Nowy numer 28/2020 Archiwum

Bliski koniec

Od końca świata ważniejsze jest to, co potem.

Przydybały mnie onegdaj na mieście dwie panie ze Świadków Jehowy z ostrzeżeniem, że mam być przygotowany, bo nadchodzi koniec świata. – Rozumiem, że chodzi o jakiś nowy koniec, bo państwo, zdaje się, mieli ich już kilka? – zauważyłem.

– Pozostaw szydercę jego szyderstwu – rzuciła cytatem jedna z pań i obie natychmiast oddaliły się ode mnie szybkim marszem. Trochę mnie to zaskoczyło, bo liczyłem na dłuższą pogawędkę. Zwłaszcza że Świadkowie Jehowy naprawdę datę końca świata wyznaczali już osiemnaście razy i miałem nadzieję, że usłyszę jakieś ciekawe wyjaśnienie, dlaczego wtedy nie, a teraz to już na pewno tak.

No ale nic z tego. W sieci krąży za to mnóstwo przepowiedni o nadchodzącym kataklizmie, który zakończy to wszystko. Produkują to, jak się zdaje, ludzie różnych wyznań, również katolicy. Przez dłuższy czas ktoś mi pocztę bombardował jakimś „Wielkim ostrzeżeniem”. Zdaje się, że ogólnie chodziło tam o koniec świata, że to już, już, już. Bo trzęsienia ziemi, bo Tusk, bo Antychryst.

Akurat co do tej nagłości, to w Ewangelii Jezus mówi to samo, tylko bez tych wszystkich scenariuszy, że Chiny napadną Rosję czy jedni i drudzy Amerykę, i będzie wielkie bum.

Cóż to za nowina, że nadejdzie dzień, gdy ludy rzucą się sobie do gardeł, skoro robią to od niepamiętnych czasów? Gdyby w ostatniej godzinie świata ludzie rzucili się sobie w ramiona – no, to byłoby coś. To by znaczyło, że nastąpiło coś ważniejszego od samej śmierci, coś podobnego do tego, co zrobił tzw. Dobry Łotr na krzyżu. Takie rzeczy zdarzają się w chwilach krytycznych. Chwała Panu za takie chwile, gdy ludzie widzą, że ich koniec się zbliża, ale oni jeszcze mają czas na decyzję. Bo koniec, oczywiście, nadchodzi, ale niekoniecznie z czasem na rachunek sumienia.

Ostatnio jakoś często słyszę o nagłych zgonach różnych osób. Tak nagłych, że osoby te nie zdążyły nawet powiedzieć słowa. A to jest przecież absolutnie realny koniec świata dla mnie. Jakie to ma znaczenie, co ujrzę w ostatniej chwili: spadające z nieba gwiazdy czy szklankę ściągniętą ze stołu razem z obrusem? Po co mam zastanawiać się, kiedy Jezus przyjdzie powtórnie, skoro w każdej chwili mogę przyjść do Niego? Istotny jest więc nie termin, tylko moja dyspozycja.

Słyszałem właśnie kawał o umierającym facecie, który zebranej rodzinie oświadczył, że jest kibicem Legii. „Ale tato, dlaczego? Przecież całe życie kibicowałeś Ruchowi!” – zdumiały się dzieci. Na to ojciec: „Bo ja tak lubię, gdy umiera kibic Legii”.

To się nazywa strategia umierania. Dla nas jednak ważne jest nie kibicowanie, lecz gra – w drużynie Jezusa. Niezłym pytaniem sprawdzającym przynależność może być: „Byłeś  w spowiedzi?”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także