Nowy numer 12/2019 Archiwum

Kryzys w Kościele

Kto odchodzi z Kościoła, jest jak pacjent, który opuszcza szpital z powodu widoku chorych.

W piątek czytam: „Nuncjusz we Francji oskarżony o molestowanie”. W sobotę: „Były kardynał wydalony ze stanu kapłańskiego”.

Co się dzieje z Kościołem? Nic takiego, co by się z nim nie działo do tej pory. Jedni go budują, inni rujnują, a większość się przygląda i kibicuje to pierwszym, to drugim. Świętość sąsiaduje z podłością. Stały schemat. Stałe są też prognozy, że teraz się to wszystko rozsypie. Zanosiło się na to wielokrotnie, właściwie w każdej epoce, poczynając od ukrzyżowania Jezusa Chrystusa. Już wtedy powinien był nastąpić koniec „projektu Kościół”, który jeszcze się w gruncie rzeczy nie zaczął. I tak by się na pewno stało, gdyby nie był to projekt Boga. Bo tylko w Jego strategię jest wpisane zmartwychwstanie, a to zmienia wszystko. Gdy człowiek prześledzi historię Kościoła, widzi to wyraźnie: nie ludzka w tym moc.

Człowiek sam, bez Bożej łaski, potrafi tylko psuć. Gdy Dobra Nowina odmienia życie milionów, wciąż pęta się u jej nóg grzech, psując krew, robiąc Ewangelii złą prasę i sugerując: patrzcie – taki jest Kościół.

Hm – Kościół? Raczej jego pięta, miażdżona przez węża. Bóg zapowiedział to w Księdze Rodzaju, mówiąc o Niewieście, której potomstwo, miażdżąc wężowi głowę, samo poniesie przy tym szkody. Nic dziwnego, że wąż godzi w to miejsce, z którym ma kontakt. To właśnie my, ludzie żyjący na tym świecie, jesteśmy na linii walki i podlegamy duchowym napięciom, które – jeśli damy wiarę Złemu – mogą nas zniszczyć. Zmiażdżona pięta to konkretna strata i konkretny ból, a sprawiają go Kościołowi wszyscy, którzy nie pozwalają się Bogu zbawić. Istnieje obawa, że są wśród nich tacy, którzy uwierzyli propagandzie Oskarżyciela i uznali, że nie dla nich to miejsce, gdzie jest tylu zawodnych ludzi. I odchodzą, nieświadomi swoich własnych win i własnego udziału w słabościach Kościoła na ziemi.

Znajomy ksiądz powiedział kiedyś: „Kiedy odprawiam Mszę św., patrzę na tych ludzi w kościele i myślę sobie: Oto Ciało Chrystusa”. Niedawno ta myśl powróciła do mnie, gdy byłem na niedzielnej Eucharystii w moim parafialnym kościele. Wielu obecnych tam ludzi znam, wiem, że niejeden nosi w sobie jakąś ciężką duchową ranę. Są ludzie z pokomplikowanymi życiorysami, są rozwodnicy, są nałogowcy, są plotkarze i nudziarze, zwolennicy rozmaitych opcji politycznych. Na każdego coś by się znalazło, ze mną włącznie, rzecz jasna. Ale wszyscy razem jesteśmy Ciałem Chrystusa. Poranionym, krwawiącym, ale w Nim jest nasze zbawienie. W Jego ranach jest nasze zdrowie.

Dlatego trwa Kościół – pomimo rozpaczliwej zawodności jego członków. Bo to jest taki dziwny organizm, w którym – w jego ziemskich strukturach – wszystko szwankuje z wyjątkiem głowy. A głową Kościoła jest Chrystus. I do Niego każdy powraca, gdy się nawraca. Z Nim zmartwychwstaje, gdy wstaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji