Nowy numer 29/2020 Archiwum

Dopuściłem się bluźnierstwa. A potem...

Uciekałem przed Bożym Miłosierdziem. Wolę nawet nie myśleć, do czego byłbym zdolny, gdybym uległ wtedy rozpaczy.

Niestety wewnętrzny spokój nie trwał długo, gdyż szatan nie chciał tak łatwo zrezygnować. Już następnego dnia w niedzielę po Mszy św. i Komunii św., gdy byłem w domu, zaczęły pojawiać się bluźniercze myśli przeciwko sacrum. Wpadłem w stan bliski rozpaczy, pojawiło się przekonanie, że są to moje myśli, znowu zgrzeszyłem i nie ma dla mnie nadziei, bo nie potrafiłem wytrzymać nawet jednego dnia w stanie łaski uświęcającej. Pamiętam, że odczuwałem dziwny lęk, czoło oblał mi zimny pot, a wewnątrz cały trząsłem się ze strachu. Zasypiając wieczorem w łóżku sądziłem, że już się nie obudzę. Miałem jedynie tylko tyle siły, by wzywać wstawiennictwa Aniołów, Świętych (m.in. św. Ojca Pio) i prosić Jezusa o ratunek. Teraz już wiem, że było to dręczenie duchowe, o czym wspominają księża egzorcyści w swoich kazaniach. Strategią szatana jest bowiem pozostawanie jak najdłużej w człowieku w ukryciu i uspokajaniu sumienia słowami typu „nie przejmuj się, inni grzeszą bardziej niż ty, masz czas na pojednanie się z Bogiem, nie bądź nadgorliwy”. Dopiero jak grzesznik się nawraca, zaczyna się duchowa walka, o czym mogę zaświadczyć własnym przykładem. Nie spodziewałem się wówczas jednak tego, bo moja świeżo odzyskana wiara była bardzo krucha. Wolę nawet nie myśleć, do czego byłbym zdolny, gdybym uległ wtedy rozpaczy. Bóg na pewno tego nie chciał i robił wszystko, abym wytrwał w postanowieniu powrotu do niego. Następnego dnia obudziłem się z nową nadzieją i postanowiłem zaufać, że bluźniercze myśli z poprzedniego dnia nie były moje. Poszedłem na poranną Mszę Św. w języku angielskim i przyjąłem Komunię św. Stało się wtedy coś dziwnego, poczułem jak ciepło i energia rozchodzi się po moim całym ciele. Wiedziałem, że to Pan Jezus łączy się z moją duszą oraz ciałem i że nic złego mnie nie spotka, dopóki będę blisko Niego. Umocniłem się też w przekonaniu, że chcę całkowicie uwolnić się od zła, w którym tkwiłem i wrócić na stałe do Boga.

Szatan oczywiście ponawiał ataki, próbował mnie zastraszyć w różny sposób, m.in. doświadczałem fizycznego i psychicznego dręczenia, nadal odczuwałem awersję do sacrum, a pojawiały się nawet groźby, które słyszałem jako głosy wewnątrz, typu „zgnijesz w piekle”, „zrobię krzywdę Twoim bliskim”. Kiedy to następowało, czułem przynaglenie, aby coraz żarliwiej się modlić, odmawiając m.in. różaniec, modlitwę do św. Michała Archanioła, Pod Twoją Obronę, wypowiadać akty strzeliste (np. Jezu ufam Tobie, Jezus jest moim Panem i Zbawicielem, w Imię Jezusa Chrystusa wyrzekam się zła, grzechu, szatana). Wiedziałem, że sam nie dam rady, więc prosiłem wielokrotnie Boga o pomoc, a najbliższych o modlitwę i błogosławieństwo. Zacząłem też zdobywać wiedzę na sprawdzonych portalach katolickich o walce duchowej, sakramentaliach, egzorcyzmach. Rozmawiałem też w tej sprawie ze spowiednikiem i poprosiłem o zgodę, aby swój przypadek skonsultować z księdzem egzorcystą (niestety na terenie Wielkiej Brytanii jest ich niewielu). Wyraził zgodę. Akurat w listopadzie 2014 r. mieliśmy z żoną jechać na urlop do Polski, dlatego postanowiłem jak najlepiej wykorzystać ten czas pod względem duchowym. Skontaktowałem się z księdzem egzorcystą posługującym w mojej diecezji i poprosiłem o spotkanie. Zanim do niego doszło, udałem się do lekarza psychiatry, aby wykluczyć podłoże psychiczne tego, co się ze mną działo. Rozmowa z egzorcystą przebiegła w dobrej atmosferze, ksiądz pomodlił się nade mną i pobłogosławił z nałożeniem rąk, dokonał egzorcyzmu wody, soli i oleju, który przyniosłem ze sobą, a na koniec podarował mi specjalny modlitewnik pt. „Modlitwy w różnych potrzebach”, Wydawnictwa Rosemaria, polecając codzienne odmawianie z niego modlitw o uzdrowienie i uwolnienie, co też uczyniłem. Podczas pobytu w Polsce postanowiłem również pojechać z żoną do Częstochowy, aby podziękować za łaskę nawrócenia i poprosić Matkę Bożą Częstochowską o opiekę (traktowałem to również jako swoiste zadośćuczynienie za źle przeżytą pielgrzymkę sprzed lat). Udałem się także do miejsca, w którym dopuściłem się bluźnierstwa, czułem że powinienem się tam znaleźć, aby raz na zawsze zamknąć przeszłość. Uklęknąłem pod tym krzyżem i odmówiłem koronkę do Bożego Miłosierdzia, przepraszając Boga i dziękując za ocalenie życia podczas wypadku. Od tamtej chwili zaszła we mnie duża zmiana, bo to miejsce przestało mi się kojarzyć z bluźnierstwem i traumą wypadku, a stało się symbolem działania Bożego Miłosierdzia w moim życiu. Podczas pobytu w Polsce kupiłem również srebrny krzyżyk i Cudowny Medalik do noszenia na szyi, które oczywiście poświęciłem. Po tych doświadczeniach byłem gotowy do powrotu z urlopu do Anglii, choć jakaś część mnie nie chciała wracać, bo w Polsce czułem się bardzo dobrze. Dopiero z perspektywy życia emigranta można docenić, jak wielką łaską jest życie w Polsce, z tyloma otwartymi kościołami, gdzie codziennie odprawiane jest co najmniej kilka Mszy Św. i nabożeństw, gdzie można adorować Najświętszy Sakrament. Jest też wielu księży, do których można zwrócić się o duchową pomoc, ponadto na każdym kroku spotyka się przydrożne kapliczki i krzyże, a co równie ważne, jest tak wielu ludzi nie tylko wierzących, ale również pozostających w stanie łaski uświęcającej. W Wielkiej Brytanii wyznawanie i praktykowanie wiary katolickiej jest o wiele trudniejsze, więcej jest duchowych zagrożeń i moim zdaniem siła oddziaływania zła większa.

Po powrocie do Anglii walka duchowa wzmogła się na nowo, a sakramentalia okazały się wielką pomocą. Nie rozstawałem się ani na chwilę z krzyżykiem i Cudownym Medalikiem, nosząc je w domu, w pracy, podczas snu i nie zdejmując ich nawet podczas kąpieli. Wiedziałem że jest to bardzo ważne, bo zło robiło wiele, aby mnie do tego zniechęcić m.in. podsuwając strony internetowe, w których było napisane, aby uważać na fałszywe sakramentalia, że najlepiej ich się pozbyć. Nie rozstawałem się również z różańcem, także w nocy, bo nadal zdarzały mi się koszmarne sny, lub czułem lęki. Najczęściej wkładałem go pod poduszkę, aby być gotowym odpowiedzieć modlitwą na te nocne nękania. Tak też się działo, czasem wystarczyło kilka Zdrowaś Maryjo, a czasem modliłem się w półśnie przez całą noc. A gdy już nie mogłem się modlić, to zakładałem różaniec na szyję i tak udawało mi się przespać noc. Pomagały również sól i olej egzorcyzmowany.

„Nie złamie trzciny nadłamanej,
nie zagasi knotka o nikłym płomyku.
On niezachwianie przyniesie Prawo.” Iz 42, 3

Równolegle z prowadzeniem walki duchowej, odczułem również wielką potrzebę rozmawiania o wierze z innymi ludźmi i modlenia się za nich. Jako „świeżo nawrócony” chciałem od razu nawracać cały świat. Zdarzało mi się wówczas, że w głowie pojawiała się myśl z cytatem z Pisma Świętego „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” Mt 16, 26. Nie wiedziałem wówczas, co to znaczy. Czułem jednak cały czas jakiś wewnętrzny niepokój i przekonanie, że jeszcze nie do końca pojednałem się z Bogiem. Oczywiście starałem się spowiadać jak najczęściej, bo bałem się, aby nie przyjmować Komunii św. w stanie grzechu ciężkiego, jednak miałem problem podczas robienia rachunku sumienia, bo ciągle przypominały mi się grzechy z przeszłości, których nie wyspowiadałem, albo nie miałem pewności czy zostały już odpuszczone. Jednocześnie wydawało mi się, że księża z mojej parafii nie podzielają moich obaw. Wpadłem w skrupulanctwo, co było dla mnie nie tylko duchowym cierpieniem, ale również niszczyło więź z Bogiem. Nie wiedziałem co robić. Pamiętam, że wtedy uderzyły mnie słowa Pana Jezusa z Dzienniczka św. Faustyny, że bardziej niż grzechy rani go nieufność w Jego Miłosierdzie. Wiedziałem, że sam nie dam sobie z tym rady. Poprosiłem Boga o pomoc, powiedziałem, że nie chcę już nigdy przyjmować Komunii św. świętokradczo, więc jeżeli nie wyspowiadałem jeszcze jakichś grzechów ciężkich z przeszłości, to chciałem, żeby mi je pokazał. Tak też się stało.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy się o to modliłem, mój tata zaczął odmawiać Nowennę Pompejańską w mojej intencji, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałem. Tak naprawdę domyśliłem się tego w dniu, kiedy skończył odmawiać część błagalną. Dzieliła nas wtedy spora odległość (on był w Polsce, ja w Anglii), jednak nie miało to znaczenia. Stało się wtedy coś dziwnego, co trudno opisać. Poczułem, jak w mojej głowie otworzyła się jakaś bariera i zaczęły pojawiać się od dawna skrywane wspomnienia. Na początku były one nie zrozumiałe i niepokojące, wiedziałem jednak, że były prawdziwe. Potrzebowałem trochę czasu, aby sobie wszystko przypomnieć i okazało się, że wspomnienia dotyczyły bardzo ciężkiego grzechu, który popełniłem w przeszłości, a którego oczywiście nie wyznałem na spowiedzi. Nie będę o nim pisał szczegółowo, aby nikogo nie gorszyć, wystarczy, że powiem, że wiedza na ten temat była dla mnie straszna i całkowicie mnie dobiła, pozbawiając wszelkich złudzeń na temat mojej przeszłości i opinii jaką miałem na swój temat. Długo zresztą walczyłem, aby uznać ten grzech i moją całkowitą winę. Te myśli i wspomnienia atakowały moją głowę, a ja twierdziłem, że to nieprawda, jak ja mogłem to zrobić, co ja zrobiłem… Wszystko ustało, gdy wreszcie się poddałem, przyznałem się do tego, a co najważniejsze zamiast ciągłego skupiania uwagi na sobie i powtarzania „ja”, pomyślałem wreszcie o Jezusie, o tym jak cierpiał, gdy tak grzeszyłem i jak musiał się czuć za każdym razem, gdy przyjmowałem Go świętokradczo do mojego serca, które zmieniało się w nową Golgotę, gdzie powtarzała się Jego męka i śmierć.

« 2 3 4 5 6 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama