy wyprowadzili się do Warszawy. Ona łączyła rolę matki z pracą lekarza psychiatry, on starał się być dobrym ojcem, koncertował, uczył, wychowywał kolejne pokolenia świetnych wiolonczelistów. Cały czas mieli kontakt ze Środowiskiem: opłakiwali stratę przyjaciół, Jana Vetulaniego czy (obecnie sługi Bożego) Jerzego Ciesielskiego, cieszyli się narodzinami dzieci, potem wnuków. I cały czas mieli kontakt z Wujkiem. Wujek odwiedzał ich w Warszawie, a potem to już oni odwiedzali Wujka w Watykanie, gdy został papieżem.

– Urodziłam się właśnie w 1978 r., czyli na początku pontyfikatu Jana Pwła II – mówi Magdalena Rostworowska, najmłodsza córka prof. Zielińskiego – a mój najstarszy syn – któremu Ojciec Święty błogosławił jeszcze przed jego narodzinami, gdy nosiłam Piotrusia pod sercem, urodził się miesiąc po śmierci papieża. Niejako spinamy ten pontyfikat… Czternastoletni dziś Piotr nosi też imiona Jan Paweł.

– Jeździliśmy do Wujka zawsze, gdy było to możliwe. W 1997 r. byliśmy nawet na wspólnej Wigilii. Papież pięknie śpiewał po góralsku, a Magda grała polskie kolędy na wiolonczeli. Wujek na tych spotkaniach młodniał, to było widoczne. Cieszyliśmy się, że możemy sprawić mu radość – mówi prof. Zieliński.

W 2000 roku Środowisko zaplanowało kolejny wyjazd, by przedstawić następne pokolenia wychowane na słowie i formacji Wujka. – Ja byłam wtedy we Włoszech, czekałam na rodziców i przyjaciół – opowiada Magdalena Rostworowska. – Rodzice przyjechali do hotelu niedaleko Castel Gandolfo. Następnego dnia mieliśmy spotkać się z Wujkiem...

– Wracaliśmy z przyjaciółmi z kolacji – opowiada cicho prof. Zieliński. – Przechodziliśmy przez ulicę, ja ciut przodem – prowadziłem koleżankę, która miała uraz nogi. Żona na chwilę cofnęła się. Było ciemno. Auto jechało ze zbyt dużą prędkością, prowadził młody chłopak. Usłyszałem huk. Karetka przyjechała szybko, ale żona zmarła, zanim dojechała do szpitala... Byliśmy małżeństwem 33 lata.

Błogosławi

Następnego ranka profesor zadzwonił do Watykanu, poinformował o tragedii. Niewiele pamięta ze spotkania z papieżem kilka godzin później. – Uczestniczyliśmy w prywatnej Mszy św. Poszliśmy na wspólne z Wujkiem śniadanie – wspomina pani Magdalena. – Byliśmy wstrząśnięci naszą osobistą tragedią. Ale pamiętam reakcję papieża i było to dla mnie wielkie zaskoczenie. On, wielki i święty, był bardzo w swojej reakcji... ludzki. Widać było, że śmierć mojej matki nim wstrząsnęła. „Małgosia nie żyje. W głowie się to nie mieści”… – powtarzał.

– Wujek przysłał piękny list na pogrzeb Małgosi – wspomina prof. Zieliński. – Teraz, z perspektywy czasu, myślę, że wcześniej przygotowywał nas niejako na to, że czasem śmierć przychodzi tak nagle i dramatycznie. Jego wielkim przyjacielem był przecież sługa Boży Jerzy Ciesielski – w swoim miejscu odosobnienia i modlitwy w Watykanie miał jego zdjęcie zaraz przy fotografii Matki Teresy i Ojca Pio. Ciesielski zmarł tragicznie, utonął wraz z dziećmi w Nilu. Wujek często mówił o tej śmierci w takim kontekście, że po ludzku to dramat, ale przecież w perspektywie wieczności, w Bożej perspektywie wszystko wygląda inaczej... Podobnie mówił, gdy zginął na Dunajcu Jan Vetulani. Wujek uczył nas odnoszenia wszystkiego, co się dzieje, do Bożego planu zbawienia człowieka. Jeśli nie spojrzę na życie przez pryzmat Bożego planu, będę się czuł nieszczęśliwy i pokrzywdzony. Jeśli wejdę w plan, będę wdzięczny za to, co otrzymaliśmy przez 33 lata małżeństwa.

Ostatni list, jaki otrzymał prof. Zieliński i jego rodzina od Wujka – podpisany drżącą ręką ciężko chorego człowieka – dotarł do Warszawy kilka dni po śmierci papieża. Błogosławi w nim całą rodzinę – żyjące i przyszłe pokolenia...•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama