Nowy numer 42/2019 Archiwum

Oscary takie czarne?

Po raz kolejny po nominacjach oscarowych pojawia się oburzenie na poprawność polityczną. Ale czy rzeczywiście jest w tym roku na co się oburzać?

Trzy lata temu zainicjowana została akcja #OscarsSoWhite. Miała ona na celu pokazanie rzekomego rasizmu amerykańskiej Akademii Filmowej, która w swoich nominacjach oscarowych pomijać miała czarnych twórców. Wielu z tych twórców zapowiadało nawet bojkot ceremonii oscarowej, z powodu zdecydowanej dominacji białych wśród nominowanych filmowców i aktorów. Akcja ta odbiła się dużym echem w Ameryce i już w następnych edycjach do najważniejszych nagród filmowych nominowanych i nagradzanych było dużo więcej czarnoskórych.

Ale taka zmiana wywołała kolejne kontrowersje. Akademia Filmowa jest oskarżana o promowanie czarnoskórych twórców, nawet jeśli ich dzieła są słabsze od innych. Pojawiły się nawet słowa o rasizmie „na odwrót”. Kontrowersje z nominacjami dla „czarnych” filmów nie ominęły i tegorocznych wyborów akademii. Wśród nominowanych znalazł się film „Czarna Pantera”. Jest to pierwszy film superbohaterski, który znalazł się na krótkiej liście najlepszych filmów minionego roku, z których jeden dostanie Oscara. Krytycy tej nominacji argumentują, że „Czarna Pantera” nie jest na tyle dobrym filmem, aby znaleźć się na tej liście. Czy mają rację?

„Czarna Pantera” jest bardzo dobrym filmem jak na film superbohaterski. Udowodniła to świetnymi wynikami finansowymi. Jednak czy powinno wystarczyć to do nominacji oscarowej? Na wybory Akademii Filmowej zawsze wpływały wielkie zjawiska popkulturowe w Ameryce. A na pewno takim zjawiskiem jest popularność filmów opartych o przygody komiksowych superbohaterów. Kwestią czasu była więc nominacja dla tego typu dzieła. I właśnie „Czarna Pantera” okazała się dobrym kandydatem. Nie tylko był to dobry film, ale też poruszał on ważne polityczne tematy i wywołał ogólnonarodową dyskusję.

„Czarna Pantera” opowiada historię władcy fikcyjnego afrykańskiego państwa – Wakandy. Władca ten jest, jak przystało na film nakręcony na podstawie komiksu, superbohaterem. Ma on ponadludzkie zdolności i posługuje się technologią, która nie będzie dostępna ludzkości pewnie jeszcze przez kilkadziesiąt lat. Jednak równie ciekawy jak władca, jest państwo którym rządzi. Wakanda jest wysoko rozwiniętym państwem afrykańskim. Tak wysoko rozwiniętym, że żadne państwo na świecie mu nie dorównuje. I właśnie fakt, że w wymyślonym przecież świecie najlepiej rozwinięte może być państwo afrykańskie, wywołał wiele kontrowersji.

Z jednej strony wielu czarnych, nie tylko w Afryce, ale i w Ameryce czy w Europie, zobaczyło w Wakandzie coś na wzór zastępczej ojczyzny. Oto państwo rządzone i zamieszkane przez ludzi takich jak oni, może być lepsze, bogatsze, bardziej zaawansowane niż państwa białych ludzi. Na pewno takie postawienie sprawy musiało podbudować samoocenę czarnych, kiedy w realnym świecie czują się oni gorsi od białych. Z drugiej strony pojawiło się sporo szyderstw internautów pod adresem samego pomysłu wysoko rozwiniętego afrykańskiego państwa, jak i popularności tego pomysłu wśród czarnych.

W „Czarnej Panterze” wątek historii i problemów Afrykanów jest poruszony bardzo dogłębnie. I jest on podjęty w sposób bardzo wyważony i dojrzały. Już sam ten fakt powinien być argumentem za przyznaniem filmowi nominacji do Oscara. Jednak właśnie ten element filmu zgubił się w dyskusji o roli czarnych w przemyśle filmowym. O długim braku ich docenienia w kinie i szybkim nadrabianiu tego błędu w ostatnich latach. I właśnie wątek „docenienia” czarnych przez Akademię Filmową dominuje w dyskusji o nominacji oscarowej dla „Czarnej Pantery”, a wartość polityczna filmu jest często ignorowana.

Dyskusja o „Czarnej Panterze” dotarła też do Polski. I przybrała nieoczekiwany przebieg. Polacy są często nazywani „murzynami Europy”. I nie jest to opinia tak bardzo nieuzasadniona. Podobnie jak w wypadku Afrykanów, lata niewoli utrudniły nam rozwój cywilizacyjny. Nasza sympatia powinna więc być po stronie czarnych. Tym bardziej, że sami jesteśmy często entuzjastami mało naukowej, za to fajnie brzmiącej dla naszych uszu historii „Wielkiej Lechii”.

Jednak w polskim internecie pojawiło się nie mniej niechęci do „Czarnej Pantery” niż na Zachodzie. I ta niechęć wróciła przy nominacjach oscarowych. A przecież sami lubimy, prawdziwe lub nie, historie o własnej wielkości. A kiedy czarni dostają taką właśnie historię, stajemy po stronie ludzi im niechętnych. Stawiamy się trochę w roli dziecka w szkole, które dołącza się do wyśmiewania kolegi przez „popularne dzieciaki”, mimo, że jest nam bliżej do tego kolegi niż do tych, co go wyśmiewają.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Bartosz Bartczak

Redaktor serwisu gosc.pl

Ekonomista, doktorant na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach specjalizujący się w tematyce historii gospodarczej i polityki ekonomicznej państwa. Współpracował z Instytutem Globalizacji i portalem fronda.pl. Zaangażowany w działalność międzynarodową, szczególnie w obszarze integracji europejskiej i współpracy z krajami Europy wschodniej. Zainteresowania: ekonomia, stosunki międzynarodowe, fantastyka naukowa, podróże. Jego obszar specjalizacji to gospodarka, Unia Europejska, stosunki międzynarodowe.

Kontakt:
bartosz.bartczak@gosc.pl
Więcej artykułów Bartosza Bartczaka

Zobacz także

  • Dremor
    25.01.2019 15:58
    Polska dyskusja na temat "Czarnej Pantery" była bardzo spłyconą kalką dyskusji amerykańskiej i nie ma co ukrywać, że opierała się o dość prymitywną krytykę. Tymczasem był to jeden z pierwszych filmów superbohaterskich, który poruszał ważne problemy społeczne, będące "na czasie". Komiksy bardzo często sięgają po głębokie tematy, bohaterowie mają bardzo poważne dylematy moralne, tematyka jest bardzo bogata, ale dotychczasowe filmy miały tendencję do całkowitego spłycenia i spłaszczenia historii i sprowadzenia jej do efektownych wybuchów i scen kaskaderskich. Czarna Pantera z kolei umiejętnie połączyła film suerbohaterski na poziomie z poważną tematyką. Udało się uzyskać bardzo fajny efekt, gdzie tematyka nie przytłoczyła konwencji. Porównam to z filmem o Supermanie "Człowiek ze Stali", gdzie też próbowano zrobić film ambitny (tematyką miała być samotność i wykluczenie człowieka, który różni się od innych), ale w efekcie powstał film, który nie był ani mądry, ani efektowny. Twórcom "Czarnej Pantery" to się udało, więc nominacja jest zasłużona.

    Tak na marginesie, w komiksach o Iron Manie Tony Stark, grany w filmach przez Roberta Downey Jr. przeszedł już na emeryturę i przekazał pancerz i misję obrony świata czarnoskórej nastolatce. Tak samo Spiderman w obecnej linii komiksowej jest czarnoskóry. Warto też wspomnieć o obecnej Ms. Marvel, którą jest Kamala Khan, nastoletnia muzułmanka, która jednocześnie musi borykać się z ratowaniem świata i z noszeniem hidżabu. I myli się ten, kto uważa, że te elementy do komiksów dodano "na siłę".
  • Oscar
    28.01.2019 09:48
    Panie redaktorze, kontrowersje wokół nominacji dla "Czarnej Pantery" obracają się głównie wokół jej komercyjnego zadęcia, a nie koloru skóry jej twórców i obsady. W kategorii "najlepszy film" nominowane są również "Czarne bractwo" i "Green book" - oba filmy mają w wiodących rolach osoby czarnoskóre i oba poruszają kwestie rasowe. Do tego nominację otrzymała także "Roma" - produkcja meksykańska. Żadna z tych nominacji jakoś nie podlega kontrowersjom (chociaż oczywiście w osobnej dyskusji można dywagować, czy chodziło o poprawność polityczną, czy artystyczne walory tych produkcji, gdy przyszło co do czego - ale nie o tym chcę powiedzieć).

    Może Pan nie wie, ale kilka miesięcy temu Akademia Filmowa ogłosiła, że dodaje nową kategorię nagród - dla najbardziej popularnego filmu. Sprzeciw opinii publicznej był tak duży, że ostatecznie się z tego wycofano. Dlaczego w ogóle próbowano przeforsować taki pomysł? Bo wyniki oglądalności gali oscarowej z roku na rok lecą na łeb, na szyję. Akademia chciała się ratować nową kategorią, żeby zaciągnąć przed telewizory publiczność masową, która nie ogląda kina "ambitnego", tylko chodzi dwa razy do roku do kina na superprodukcje. Ponieważ absolutnie jednogłośne oburzenie kinomanów popsuło te szyki, postanowiono nominować chociaż w głównej kategorii film mainstreamowy - żeby podnieść oglądalność! Ot cała polityka. I stąd oburzenie. Że film o niezaprzeczalnych walorach rozrywkowych i niegłupim przesłaniu, ale powiedzmy sobie szczerze - niewybitny i nastawiony głównie na efekty wizualne - otrzymał tak ważną nominację zamiast na przykład naprawdę wyróżniającego się "Gdyby ulica Beale umiała mówić". Dlaczego nie film Jenkinsa, tylko produkcja Marvela? Przecież poprawności politycznej też stało by się wtedy zadość. Otóż właśnie - bo Marvel ma (oczywiście tylko w planach Akademii) robudzić na nowo zainteresowanie szerokiej publiczności oglądaniem Oscarów. Tyle na ten temat.
    doceń 2

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji