Nowy numer 28/2020 Archiwum

Dopuściłem się bluźnierstwa. A potem...

Uciekałem przed Bożym Miłosierdziem. Wolę nawet nie myśleć, do czego byłbym zdolny, gdybym uległ wtedy rozpaczy.

Kończąc ten wątek wydaje mi się, że trudniejsze od przebaczenia innym, jest przebaczenie samemu sobie za popełnione grzechy. Przyznam, że nadal mam z tym problem, bo wspomnienia o tym co robiłem często wracają i niestety zdarza mi się rozpamiętywać przeszłość. Jest to jednak błąd, bo daje tu o sobie znać ukryta pycha. Człowiek po nawróceniu zauważa, jak bardzo został zniewolony przez zło, jak dał się oszukać, jak wiele zła wyrządził Bogu, bliźnim oraz sobie. Cały czas pojawia się „ja”: dlaczego „ja”, jak „ja” mogłem to zrobić, jaki „ja” byłem głupi. Zauważam w tym wielkie niebezpieczeństwo i pokusę, bo człowiek stawia się w ten sposób ponad Bożym Miłosierdziem. Przecież każda szczera spowiedź niszczy wyznane grzechy i ich już nie ma, więc jeżeli Jezus w osobie kapłana nam przebaczył, to jak ja mogę sobie nie przebaczyć. Jestem przecież grzesznikiem, który cały czas potrzebuje Bożego Miłosierdzia.

- od początku swojego nawrócenia zacząłem odczuwać dużą chęć do dzielenia się wiarą i opowiadania o Bogu innym. Jako osobie nieśmiałej i zamkniętej w sobie nie przychodziło mi to łatwo. Pamiętam jak jeszcze kilka lat wcześniej miałem duży problem i wstydziłem się w otoczeniu innych ludzi uczynić znak krzyża, gdy przechodziłem obok kościoła. W Anglii to się zmieniło, a Bóg pomagał mi przełamywać lęki, szczególnie ten, aby przestać zwracać ciągle uwagę na to, co inni pomyślą sobie na mój temat. Zacząłem więc czynić znak krzyża w miejscu publicznym, gdy tylko zdarzyło mi się mijać po drodze kościół katolicki lub przydrożny krzyż. Okazało się, że mój strach był bezzasadny, bo nigdy nie spotkało mnie z tego tytułu nic złego. Coraz chętniej również w kontaktach z rodziną i przyjaciółmi rozmawiałem o Bogu i wierze. Wkrótce jednak okazało się, że na tym nie koniec, bo poczułem wewnętrzne przynaglenie, aby również w miejscu mojej pracy świadczyć o wierze. Warto tu zaznaczyć, że Wielka Brytania jest bardzo zsekularyzowana, większość ludzi ma niewiele wspólnego z chrześcijaństwem, rozmowy o wierze są tematem tabu, ponadto panuje polityczna poprawność i źle rozumiana tolerancja, przez co wśród samych Anglików panuje lęk, aby mówić co się myśli i głosić niepopularne treści. Nic więc dziwnego, że na początku nie byłem zachwycony myślą o tym, żeby rozpocząć ewangelizację, ale w końcu się poddałem, idąc za cytatem z Biblii „Uwiodłeś mnie Panie, a ja dałem się uwieść” JR 20, 7. Z perspektywy czasu widzę, że nie zrobiłbym tego, gdyby Bóg nie podzielił tego wszystkiego na etapy. Przy okazji miał do mnie dużą cierpliwość, zachęcając do pokonywania trudności i zaufania Jemu we wszystkim. Pierwszym etapem był ten, aby zacząć modlić się i czynić znak krzyża przed posiłkiem podczas przerwy w kantynie. Pamiętam strach jaki czułem, gdy miałem zrobić to po raz pierwszy, że wszyscy mnie wyśmieją, potraktują jak oszołoma lub spotkają mnie nieprzyjemności ze strony przełożonych. Jednak gdy już się odważyłem, wszystko to przestało mieć znaczenie, a uczucia radości, które wtedy poczułem, nikt mi już nie zabierze. Wkrótce zacząłem się również modlić, rozpoczynając pracę, powierzając siebie i wszystkich w firmie Bożej opiece. Kolejnym ważnym dla mnie etapem było zrezygnowanie z pracy w niedzielę, co wynikało z mojego grafiku, a po nawróceniu zaczęło mi to przeszkadzać. Aby to zrobić, musiałem napisać podanie do pracodawcy z prośbą o przejście na inną zmianę. Wahałem się jak to zrobić, ale ostatecznie jako powód podałem, że jestem katolikiem i z powodu wyznawanej wiary nie mogę pracować w niedzielę. Jednocześnie modliłem się o pomyślne rozpatrzenie mojej prośby, bo osób składających podania było więcej, a w firmie dość rzadko zgadzano się na takiej zmiany. Pamiętam, że musiałem dwukrotnie ponawiać swoją prośbę, a na decyzję czekałem dość długo , jednak wierzyłem, że wszystko będzie dobrze i tak też się stało. Odtąd nie musiałem już pracować w niedzielę.

Bardzo szybko zauważyłem, że im częściej pokazywałem w pracy, że jestem chrześcijaninem, tym więcej osób chciało ze mną rozmawiać o Bogu i wierze. Zdarzały się różne sytuacje, przeważnie pozytywne np. ktoś prosił o radę, ktoś zaciekawiony lub zdziwiony pytał co się ze mną stało, ktoś chciał podyskutować o chrześcijaństwie albo okoliczności sprawiały, że temat wiary sam naturalnie wypływał w rozmowie lub był przeze mnie proponowany. Oczywiście bywały też lekko złośliwe uwagi pod moim adresem, dyskusje kilku osób, które wyśmiewały się z sacrum lub atakowały otwarcie Kościół, czy księży. Starałem się wtedy spokojnie prezentować swoje racje i dawać świadectwo. Ciężko już policzyć, ile takich rozmów przeprowadziłem, było ich naprawdę dużo i to wśród ludzi różnej narodowości. Najlepiej zapamiętałem dyskusje z tymi osobami, które w swoim życiu odeszły już dawno od Boga, albo miały niewielką lub skrzywioną wiedzę o chrześcijaństwie. Mogliśmy się oczywiście nie zgadzać, ale traktowaliśmy się z szacunkiem i widziałem jak wielką nosili w sobie potrzebę dowiedzenia się czegoś o Bogu i Jego miłości.

Powrót do Polski i co dalej

Tak upłynęło mi większość 2015 r. Na jesieni tego roku zdarzył się prawdziwy cud w moim małżeństwie, bo dowiedzieliśmy że moja żona jest w ciąży, o co bezskutecznie staraliśmy się od kilku lat. Przyspieszyło to naszą decyzję o powrocie do Polski, bo nie chcieliśmy, aby żona rodziła w Anglii, jednak zanim to nastąpiło, miało jeszcze miejsce jedno zdarzenie, o którym powinienem napisać. Przygotowując się do powrotu, poczułem, że powinienem zrobić coś jeszcze dla moich kolegów i koleżanek poznanych w Anglii. Akurat zbliżał się Rok Miłosierdzia, ogłoszony przez papieża Franciszka, a ja czułem się przynaglony, aby ciągle mówić napotkanym ludziom o Bożym Miłosierdziu. Postanowiłem kupić w Polsce dużą ilość obrazków z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego, z instrukcją jak odmawiać koronkę do Bożego Miłosierdzia i obietnicami Pana Jezusa dla tych, którzy będą się nią modlić z tekstem w różnych językach. Obrazki poświęciłem u księdza i następnie zacząłem je rozdawać m.in. w pracy. Przyznam, że z jednej strony było to bardzo stresujące, ale jednocześnie wyjątkowe i obfitujące w niezwykłe sytuacje doświadczenie. Mówiłem ludziom, że wracam niedługo do Polski, a na pożegnanie mam dla nich upominek i opowiadałem krótko o obrazku, modlitwie i o Bożym Miłosierdziu. Reakcje w większości były pozytywne, słuchali moich opowieści, sami otwierali się na rozmowę oraz dziękowali za upominek. Oczywiście spotykałem się też z niezrozumieniem lub z osobami, które nie chciały mieć z tym nic wspólnego. Długo mógłbym opowiadać o tych rozmowach i spotkanych ludziach. Niestety nie dane mi było dokończyć pożegnania ze wszystkimi, z którymi chciałem, bo w tym samym czasie ciężko zachorowałem i musiałem jak najszybciej wracać do Polski, rezygnując z pracy w Anglii. Żona została trochę dłużej, aby pozałatwiać wszystkie formalności, ale mogliśmy liczyć na sporo życzliwych osób, które nam pomogły w tych trudnych chwilach. Po miesiącu byliśmy już razem w Polsce. Okazało się, że z mojej choroby i naszego przyśpieszonego powrotu wyniknęło jednak dobro, ponieważ pojawiły się u żony pewne komplikacje z ciążą. Gdybyśmy nadal mieszkali w Anglii, mogłoby się to zakończyć nieciekawie (w angielskiej służbie zdrowia obowiązuje coś takiego jak „naturalna selekcja” ciąży, bo do 12. tygodnia ciąż zagrożonych nie podtrzymuje się żadnymi lekami, przez co dochodzi do licznych poronień). W Polsce żona otrzymała fachową pomoc i wszystko skończyło się jak najlepiej. W maju 2016 r. urodził nam się zdrowy syn, który jest naszą wielką radością.

Ostatnie lata spędzone w Polsce to okres ciągłego nawracania, które, mam tego pełną świadomość, będzie trwało do końca mojego życia. Po pierwszym, burzliwym i obfitującym w wiele nadnaturalnych wydarzeń etapie nawrócenia, nastąpił ten trudniejszy okres, wymagający codziennej pracy nad sobą, zmagania się ze swoimi wadami oraz podtrzymywania wiary, nadziei i miłości. Bliski jest mi fragment Pisma Świętego: „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł” 1 Kor 10, 12. Traktuję go jako przestrogę i drogowskaz. Przypominam sobie o nim szczególnie wtedy, gdy czuję się zbyt pewny siebie, pojawia się pycha lub zadowolenie z siebie i jeżeli ulegam tej pokusie, to bardzo szybko zdarza mi się upaść. Jest to dla mnie lekcja pokory, aby nigdy nie zapomnieć, że moje nawrócenie i to, co dobrego stało się w moim życiu, nie jest moją zasługą, a wynika tylko z dobroci Boga i jego Miłosierdzia, przed którym tak długo uciekałem. Staram się więc być blisko Boga i Kościoła, regularnie korzystać z sakramentów, czytać Pismo Święte, pogłębiać wiedzę religijną, brać przykład z życia świętych. Coraz bliższa jest mi też pobożność maryjna, bo wiem jak słaby jestem i jak bardzo potrzebuję pomocy w drodze do Boga i życia wiecznego. Maryja jest dla mnie najpewniejszą, najkrótszą i najdoskonalszą drogą do Jezusa, szczególnie jeżeli odda się Jej w niewolę miłości w akcie ofiarowania się Jezusowi Chrystusowi przez ręce Maryi. Uczyniłem to niedawno w oparciu o Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny Św. Ludwika Marii Grignon de Montfort. Ufam, że dzięki temu nie pogubię się w trudnej drodze do życia wiecznego, a nawet jeśli zdarzy się jakiś upadek, to Maryja jak najszybciej zaprowadzi mnie z powrotem do Jezusa. Zachęcam więc do tego też innych.

Za moje życie i nawrócenie Bogu niech będą dzięki. Jestem wdzięczny też wstawiennictwu Maryi, Aniołom i Wszystkim Świętym oraz ludziom, za wszelkie dobro, które mnie w życiu spotkało.

A wszystkim czytającym to świadectwo, życzę Bożego błogosławieństwa i wszelkich potrzebnych łask dla Was i Waszych bliskich.

Krzysztof

« 2 3 4 5 6 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama