Nowy numer 7/2019 Archiwum

Kulisy pewnego listu

Czy wolność słowa jest w Polsce zagrożona? Czy dziennikarze mogą krytykować władzę, a zagraniczne koncerny medialne mają tu swobodę działania?

Odpowiedzi na te pytania wydają się oczywiste. Tymczasem ambasador USA Georgette Mosbacher najpierw osobiście ruga posłów polskiego parlamentu, a potem pisze list do premiera. Na jego zakończenie dodaje odręcznie: „Musimy rozwiązać tę sprawę, ponieważ stoi ona na przeszkodzie ważniejszym sprawom”. List wywołał prawdziwy szok, reakcja była bowiem absolutnie nieadekwatna do sytuacji. To kolejny kamyczek do polskiego ogródka, rzucony, paradoksalnie, przez przedstawicielkę administracji prezydenta toczącego w USA wojnę z mediami.

Hajlujący yeti

Poszło o głośny materiał „Superwizjera” TVN, ukazujący polskich neonazistów świętujących urodziny Hitlera. Reportaż Bertolda Kittela i Anny Sobolewskiej wzbudził ogromne kontrowersje. Autorom trzeba przyznać jedno: dokonali rzeczy niebywałej, porównywalnej ze sfilmowaniem yeti. Dotąd bowiem panowało przekonanie, że miłośnicy Hitlera w Polsce są właśnie jak ów legendarny stwór – wszyscy o nich mówią, ale nikt ich na własne oczy nie widział. TVN pokazał polskiego, hajlującego yeti. Rzecz w tym, że zeznania jednego z uczestników imprezy z wafelkową swastyką na torcie podważyły ów sukces. Twierdzi on, że dostał 20 tys. zł na zorganizowanie fety, a warunkiem miał być udział reporterki TVN. Kierownictwo stacji kategorycznie zaprzecza, by doszło do inscenizacji. Śledztwo wciąż się toczy i trudno uznać je za prześladowanie stacji.

Swój komentarz wygłosił Joachim Brudziński – i to właśnie pani ambasador uznała za „atak na dziennikarzy”. Szef MSW napisał na Twitterze m.in.: „Wygląda na to, że była to ohydna, odrażająca i dewastująca wizerunek Polski w świecie prowokacja. Co na to właściciele TVN?”. Odpowiedź już znamy: właściciele poprosili o interwencję swojego ambasadora.

Ale zarzuty wobec stacji nie są stawiane tylko przez polityków. „Wiele wskazuje na to, że grupa przebierańców z lasu pod Wodzisławiem Śląskim to w rzeczywistości opłaceni statyści. W czyim filmie zagrali? Kto naprawdę sfinansował tę imprezę i jaki był rzeczywisty udział dziennikarzy oraz ich stacji w tym wydarzeniu? Czy ujawnili istniejące zjawiska, czy też byli ich animatorami?” – pytał Wojciech Biedroń na portalu wPolityce.pl. Także w opinii Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP „ujawnienie wszelkich okoliczności powstania i emisji reportażu magazynu »Superwizjer« telewizji TVN jest niezwykle istotne ze względu na społeczny odbiór oraz oddziaływanie tej audycji na opinię publiczną, zarówno w Polsce, jak i za granicą, dlatego do działań organów śledczych w tej konkretnej sprawie podchodzimy z cierpliwością i bez emocji, czekamy na rezultaty i ustalenia śledztwa” – czytamy w oświadczeniu CMWP.

Ustawka kontra nagonka

Dodatkowy pretekst do interwencji pani ambasador pojawił się, gdy do sieci wyciekło zdjęcie hajlującego operatora TVN. Funkcjonariusze ABW, wpisując się w absurdalność całej sytuacji, wręczyli Piotrowi Wacowskiemu wezwanie na przesłuchanie w charakterze podejrzanego… o propagowanie faszyzmu. Zarzut kuriozalny wobec dziennikarza działającego „pod przykrywką”. To tak jakby wysłać policję po Emila Karewicza, bo pokazywał się w towarzystwie Klossa w mundurze gestapo. Zbyt śmieszne, by mogło trwać. Nic więc dziwnego, że po kilkudziesięciu godzinach wezwanie operatora na przesłuchanie zostało odwołane.

W ciągu tych kilkudziesięciu godzin doszło jednak do prawdziwego trzęsienia ziemi. Helsińska Fundacja Praw Człowieka wyraziła zaniepokojenie „atmosferą, jaką kreuje Ministerstwo Sprawiedliwości, służby specjalne oraz partia rządząca” wokół dziennikarzy TVN. Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar zapowiedział, że spyta o sprawę prokuraturę. Zanim wezwanie dla Piotra Wacowskiego odwołano, zdążył już ukazać się list protestacyjny podpisany przez ponad stu dziennikarzy. Solidarność środowiska, gdy wysyła się ABW do kolegi, była czymś absolutnie naturalnym.

Brunatna fala nadchodzi

A jednak ten list pokazał, jak bardzo podzielone jest środowisko dziennikarskie w Polsce. Pojawiające się pytania o okoliczności zrealizowania reportażu nazwano w liście „nagonką prorządowych mediów”. Okazuje się, że to, co jedni nazywają groteską budzącą wątpliwości natury etycznej, dla innych jest osiągnięciem godnym Nagrody Radia Zet im. Andrzeja Woyciechowskiego. Bo w gruncie rzeczy może nie chodzi o sam materiał, ale o stworzenie wrażenia, że w Polsce neonaziści faktycznie istnieją i stanowią realne zagrożenie. A dziennikarzom, którzy tę bolesną prawdę ujawnili, chce się teraz odebrać wiarygodność.

List zresztą wykracza daleko poza sprawę reportażu, czytamy w nim bowiem, że „partia, która od trzech lat rządzi w naszym kraju, traktuje wolne media z wrogością, zwalcza je i używa wobec nich niegodnych oraz oszczerczych argumentów”. W podobnym duchu o sprawie doniosła większość zachodnich mediów. W relacjach korespondentów z Polski nie ma nic o wątpliwościach etycznych i groteskowości samego reportażu. Jest on przedstawiany jako demaskatorski i obnażający prawdę, którą władza nękająca dziennikarzy chce zatuszować. Bo przecież wiadomo (choćby z rankingów Freedom House), że w Polsce wolność mediów jest tylko częściowa, szaleje cenzura, a zagraniczne koncerny są dyskryminowane. Co ciekawe, choć okrzyki „pali się!” są wznoszone już trzeci rok i… nic się nie dzieje, wciąż są za granicą traktowane bardzo poważnie.

Ustawa, której nie ma

Przed wysłaniem listu do premiera pani ambasador USA spotkała się z członkami zespołu parlamentarnego i zrobiła im awanturę za ustawę, która miałaby jakoby ograniczyć swobodę działania zagranicznych koncernów medialnych w Polsce. Atak był o tyle zdumiewający, że w parlamencie nie toczą się żadne prace nad repolonizacją czy dekoncentracją rynku mediów. Co więcej, od lutego nic w tej sprawie nie dzieje się też w Ministerstwie Kultury. Temat dawno umarł. – Zleciliśmy analizy i na tym się skończyło, były inne priorytety – wyjaśnia wiceminister kultury Paweł Lewandowski.

Co więcej, każdy uważny obserwator sceny politycznej w Polsce wie, że rząd PiS w najbliższych miesiącach, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, będzie skupiał się na gaszeniu wszystkich konfliktów, a nie na otwieraniu nowych frontów. Jaki sens miałoby „podniesienie ręki” na dominację zachodnich koncernów medialnych akurat teraz? Zwłaszcza po doświadczeniach dotyczących ustaw o IPN czy Sądzie Najwyższym? Ktoś panią ambasador ewidentnie wpuścił w maliny. Kto? Po co? Niestety, można domniemywać, że została ona w jakimś stopniu wykorzystana w wewnątrzpolskiej rozgrywce politycznej.

Płacz i płać

Czy zatem mamy do czynienia z kolejnym atakiem histerii? I tak, i nie. Wolność mediów w Polsce faktycznie może być zagrożona, tyle że nie do końca jest jasne, kto tu kogo chce nękać. Oto na konferencji zorganizowanej 27 listopada przez Platformę Obywatelską dziennikarka „Gazety Wyborczej” wygłosiła niecodzienny apel, by wstępować na drogę prawną przeciw… dziennikarzom, oczywiście mediów publicznych. Kilka dni wcześniej Roman Giertych, adwokat będący dziś twarzą opozycji, poszedł o krok dalej. Nie tylko zapowiedział nękanie TVP pozwami o ochronę dóbr osobistych, ale stwierdził też, że będzie starał się, aby zasądzone odszkodowania płacili pozwani dziennikarze, a nie Telewizja Polska. „Jednocześnie w przypadku, gdyby poszczególni dziennikarze mieli umowy gwarantujące im zwrot przez tę spółkę zapłaty za zasądzone zadośćuczynienia lub zwrot za koszty przeprosin, będę domagał się sądowego stwierdzenia nieważności takich zobowiązań. W moim przekonaniu tego typu zobowiązania stanowią obejście prawa i są nieważne” – stwierdził adwokat.

W praktyce oznaczałoby to odejście od fundamentalnej gwarancji wolności słowa, jaką jest parasol ochrony prawnej otwarty nad dziennikarzami przez pracodawcę: właściciela stacji czy redakcji. Jeśli to nie jest forma zastraszania, to co nią jest? Zwłaszcza że zagrożenie wydaje się całkiem realne. Nie trzeba bowiem szczególnie bogatej wyobraźni, by usłyszeć wyroki polskich sądów zgodne z intencją Romana Giertycha. Trzecia władza może dopiec dziś tej czwartej skuteczniej niż rząd i parlament razem wzięte.

W tej akurat sprawie nie zabrała jednak głosu Helsińska Fundacja Praw Człowieka, nie są też zbierane podpisy pod listami protestacyjnymi. Oby nie trzeba było wkrótce organizować publicznej zbiórki na odszkodowania płacone z własnych kieszeni przez dziennikarzy.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji