Nowy numer 41/2019 Archiwum

Czy jest co rozdzielać?

Krytykujący stan relacji Kościoła z państwem zapominają, że zalecany przez nich model był już praktykowany… w PRL. Istotą bowiem tych pomysłów jest ulokowanie Kościoła i ludzi wierzących na marginesie życia publicznego.

Tygodnik „Polityka” (nr 7) pyta, jak oddzielić państwo od Kościoła. Tytułowe pytanie wzmocnione jest sugestywnym rysunkiem nożyczek rozcinających zlewające się w jedno gmachy sejmu i kościoła. Przekaz rysunku, a także publikowanego w numerze tekstu Ewy Siedleckiej („Tron na ołtarzu wiary”) nie pozostawiają wątpliwości – oddzielenie Kościoła od państwa jest pilnym zadaniem społecznym i politycznym. W podobnym duchu napisane są manifesty programowe Wiosny Roberta Biedronia, Inicjatywy Polskiej Barbary Nowackiej czy Kongresu Świeckości, którym sekunduje publicystyka „Gazety Wyborczej” oraz innych liberalnych mediów. Różnią się w detalach i stopniu zacietrzewienia, ale stan rzekomego zlania państwa i Kościoła jest w nich przedstawiany jako oczywistość. Czy tak jest rzeczywiście? I co właściwie miałoby być rozdzielane?

Niezależność i współdziałanie

Podstawowymi aktami regulującymi relacje Kościół–państwo w naszym kraju są konstytucja oraz konkordat. Konstytucja była uchwalona w 1997 r., w czasach, kiedy rządziła koalicja SLD i PSL, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. W art. 25 ust. 3 stanowi jasno: „Stosunki między państwem a Kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Nie ma tam żadnej wzmianki o rozdziale czy świeckim państwie. Akcent jest położony na autonomię i wzajemną niezależność oraz współdziałanie na rzecz dobra wspólnego. W sprawie interpretacji tych przepisów wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny. Jedno z orzeczeń – z 14 grudnia 2009 r., a więc wydane w okresie, kiedy żadna ze stron sceny politycznej nie podważała ich prawomocności – precyzuje: konstytucyjne pojęcia autonomii i niezależności odnoszą się do dwóch aspektów tej samej sytuacji. Autonomia ma związek ze sferą wewnętrzną i oznacza prawo do samodzielnego rozstrzygania o sprawach danego podmiotu, natomiast niezależność dotyczy relacji zewnętrznych i jest rozumiana jako brak podporządkowania innym podmiotom. W praktyce nakłada to na instytucje państwowe obowiązek kształtowania statusu prawnego związków wyznaniowych nie w sposób dowolny, ale w porozumieniu z ich właściwymi przedstawicielami. Wszelkie działania będące próbą jednostronnego narzucenia jakichś rozwiązań wspólnotom wyznaniowym są w świetle tej wykładni bezprzedmiotowe.

Nikt nikogo w Polsce nie zmusza do udziału w jakichkolwiek obrzędach religijnych czy posyłania dzieci na religię. Jeśli jednak obywatele tego chcą, państwo jest zobowiązane umożliwić im realizację tych postulatów. Nie potrzebujemy rozdziału Kościoła od państwa, gdyż oba te byty są w polskich warunkach autonomiczne i niezależne, choć współpracują ze sobą w wielu dziedzinach dla dobra obywateli. Dlatego wysyp inicjatyw zmierzających do zakwestionowania tego stanu ma charakter polityczny, oderwany od rzeczywistości społecznej i prawnej. Powtarzające się w nich postulaty, jak: zaprzestanie finansowania lekcji religii ze środków publicznych, zaprzestanie finansowania składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne duchownych oraz likwidacja Funduszu Kościelnego czy wspólnych komisji rządowo-kościelnych, są niezgodne nie tylko z obowiązującą konstytucją oraz konkordatem, ale także zaprzeczają standardom funkcjonującym w cywilizowanych państwach.

Model nowy czy stary?

Warto przypomnieć, że fundamenty relacji Kościół–państwo nie zostały stworzone w III RP, ale w ostatnich miesiącach PRL, kiedy w maju 1989 r. Sejm uchwalił ustawę o stosunku państwa do Kościoła katolickiego. Ten akt prawny został napisany porządnie, z uwzględnieniem interesów zarówno państwa, jak i Kościoła. W późniejszych latach był on nowelizowany i uzupełniony. Jego uchwalenie kończyło okres walki z Kościołem w PRL. Czy teraz tamta epoka ma wrócić?

Analizując postulaty współczesnych antyklerykałów, mógłbym nieco sarkastycznie zauważyć, że wprost nawiązują do zasad polityki wyznaniowej, obowiązujących po 1945 r. Kościoły i wspólnoty wyznaniowe obrabowano wtedy z majątku, konkordat jednostronnie zerwano, krzyże zniknęły z miejsc publicznych, religię wyrzucono ze szkół, kapelanów ze szpitali i więzień, a obecność jakiegokolwiek duchownego (poza księżmi patriotami) na uroczystości państwowej była nie do pomyślenia. Urząd ds. Wyznań skutecznie nadzorował egzekwowanie tego prawa, a pion IV bezpieki z zapałem tropił wszystkich, którzy próbowali przeciwstawić się doktrynie o świeckości państwa. Odstawiając niewygodny dla dzisiejszych orędowników świeckości państwa sztafaż historyczny, warto ich zapytać, czy nie dostrzegają zbieżności swoich postulatów z tym, co robili komuniści po 1945 r.?

Co się zmieniło?

Ostatnia erupcja pomysłów dot. rozdzielenia Kościoła od państwa wywołuje pytanie, co takiego się stało, że nagle temat wrócił jako ważny przekaz medialny i polityczny. Baza prawna tych relacji, jak wspomniałem, powstała dawno temu i rządy PiS w tej kwestii niczego nie zmieniały. Prawo może się nie zmieniło, powiedzą promotorzy zmian, ale rządząca partia „idzie na pasku Kościoła”, wypaczając, jeśli nie literę, to z pewnością ducha tego ustawodawstwa. Gorzej z dowodami takiej zależności. W sprawach zasadniczych, a taką jest prawna ochrona życia nienarodzonych, obóz rządzący jest niewzruszony na jakiekolwiek sugestie czy postulaty nie tylko biskupów, ale całej opinii katolickiej. PiS postawiło na kunktatorstwo i bezczynność w sprawie ochrony życia i nie sądzę, aby kierownictwo partii miało zmienić zdanie. Nabierze odwagi, kiedy będzie w opozycji. Wtedy posłowie PiS dziarsko wzniosą ręce do góry za projektami, które i tak nie będą miały szans na przyjęcie. Tak działali, kiedy partia była w mniejszości. Także kompromitująca zwłoka Trybunału Konstytucyjnego przy rozstrzygnięciu wniosku o zbadanie zgodności aborcji eugenicznej z konstytucją dowodzi nie tyle suwerenności sądu konstytucyjnego, co jego zależności politycznej i podatności na sugestie płynące bynajmniej nie ze strony Kościoła. Rządzący są także całkowicie głusi na postulat Kościoła w sprawie uruchomienia korytarzy humanitarnych dla uchodźców z krajów ogarniętych wojną. Nawet głosy o ratowaniu w ten sposób chrześcijan zbywano ogólnikami, że nie pozwala na to bezpieczeństwo państwa, albo wymówką, że pomagamy im na miejscu. W tych dwóch fundamentalnych kwestiach obóz obecnej władzy całkowicie zlekceważył opinie przedstawicieli Kościoła i postępował niezgodnie z katolicką nauką społeczną.

Inną rzeczą są wypowiedzi osób duchownych na tematy społeczne czy polityczne. To podstawowe uprawnienie obywatelskie, którego wszak nie traci się w momencie przyjmowania święceń. Warto jednak zapytać, ile mamy przykładów zaangażowanego politycznie kaznodziejstwa. W moim przekonaniu jest ich niewiele. Wypowiedzi publiczne biskupów najczęściej nacechowane są wielką ostrożnością, co jest w pełni zrozumiałe przy takim natężeniu konfliktów, jakie mamy obecnie w Polsce.

Teza o jakimś wyjątkowym sojuszu tronu z ołtarzem w polskich warunkach nie jest więc prawdziwa. Prawdziwym celem tej manipulacji jest napisanie nowej agendy dla opozycyjnych partii politycznych. Sugeruje im się, aby idąc do wyborów, radykalnie przesunęły się na lewo. Zakwestionowanie zaś obowiązującego modelu stosunków Kościół–państwo ma być wstępem do przeprowadzenia rewolucji obyczajowej w najważniejszych kwestiach moralnych. Wobec tego projektu Kościół nie może być obojętny.

Redukcja do absurdu

W pojawiających się w przestrzeni publicznej analizach i wypowiedziach uderza redukowanie obecności Kościoła w życiu Polaków do rzekomego udziału w walce o władzę, prestiż i pieniądze jako głównego zajęcia osób duchownych, a biskupów w szczególności. Nie domagam się od ludzi, którzy – jak wynika z ich własnych deklaracji – są ateistami, wrażliwości na religijną misję Kościoła. Jeśli jednak ktoś odpowiedzialnie zamierza działać w sprawach publicznych, nie może być ślepy na społeczny i narodowy wymiar tej posługi. Jakże często w naszej historii Kościół był jedyną instytucją, która nam pozostawała. Poza misją religijną działał w sferze opieki społecznej, edukacji, kultury i wychowania. Tak jest także dzisiaj. Jakiego zaślepienia i zacietrzewienia trzeba, aby tego nie dostrzegać i proponować rozwiązania, które za fasadą haseł o „rozdzieleniu Kościoła od państwa” są afirmacją bolszewickiej filozofii, że religia jest sprawą prywatną jednostki i nie powinna się przejawiać w sferze publicznej? Spełnienie tego postulatu byłoby w istocie formą przymusowej laicyzacji, narzucanej przez radykalną mniejszość zdecydowanej większości społeczeństwa. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

  • Gość
    01.04.2019 12:21
    "zalecany przez nich model był już praktykowany… w PRL" ?
    W Peerelu istniał "Urząd ds. Wyznań", nikt nie mógł zostać biskupem czy proboszczem bez złożenia przysięgi wierności.
    Jak mówił "Dekret z 31 grudnia 1956 r. o organizowaniu i obsadzaniu stanowisk kościelnych" (Dz.U. 1957 nr 1 poz. 6) obowiązujący do 1989 włącznie:
    Art. 4. Mianowanie na stanowiska arcybiskupów, biskupów diecezjalnych, koadiutorów z prawem następstwa, proboszczów i administratorów parafii wymaga uprzedniego upewnienia się, czy przeciw osobom, które mają być mianowane na te stanowiska, nie zachodzą uzasadnione zastrzeżenia właściwego organu państwowego.
    Art. 6. Osoby mianowane na stanowiska kościelne określone w art. 4 składają przed objęciem stanowiska ślubowanie na wierność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej według następującej roty :
    "Ślubuję uroczyście dochować wierności Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, przestrzegać jej porządku prawnego i nie przedsiębrać niczego, co mogłoby zagrażać dobru Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej".
    Art. 7. W razie szkodliwej dla Państwa działalności duchownego właściwy organ państwowy zwraca się do zwierzchniego organu kościelnego z podaniem motywów o wydanie stosownych zarządzeń, a w razie ich nieskuteczności o usunięcie duchownego z zajmowanego stanowiska kościelnego.
    Art. 8. Prawomocny wyrok sądowy skazujący duchownego na utratę praw publicznych powoduje usunięcie duchownego z zajmowanego stanowiska kościelnego.
    doceń 35
  • Rafaello
    01.04.2019 13:59
    Historia pokazuje że poziom chrześcijaństwa jest odwrotnie proporcjonalny do poziomu prześladowań. Choćby patrząc na ten biedny prześladowany kościół w PRL który wydał Jana Pawła II. Dla mnie to jest wstyd tak nachalnie dopominać się o "swoje". Zwłaszcza gdy chce się głosić Ewangelię która promuje postawy wręcz przeciwne.
    doceń 28
  • wujek_Olek
    02.04.2019 14:43
    wujek_Olek
    Wszyscy głoszący "rozdział" kościoła od państwa, mają faktycznie poddaństwo kościoła na myśli, jak w protestantyzmie. Republikanie rewolucji francuskiej też żądali deklaracji poddaństwa od każdego klechy, kto sie upierał, tego do wrót kościelnych przybijali. Oni mają Islam jako przykład, pseudo-religię zbójeckich państw, którą nawet zwycięzcy przyjęli.
  • Gość
    03.04.2019 22:21
    bez sensu od początku do końca
    doceń 8

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji