Nowy numer 42/2020 Archiwum

Czy jest co rozdzielać?

Krytykujący stan relacji Kościoła z państwem zapominają, że zalecany przez nich model był już praktykowany… w PRL. Istotą bowiem tych pomysłów jest ulokowanie Kościoła i ludzi wierzących na marginesie życia publicznego.

Tygodnik „Polityka” (nr 7) pyta, jak oddzielić państwo od Kościoła. Tytułowe pytanie wzmocnione jest sugestywnym rysunkiem nożyczek rozcinających zlewające się w jedno gmachy sejmu i kościoła. Przekaz rysunku, a także publikowanego w numerze tekstu Ewy Siedleckiej („Tron na ołtarzu wiary”) nie pozostawiają wątpliwości – oddzielenie Kościoła od państwa jest pilnym zadaniem społecznym i politycznym. W podobnym duchu napisane są manifesty programowe Wiosny Roberta Biedronia, Inicjatywy Polskiej Barbary Nowackiej czy Kongresu Świeckości, którym sekunduje publicystyka „Gazety Wyborczej” oraz innych liberalnych mediów. Różnią się w detalach i stopniu zacietrzewienia, ale stan rzekomego zlania państwa i Kościoła jest w nich przedstawiany jako oczywistość. Czy tak jest rzeczywiście? I co właściwie miałoby być rozdzielane?

Niezależność i współdziałanie

Podstawowymi aktami regulującymi relacje Kościół–państwo w naszym kraju są konstytucja oraz konkordat. Konstytucja była uchwalona w 1997 r., w czasach, kiedy rządziła koalicja SLD i PSL, a prezydentem był Aleksander Kwaśniewski. W art. 25 ust. 3 stanowi jasno: „Stosunki między państwem a Kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Nie ma tam żadnej wzmianki o rozdziale czy świeckim państwie. Akcent jest położony na autonomię i wzajemną niezależność oraz współdziałanie na rzecz dobra wspólnego. W sprawie interpretacji tych przepisów wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny. Jedno z orzeczeń – z 14 grudnia 2009 r., a więc wydane w okresie, kiedy żadna ze stron sceny politycznej nie podważała ich prawomocności – precyzuje: konstytucyjne pojęcia autonomii i niezależności odnoszą się do dwóch aspektów tej samej sytuacji. Autonomia ma związek ze sferą wewnętrzną i oznacza prawo do samodzielnego rozstrzygania o sprawach danego podmiotu, natomiast niezależność dotyczy relacji zewnętrznych i jest rozumiana jako brak podporządkowania innym podmiotom. W praktyce nakłada to na instytucje państwowe obowiązek kształtowania statusu prawnego związków wyznaniowych nie w sposób dowolny, ale w porozumieniu z ich właściwymi przedstawicielami. Wszelkie działania będące próbą jednostronnego narzucenia jakichś rozwiązań wspólnotom wyznaniowym są w świetle tej wykładni bezprzedmiotowe.

Nikt nikogo w Polsce nie zmusza do udziału w jakichkolwiek obrzędach religijnych czy posyłania dzieci na religię. Jeśli jednak obywatele tego chcą, państwo jest zobowiązane umożliwić im realizację tych postulatów. Nie potrzebujemy rozdziału Kościoła od państwa, gdyż oba te byty są w polskich warunkach autonomiczne i niezależne, choć współpracują ze sobą w wielu dziedzinach dla dobra obywateli. Dlatego wysyp inicjatyw zmierzających do zakwestionowania tego stanu ma charakter polityczny, oderwany od rzeczywistości społecznej i prawnej. Powtarzające się w nich postulaty, jak: zaprzestanie finansowania lekcji religii ze środków publicznych, zaprzestanie finansowania składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne duchownych oraz likwidacja Funduszu Kościelnego czy wspólnych komisji rządowo-kościelnych, są niezgodne nie tylko z obowiązującą konstytucją oraz konkordatem, ale także zaprzeczają standardom funkcjonującym w cywilizowanych państwach.

Model nowy czy stary?

Warto przypomnieć, że fundamenty relacji Kościół–państwo nie zostały stworzone w III RP, ale w ostatnich miesiącach PRL, kiedy w maju 1989 r. Sejm uchwalił ustawę o stosunku państwa do Kościoła katolickiego. Ten akt prawny został napisany porządnie, z uwzględnieniem interesów zarówno państwa, jak i Kościoła. W późniejszych latach był on nowelizowany i uzupełniony. Jego uchwalenie kończyło okres walki z Kościołem w PRL. Czy teraz tamta epoka ma wrócić?

Analizując postulaty współczesnych antyklerykałów, mógłbym nieco sarkastycznie zauważyć, że wprost nawiązują do zasad polityki wyznaniowej, obowiązujących po 1945 r. Kościoły i wspólnoty wyznaniowe obrabowano wtedy z majątku, konkordat jednostronnie zerwano, krzyże zniknęły z miejsc publicznych, religię wyrzucono ze szkół, kapelanów ze szpitali i więzień, a obecność jakiegokolwiek duchownego (poza księżmi patriotami) na uroczystości państwowej była nie do pomyślenia. Urząd ds. Wyznań skutecznie nadzorował egzekwowanie tego prawa, a pion IV bezpieki z zapałem tropił wszystkich, którzy próbowali przeciwstawić się doktrynie o świeckości państwa. Odstawiając niewygodny dla dzisiejszych orędowników świeckości państwa sztafaż historyczny, warto ich zapytać, czy nie dostrzegają zbieżności swoich postulatów z tym, co robili komuniści po 1945 r.?

Co się zmieniło?

Ostatnia erupcja pomysłów dot. rozdzielenia Kościoła od państwa wywołuje pytanie, co takiego się stało, że nagle temat wrócił jako ważny przekaz medialny i polityczny. Baza prawna tych relacji, jak wspomniałem, powstała dawno temu i rządy PiS w tej kwestii niczego nie zmieniały. Prawo może się nie zmieniło, powiedzą promotorzy zmian, ale rządząca partia „idzie na pasku Kościoła”, wypaczając, jeśli nie literę, to z pewnością ducha tego ustawodawstwa. Gorzej z dowodami takiej zależności. W sprawach zasadniczych, a taką jest prawna ochrona życia nienarodzonych, obóz rządzący jest niewzruszony na jakiekolwiek sugestie czy postulaty nie tylko biskupów, ale całej opinii katolickiej. PiS postawiło na kunktatorstwo i bezczynność w sprawie ochrony życia i nie sądzę, aby kierownictwo partii miało zmienić zdanie. Nabierze odwagi, kiedy będzie w opozycji. Wtedy posłowie PiS dziarsko wzniosą ręce do góry za projektami, które i tak nie będą miały szans na przyjęcie. Tak działali, kiedy partia była w mniejszości. Także kompromitująca zwłoka Trybunału Konstytucyjnego przy rozstrzygnięciu wniosku o zbadanie zgodności aborcji eugenicznej z konstytucją dowodzi nie tyle suwerenności sądu konstytucyjnego, co jego zależności politycznej i podatności na sugestie płynące bynajmniej nie ze strony Kościoła. Rządzący są także całkowicie głusi na postulat Kościoła w sprawie uruchomienia korytarzy humanitarnych dla uchodźców z krajów ogarniętych wojną. Nawet głosy o ratowaniu w ten sposób chrześcijan zbywano ogólnikami, że nie pozwala na to bezpieczeństwo państwa, albo wymówką, że pomagamy im na miejscu. W tych dwóch fundamentalnych kwestiach obóz obecnej władzy całkowicie zlekceważył opinie przedstawicieli Kościoła i postępował niezgodnie z katolicką nauką społeczną.

Inną rzeczą są wypowiedzi osób duchownych na tematy społeczne czy polityczne. To podstawowe uprawnienie obywatelskie, którego wszak nie traci się w momencie przyjmowania święceń. Warto jednak zapytać, ile mamy przykładów zaangażowanego politycznie kaznodziejstwa. W moim przekonaniu jest ich niewiele. Wypowiedzi publiczne biskupów najczęściej nacechowane są wielką ostrożnością, co jest w pełni zrozumiałe przy takim natężeniu konfliktów, jakie mamy obecnie w Polsce.

Teza o jakimś wyjątkowym sojuszu tronu z ołtarzem w polskich warunkach nie jest więc prawdziwa. Prawdziwym celem tej manipulacji jest napisanie nowej agendy dla opozycyjnych partii politycznych. Sugeruje im się, aby idąc do wyborów, radykalnie przesunęły się na lewo. Zakwestionowanie zaś obowiązującego modelu stosunków Kościół–państwo ma być wstępem do przeprowadzenia rewolucji obyczajowej w najważniejszych kwestiach moralnych. Wobec tego projektu Kościół nie może być obojętny.

Redukcja do absurdu

W pojawiających się w przestrzeni publicznej analizach i wypowiedziach uderza redukowanie obecności Kościoła w życiu Polaków do rzekomego udziału w walce o władzę, prestiż i pieniądze jako głównego zajęcia osób duchownych, a biskupów w szczególności. Nie domagam się od ludzi, którzy – jak wynika z ich własnych deklaracji – są ateistami, wrażliwości na religijną misję Kościoła. Jeśli jednak ktoś odpowiedzialnie zamierza działać w sprawach publicznych, nie może być ślepy na społeczny i narodowy wymiar tej posługi. Jakże często w naszej historii Kościół był jedyną instytucją, która nam pozostawała. Poza misją religijną działał w sferze opieki społecznej, edukacji, kultury i wychowania. Tak jest także dzisiaj. Jakiego zaślepienia i zacietrzewienia trzeba, aby tego nie dostrzegać i proponować rozwiązania, które za fasadą haseł o „rozdzieleniu Kościoła od państwa” są afirmacją bolszewickiej filozofii, że religia jest sprawą prywatną jednostki i nie powinna się przejawiać w sferze publicznej? Spełnienie tego postulatu byłoby w istocie formą przymusowej laicyzacji, narzucanej przez radykalną mniejszość zdecydowanej większości społeczeństwa. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama