GN 25/2019 Archiwum

Redaktor na trudne czasy

Ksiądz infułat Stanisław Tkocz nie tylko przez blisko 30 lat redagował nasz tygodnik, ale był instytucją w życiu publicznym i medialnym. Z jego zdaniem liczyli się nawet ci, którzy się z nim nie zgadzali i uważali go za przeciwnika.

Zmarł 15 lat temu, 13 listopada 2013 r., po krótkiej, lecz ciężkiej chorobie. Pozostał nie tylko w swych tekstach, znakomicie nieraz podejmujących najważniejsze problemy epoki, ale przede wszystkim w „Gościu Niedzielnym”, najważniejszym dziele jego życia. Jego biografia jest ważnym przyczynkiem do dziejów powojennego pokolenia śląskich kapłanów pracujących w warunkach ostrej konfrontacji z systemem komunistycznym i w pierwszej dekadzie III Rzeczypospolitej.

Z powstańczej rodziny

Urodził się 28 lipca 1931 r. w Jastrzębiu-Zdroju, w patriotycznej rodzinie. Jego ojciec Józef walczył w III powstaniu śląskim, matka Wiktoria z domu Mazur pochodziła ze znanej rodziny polskich działaczy na Górnym Śląsku. Ojciec zagrożony aresztowaniem we wrześniu 1939 r., bo jego nazwisko znalazło się na niemieckiej liście proskrypcyjnej osób przeznaczonych do rozstrzelania, musiał uciekać z domu. Trafił na Bliski Wschód, gdzie wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych. Brał udział w bitwie pod Tobrukiem, podczas której został ranny. Był utalentowanym malarzem amatorem. W mieszkaniu ks. Tkocza wisiał namalowany przez jego ojca obraz przedstawiający gen. Stanisława Kopańskiego naradzającego się ze swoim sztabem.

Po powrocie do kraju w 1945 r. Józef Tkocz zapisał się do PPS, a po zjednoczeniu w grudniu 1948 r. został członkiem PZPR. Matka w czasie wojny była żołnierzem Armii Krajowej. Dla ks. Tkocza najbardziej traumatycznym wojennym doświadczeniem był styczeń 1945 r., kiedy był świadkiem bestialskiego zachowania się niemieckich wartowników pędzących przez Jastrzębie kolumny więźniów z KL Auschwitz. Jak wszyscy po wojnie chciał się otrząsnąć z tamtych koszmarów i zacząć budować nowe, lepsze życie. Jednak wtedy totalitaryzm miał nie tylko brunatny kolor.

Ukąszenie marksizmem

Arcybiskup Damian Zimoń, który chodził z razem z ks. Tkoczem do Liceum im. Powstańców Śląskich w Rybniku, potwierdził, że w młodzieńczych latach ks. Tkocz był zafascynowany marksizmem. Nauczyciele wręcz zalecali uczniom, aby w przypadku wątpliwości ideowych rozmawiali z nim jako szkolnym ekspertem w tej dziedzinie. – Tkocz zawsze był wrażliwy na krzywdę społeczną. Być może w zmianach ustrojowych dostrzegał szansę na bardziej sprawiedliwe urządzenie świata – wspomina emerytowany metropolita śląski.

Od młodości Tkocza fascynowało dziennikarstwo, dlatego rozpoczął studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Szybko jednak zrozumiał, że ma być jedynie funkcjonariuszem aparatu propagandy, ślepo wykonującym polecenia partii. W takich warunkach rodziło się jego powołanie kapłańskie. W 1952 r., po roku studiów, ku ogromnemu zaskoczeniu kolegów oraz wykładowców, gdyż należał do wybijających się studentów i kariera stała przed nim otworem, wstąpił na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego, a po jego likwidacji w 1954 r. naukę kontynuował w Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie. Za jego decyzję zapłacił ojciec, którego pozbawiono stanowiska dyrektora szkoły podstawowej w Jastrzębiu. Jako dziennikarz ks. Tkocz zadebiutował w seminarium, razem z grupą kolegów redagując kleryckie pismo „Znicz”.

Święcenia kapłańskie otrzymał w czerwcu 1957 r. z rąk bp. Herberta Bednorza, z którym blisko współpracował przez znaczną część swojego życia. Po krótkim okresie spędzonym w parafii w Wodzisławiu Śląskim, w 1960 r. rozpoczął pracę w kurii diecezjalnej w Katowicach, najpierw jako notariusz, a od 1968 r. jako kanclerz. Od 1966 r. zasiadał w kolegium redakcyjnym „Gościa”, a w marcu 1974 r. przejął kierowanie pismem po ks. Józefie Gaworze.

W nowych czasach

Doświadczenia z młodości ukształtowały myślenie ks. Tkocza o komunizmie do końca życia. – Jako mój doradca w sprawach społecznych prezentował twardą linię wobec władz. Nie było w tym żadnych umizgów czy kunktatorstwa. W ocenie komunistów nawet po 1989 r. był stanowczy, powiedziałbym nawet radykalnie stanowczy – wspomina abp Zimoń, który w 1985 r. został biskupem katowickim.

Nieraz krytycznie oceniał także działaczy nowych formacji politycznych, przejmujących w III RP władzę w kraju. Wiosną 1989 r. przed wyborami czerwcowymi poparł kandydatów Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”, zwłaszcza Andrzeja Wielowieyskiego, wieloletniego działacza warszawskiego KiK-u, a w latach 80. ważnego publicysty „Gościa Niedzielnego”, oraz prof. Augusta Chełkowskiego, wybitnego fizyka z Uniwersytetu Śląskiego, w wyborach do Senatu z województwa katowickiego. Życzliwie odniósł się także do kandydowania Adama Michnika z jednego ze śląskich okręgów, co wówczas nie wzbudzało emocji, gdyż inaczej przebiegały linie podziałów między najważniejszymi siłami politycznymi w kraju. Później miał oczywiście swoje sympatie polityczne, ale łamy „Gościa” otwierał dla różnych nurtów, które wyrosły z „Solidarności”. Miał jednak dystans wobec obozu narodowego, co sprawiało, że niektórzy biskupi byli mu niechętni. – Twierdzili, że Tkocz jest nazbyt lewicowy – wspomina abp Zimoń. – Ale to nie była prawda. Jego mądrość polegała na tym, że nie był radykalnie prawicowy. Miał po prostu wyważoną kościelną linię i nikt nigdy jej nie zakwestionował – dodaje emerytowany metropolita katowicki.

Zakorzenianie

Przełomowym momentem w redagowaniu „Gościa” było stworzenie przez ks. Tkocza w 1992 r. koncepcji dodawania do głównego wydania tygodnika wkładek dla poszczególnych diecezji. Ich tworzenie było wielkim wysiłkiem organizacyjnym i finansowym, jednak dzięki temu „Gość” lepiej zakorzenił się w wielu diecezjach. Była to szansa nie tylko dla nas, ale także dla diecezji otrzymujących możliwość redagowania własnego pisma. Ks. Tkocz poświęcił wiele czasu, aby przekonać biskupów, że w trudnych realiach rynkowych lepiej poradzą sobie tygodniki ogólnopolskie aniżeli lokalne. Nie wszyscy go słuchali, podejmując własne inicjatywy wydawnicze, które z reguły po jakimś czasie kończyły się niepowodzeniem. Drogą wytyczoną przez ks. Tkocza podążyła później częstochowska „Niedziela”, budując własną, często konkurencyjną wobec nas ofertę rynkową. O powodzeniu tego pomysłu zdecydowało wsparcie kilku biskupów, którzy postawili na rozwój takiego modelu prasy katolickiej. Poza metropolitą katowickim ks. Tkocza wspierali kardynałowie Franciszek Macharski i Henryk Gulbinowicz, abp Alfons Nossol, a później także prymas Polski kard. Józef Glemp. Mając sporą grupę oponentów, mimo wszystko zdecydował o stworzeniu warszawskiego dodatku „Gościa”. Ważne miejsce w intelektualnej biografii ks. Tkocza zajmuje jego kontakt z abp. Józefem Życińskim. Jego decyzje umożliwiły nam powołanie dodatku najpierw w diecezji tarnowskiej, a później w archidiecezji lubelskiej.

Mówił prawdę w oczy

Wspominając ks. Tkocza w nagraniu telewizyjnym, dokonanym zaraz po jego śmierci, abp Zimoń powiedział, że był redaktorem na trudne czasy, i jest to trafna ocena. Przez wiele lat ks. Tkocz stawiał czoła ograniczeniom administracyjnym oraz interwencjom cenzury, inwigilacji i szykanom ze strony bezpieki, traktującej go jako wroga ustroju. Boleśnie przeżył zawieszenie wydawania „Gościa” w pierwszych miesiącach stanu wojennego. Wspierał „Solidarność” także po jej delegalizacji i pomagał wielu jej działaczom. Po 1989 r. stawił czoło nowym wyzwaniom rynkowym. Zaczynał pracę w tygodniku, który wydawany był na kiepskim papierze w objętości czterech stron w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy, sprzedawanych głównie na Górnym Śląsku. Jego redakcja mieściła się w trzech pokojach, a na etatach zatrudnionych było dwóch dziennikarzy. Gdy umierał, „Gość” miał nakład ponad 150 tys. egzemplarzy, w 12 oddziałach w całym kraju pracowało kilkudziesięciu dziennikarzy, działało profesjonalne studio graficzne, a sprzedaż prowadziła związana z redakcją spółka, budując nasz własny kolportaż. Jego wielkim sukcesem było wznowienie wydawania „Małego Gościa Niedzielnego”, jedynego czasopisma religijnego dla dzieci w bloku wschodnim.

Pracę ks. Tkocza cenił także Jan Paweł II, znający go dobrze jeszcze w czasach pracy w Krakowie. Abp Zimoń wspomina, że w czasie audiencji u papieża nieraz był pytany przez niego o kondycję „Gościa” i osobę naczelnego. Ks. Tkocz pozostaje także w żywej pamięci tych, którzy poznali go głębiej i z nim współpracowali. – Jako kolega był uczciwy, wierny i zawsze mówił mi prawdę w oczy. Często stanowczo – dodaje abp Zimoń. – Nie zawiodłem się także na jego ocenach społecznych, gdyż miał wielkie rozeznanie w tych sprawach i znał się na ludziach.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji