Nowy Numer 21/2019 Archiwum

Pan Józef jest twardy

– Ja bohaterem nie jestem. Oni byli – ci, którzy zginęli – mówi Józef. – Ja bohaterem? Tylko pomogłem człowiekowi… – mówi Mateusz. Obaj stoczyli niezwykłą bitwę.

Dwaj górale. Jeden orawski, drugi spod Limanowej. Mimo że dzieli ich ponad 60 lat, łączy przyjaźń, upór i natura nieskrępowana, nieco przekorna, która wymyka się głupim nakazom, a o wolność każe walczyć w każdej okoliczności. Józef Kowalczyk i Mateusz Otrębiak. Jeden za wszystkich, dwóch za jednego. Poznali się aż w Sydney. Dziś 94-letni Józef mieszka w domu rodzinnym Mateusza, na Orawie. A Mateusz pracuje w Australii. Do Polski przyjeżdża, gdy tylko może.

Patrioci: starszy i młodszy. Bo patriotyzm ma dwa wymiary: walki z bronią w ręku, gdy trzeba. To Józef. I walki o wartości, o dobro i godność drugiego człowieka. To Mateusz.

Mateusz

Wysoki, długowłosy, z zawadiackim spojrzeniem. W Australii od prawie ośmiu lat. Na wysokościach pracuje: w specjalnej uprzęży czyści najwyższe wieżowce. Najważniejsze, by nie mieć lęku przestrzeni. On nie ma. – Przyjechałem, pracuję. Jest jak jest. I plusy, i minusy. Na szczęście jest internet, więc mogę mieć kontakt z krajem, z rodzicami. Bo na obczyźnie tęskno…

Mateusz co niedzielę jeździ na Mszę św. po polsku. A potem zwykle chodzi do polskiego klubu w Sydney. Zawsze można ze swoimi porozmawiać. Trzy lata temu w jedną taką niedzielę też poszedł do klubu. Kawę zamówił, rozejrzał się – gdzie usiąść.

– Wtedy zobaczyłem pana Józefa. Siwiutki, sympatyczny się wydał. Usiadłem obok niego. Zagadałem. Od słowa do słowa, zaczął opowiadać o swoim życiu: do klubu przywiózł go opiekun. Mieszka w ośrodku dla osób starszych. Gdzie? Tego nie bardzo wiedział… Ale swoje wcześniejsze losy, sprzed dziesiątków lat, pamiętał doskonale. Opowiadał o tułaczce, walce, losach zesłańca, żołnierza. Mnie historia interesuje, słuchałem chętnie. No i pytałem, a Józef odpowiadał. Dwa tygodnie później pojechałem do klubu znów. I znów pan Józef sam siedział przy stoliku. Wtedy już rozmawialiśmy jak dobrzy znajomi.

Józef twierdził, że sobie radzi, że pomocy nie potrzebuje, że jest po wypadku, więc już nie mieszka samodzielnie. – Mówię mu, że go znajdę, poszukam jego ośrodka w internecie. Chyba nie wierzył. Znalazłem adres, zadzwoniłem. To był dom starców. Przyznali, że faktycznie Józef Kowalczyk w nim mieszka. Miałem wolne w pracy, więc wsiadłem w samochód, koleżankę Australijkę zabrałem ze sobą i pojechaliśmy.

Józef ucieszył się. Mało powiedziane: wzruszony, nie wierzył, że ten młody góral, co obiecał, to dotrzymał. I tak to się zaczęło...

– Odwiedzaliśmy Józefa. Zabierałem go co niedziela do klubu polskiego. Prawny opiekun, Polak zresztą z pochodzenia, nie miał nic przeciwko. To był początek 2016 roku. A gdy się bliżej poznaliśmy, poznałem największe marzenia Józefa: od zawsze chciał wrócić do Polski, ostatni raz góry zobaczyć. Albo chociaż odwiedzić...

Na pomysł wyjazdu do kraju opiekun pana Józefa wstępnie się zgodził. – Organizujemy więc bilet – ucieszyłem się. – Koleżanka szybko bilety wynalazła. Zadzwoniłem do opiekuna pana Józefa poinformować go. No i się zaczęło…

Bo wtedy opiekun stwierdził, że samodzielny, energiczny, w ogólnie dobrej formie pan Józef jechać nie może. Że podróż mu zaszkodzi, lekarz nie wyrazi zgody. I tyle. Koniec tematu. Nie pojedzie!

– Myślę sobie: bzdura. Przecież Józef w dobrej formie jest, jak na swój wiek. Ćwiczy, pompki nawet robi. Pojechałem do ośrodka. Zapytałem lekarza, czy rzeczywiście Józef nie nadaje się do lotu. Lekarz, nieco zdziwiony, stwierdził, że wręcz przeciwnie – może lecieć! Ale to od opiekuna wszystko zależy.

I tu zaczęła się walka Mateusza o Józefa. Mateusz argumentował, prosił, świadczył, że się Józefem zajmie, zaopiekuje. I cała jego rodzina też. Opiekun był nieprzejednany, coraz bardziej agresywny. A już argumenty, że Józef „walczył za nas i teraz musimy się odwdzięczyć” – najmniej go poruszały. W końcu opiekun... zakazał Józefowi kontaktów z Mateuszem.

– Nie darowałem. Znalazłem adwokata, Australijczyka zresztą, któremu udało się porozmawiać z Józefem. I Józef zażądał zmiany opiekuna na piśmie...

Rozpoczęła się batalia sądowa o opiekę prawną nad Józefem. Trwała długo. Przyznali Józefowi opiekuna z urzędu. Takiego, co na co dzień w biurze siedzi, a podobnych „dziadków” pod „opieką” ma pewnie ze dwudziestu.

– Wcale się Józefem nie interesował! – denerwuje się Mateusz. – Cały 2017 rok minął nam na próbach przekonania opiekuna, żeby zgodził się na wyjazd Józefa. Dużo dobrych ludzi, w tym Australijczyków, pomagało. Tysiące podpisało naszą petycję, by Józef mógł pojechać do Polski. Jestem im do dziś wdzięczny…

Gorzej, że gdy Mateusz udał się do polskiego konsulatu, żeby wyrobić Józefowi polski paszport, usłyszał od urzędniczki, że nic nie można zrobić. Zresztą i po co?

– To tłumaczę, po co: że on miał 16 lat, jak wyjechał z Polski, że stracił rodzinę w wojnie i wszystko. I pod Monte Cassino bohatersko walczył. I pani nie chce mu pomóc? Przecież gdyby nie on, mogłaby pani mówić po niemiecku. A pani na to, że nie miałaby nic przeciwko. W szoku byłem, gdy takie słowa usłyszałem!

Mateusz z przyjaciółmi nagrywają filmik i wrzucają do internetu: „Walczyłem za wolną Polskę, a teraz zabrania mi się w niej umrzeć” – mówi pan Józef. Może to ten filmik, a może góralski upór Mateusza i pana Józefa sprawiają, że w 2017 roku, po wielu bojach, sąd przyznaje Mateuszowi częściową opiekę nad Józefem. Po części opiekę nadal sprawowała (teoretycznie) opieka społeczna.

– Wtedy ja mogłem decydować o jego leczeniu i mieszkaniu, oni o finansach i wyjeździe – ale już było coś do przodu.

Tymczasem Józef powoli tracił nadzieję. Smutniał z każdym dniem. Opieka wraz z lekarzami zaczęła ładować w niego leki antydepresyjne…

– A on po prostu tęsknił… I wiedzieliśmy, że nie możemy dłużej czekać, prosić, bo oni go nie wypuszczą, a tymczasem przecież Józef dwudziestu lat nie ma, więc każdy dzień się liczy – mówi z zacięciem Mateusz.

Wpadli na pomysł… „wyjazdu wakacyjnego” w jedną stronę. Poprosili o wyjazd na 3 tygodnie. Do rodziny Mateusza, w góry. Opieka jakoś dała się uprosić. I na początku lipca 2018 r. zaczęły się Józefowe wakacje. Wakacje życia, które trwają szczęśliwie do dziś.

Józef

Teraz siwy, z jasnym spojrzeniem. Dziarski, mimo wieku. Kiedyś przystojny, jak na górala przystało. Na starych zdjęciach patrzy wzrokiem odważnym, bystrym, walecznym. Jak tylko polski żołnierz patrzeć potrafi.

Nigdy się nie zrzekł obywatelstwa. Gdy szedł na wojnę w wieku 16 lat, numer PESEL nie istniał. Więc potem, już po wojnie, gdy był na obczyźnie, najpierw w Wielkiej Brytanii, potem w Australii, polskiego paszportu nie miał. Po latach nominalnie stał się Australijczykiem. I nawet te medale, które dostawał za walkę, nawet dokumenty wojskowe, nawet i zdjęcia oraz przepiękna polszczyzna, mimo 78 lat poza krajem, dowodem na jego polskość nie były. Przedziwne losy polskiego żołnierza. Polskiego bohatera…

– Ja bohater? – pan Józef lekko się niecierpliwi. – Oni tam, którzy zginęli, to bohaterzy. Nie ja...

Do dziewięćdziesiątki pamiętał wszystko. Sprawny jak mało kto w jego wieku. I wtedy miał wypadek. Złamana miednica, ciężki stan. Lekarze nie dawali wielkich szans. A on tak chciał jeszcze Polskę zobaczyć, że cudem wydobrzał, Choć już do pełnej formy nie wrócił. Wtedy ktoś przyszedł, podsunął jakieś papiery. Józef podpisał i został ubezwłasnowolniony i umieszczony w specjalnym ośrodku. Ciężko tam było. On, wolny, niezależny, twardy, musiał na godzinę jeść, na godzinę spać…

Ale co tu się smucić, co wspominać, gdy teraz Józefowi dobrze. Oj, jak dobrze. Mieszka na Orawie, w domu rodzinnym Mateusza. Z jego młodszym rodzeństwem, tatą i mamą – ciepłą i dobrą panią Bożenką, która gotuje jak najlepszy szef kuchni, i która pokochała starszego pana niemal jak własnego ojca.

– O, Józef, proszę, zupka ciepła. Krupniczek. Teraz trzeba zjeść, żeby siłę mieć – podtyka talerz pachnącej swojskimi warzywami, z odrobiną czosnku (tak Józef lubi), zupą. Józef zajada. – Potem Józef na spacer pójdzie, góry zobaczyć. Tu u nas mu się podoba, bo góry podobne do tych jego, z Lubomierza. A potem wróci koty nakarmić. Ma pan Józef już tu swoje rytuały. Wieczorami lubi sport pooglądać, gazety poczytać. Czasem mnie sprawdza, czy wszystko z wiadomości telewizyjnych rozumiem – śmieje się pani Bożenka. – On doskonale wszystko wie – co się dzieje w kraju i poza nim. Ma niesamowitą pamięć: gdy najdzie go ochota, deklamuje mi wszystkich polskich poetów.

Pani Bożenka na kuchennym stole rozkłada zdjęcia, dużo czarno-białych fotografii. Na zdjęciach Józef jako młody żołnierz, Józef z towarzyszami walki, Józef na emigracji. Obok leżą medale, które dostał w ciągu całego życia. I ten różaniec. Józef bierze w dłoń drewniane paciorki. Trzyma trochę jak osobistą relikwię, która towarzyszyła mu tyle lat, i która teraz jest z nim w Polsce.

– Dostałem różaniec w Palestynie od polskiej siostry, nazaretanki – opowiada. – Wszędzie go miałem, on mnie ratował przed śmiercią. A potem się zgubił. Bo to uchronisz przed zgubą, gdy się czołgasz, gdy wspinasz się, w okopach siedzisz? – pyta retorycznie. – Wypadł mi pewnie z kieszeni gdzieś na froncie. Ech, jak ja żałowałem, jak żałowałem…

I dopiero kilkanaście lat po wojnie, już w Australii, poznał siostrę zakonną, też nazaretankę. Opowiedział swoją historię. A zakonnica znów podarowała mu różaniec. Taki sam, drewniany. I ten towarzyszy mu do dziś.

Józef jest samotny, nie założył rodziny. Miał młodszego brata, który był lotnikiem w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Brat prawdopodobnie zginął i Józef nawet nie wie, gdzie leży. Podobnie rodzice: nie wiadomo, co się z nimi stało. I nie wiadomo, co z dwiema siostrami. Józef z trudem mówi o bliskich, głos mu wtedy drży, oczy się szklą. Ot, los polskiego żołnierza…

Sam urodził się w 1924 r. w Lubomierzu koło Limanowej. Z wczesnego dzieciństwa Józef pamięta niewiele – jako mały chłopiec wypasał krowy i owce. Potem z rodziną mieszkali na obecnych Kresach. Prawdopodobnie na początku 1940 r. wraz z bratem przedostał się przez Węgry, a następnie przez Turcję do Palestyny. W 1943 r. wstąpił do 12. Pułku Ułanów Podolskich w ramach II Korpusu Polskiego. Z armią Andersa przeszedł cały szlak bojowy przez Półwysep Apeniński. Walczył pod Monte Cassino, został odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Monte Cassino. Pułk Józefa jako pierwszy umieścił proporzec na ruinach klasztoru na Monte Cassino. Wielu, jakże wielu, jego przyjaciół kompanów tam zginęło. I ten uśmiechnięty, z czarno-białego zdjęcia. I tamten, ze zdjęcia w sepii…

– Mnie się udało przeżyć. Nie wiem dlaczego...

Po wojnie, w 1946 r. trafił do Anglii. – Chciałem wrócić do Polski. Ale spotkałem Polaków, żołnierzy. Przestrzegli mnie, powiedzieli, że u nas komunizm i wszyscy, którzy na zachodnim froncie walczyli, są aresztowani, wywożeni, więzieni – oczy pana Józefa błyszczą. – To był cios. My walczyliśmy za Polskę, a Polska znów zniewolona. Zostałem w Anglii. Nie było mi tam dobrze, bo Anglicy nie uważali nas, żołnierzy, za kombatantów, lecz za intruzów. W 1956 r. pojechałem do Australii i tam mieszkałem i pracowałem, aż do lipca 2018 roku…

Jak w niebie

W kilka godzin opowiedzieć 78 lat poza krajem: całą historię życia, bohaterstwa, walki, tułaczki, tęsknoty. Niemożliwe. Więcej widać w oczach. Ciepłych, błyskotliwych, ale i mocno doświadczonych. Te oczy widziały. I tęskniły. Za górami, za polskim krupnikiem, za zapachem listopadowych pól. Niedługo zima. Pan Józef śnieg zobaczy. Ostatnio śnieg widział podczas wojny, we Włoszech…

I niedługo obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Już z własnym dowodem osobistym, z polskim paszportem, bo polskie władze zrobiły wszystko, by dokumenty Józefowi szybo wyrobić. Więc i z dumą.

– Moje marzenie się spełniło – mówi z uśmiechem pan Józef. – Wróciłem do wolnej Polski!

– Pan Józef ma u mojej mamy jak w bajce – śmieje się (poprzez internetowe połączenie z samego Sydney) pan Mateusz. – A ja? Czy czuję się bohaterem? Dziwne pytanie. Udało się sprowadzić pana Józefa, bo to był nasz obowiązek. Zwykły czyn pomocy drugiemu człowiekowi. On oddał całe swoje życie, żeby walczyć za nas. A ja patriotą jestem, to i jestem mu wdzięczny.

Wiosną pan Józef wybiera się na Monte Cassino.

– Józef twardy jest. Odwiedzi poległych kompanów – Mateusz jest pewny.

– Chcę im oddać hołd. To oni są bohaterami. Nie ja – przypomina pan Józef. I idzie popatrzeć na odzyskane góry.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji