Nowy numer 3/2019 Archiwum

Na wschód od Stambułu

Uciekli z Mosulu przed Państwem Islamskim w 2014 r. Od tego czasu mieszkają w Kirsehir w tureckiej Anatolii. Są irackimi chrześcijanami. – Tutaj dla ludzi jesteśmy yabanci, czyli obcy – mówią.

Ivan trafił do Turcji przed pięciu laty. Do Iraku nie wróci. Nie wierzy, że pomimo pokonania ISIS przez siły rządowe sytuacja w kraju będzie sprzyjająca. Podobnie George i Diana. – Nie ma do czego wrócić. Grozili, że nas zabiją, bo jesteśmy chrześcijanami – mówi Diana.

Dziś, choć sprawiają wrażenie dostosowanych do nowej rzeczywistości, przyznają, że są bez perspektyw. – Co z tego, że dali nam karty uchodźców, skoro wegetujemy. Nie możemy ani swobodnie poruszać się po kraju, ani mieć normalnej pracy. Dzieci nie chodzą do szkoły. Potrzebujemy pomocy. Nie prosimy o pieniądze. Chcemy tylko stąd wyjechać, aby połączyć się z naszymi rodzinami – Ivan apeluje w imieniu wszystkich rodzin z Kirsehir. Pięć razy próbował dołączyć do brata w Australii. Zawsze odrzucano jego prośbę.

George wspomina dom i pierwsze informacje o Państwie Islamskim. – To było w 2013 r. Ojciec oglądał wiadomości. Był wstrząśnięty atakiem w Anbar na północy. Tam się zaczęło. Potem były: masakra jezydów w Sindżar, krzyżowanie chrześcijan, sprzedaż kobiet na targu... Teraz ISIS przegrywa, ale nie wierzę, że to koniec. ISIS nie zniknie. Wrócą pod inną nazwą. Nie poddadzą się – uważa. Dlatego George nie wróci do Iraku.

To nie nasz wybór

Daesh (Państwo Islamskie) zajęło Mosul w czerwcu 2014 r. – Chrześcijanom dali 48 godzin na opuszczenie miasta. Ogłosili, że odtąd to muzułmańska strefa. Usłyszeliśmy, że jeśli chcemy zostać, musimy przejść na islam albo płacić dżizję (podatek nakładany na „niewiernych” – przyp. red.). Inaczej nas zabiją – wspomina Ivan.

Uciekli więc z Mosulu do wsi na Równinie Niniwy, zamieszkanych przez chrześcijan. Dotarli do Karakosz. Wtedy w mieście była armia kurdyjska. Ale po 2 miesiącach i tu pojawiło się Daesh. Zaatakowali w nocy. – Kurdowie się wycofali. ISIS opanowało okoliczne wsie. Wygonili ludzi. Nie było już nikogo, tylko ISIS.

Uciekli do Irbilu. Schronili się w tamtejszym kościele. Ludzie spali na terenie kościelnych ogrodów, niektórzy przy drodze. Brakowało miejsca. – Od lat jesteśmy uchodźcami we własnym kraju. Wcześniej Basra, Bagdad, teraz Mosul. Najpierw była Al-Kaida, potem pojawiło się ISIS. Od 2014 r. z Iraku uciekło prawie 2 mln osób – wylicza Ivan.

W Turcji pytają go, czy jest chrześcijaninem, czy muzułmaninem. Bo chrześcijanie nie dostają pracy. A jeśli uda się znaleźć zatrudnienie, to za dużo niższe wynagrodzenie. I zazwyczaj nie jest to praca legalna. Niektórzy z chrześcijańskich uchodźców mówią, że są muzułmanami, aby pracować.

Ivan miał szczęście. Pracodawca, chociaż wiedział, że jest chrześcijaninem, zatrudnił go przy uprawie kwiatów. ­– To ciężka praca. Kiedy raz powiedziałem po arabsku: „Pomóż mi, Boże”, pracodawca spytał, dlaczego wzywam Allaha. Odpowiedziałem, że „Allah” to po arabsku „Bóg”. Oni myślą, że nie znamy Boga – opowiada Ivan. Chce opuścić Turcję. – Kirsehir to nie nasz wybór. Skierowano nas tutaj. Mam 34 lata i brak perspektyw, by założyć rodzinę. Tu jest korupcja. Gdy zapłacisz 1000 dolarów urzędnikom, to masz szansę na lepsze miejsce. Bogaci pojechali do Stambułu. Tam są możliwości.

Dzieci chrześcijańskich uchodźców w Kirsehir nie chodzą do szkoły, bo w państwowych muszą uczyć się islamu, więc rodzice nie chcą ich posyłać. W Anatolii jeszcze niedawno było dziewięć ponadwyznaniowych placówek edukacyjnych dla dzieci uchodźców. W Kirsehir taka szkoła powstała dzięki staraniom Kościoła. Pozwolono jej funkcjonować tylko dwa miesiące. – Teraz wszystko jest pod kontrolą rządu. A tam jest wychowanie islamskie. Niełatwo o tym mówić – opowiada Samir, ksiądz z Jordanii. Kilka miesięcy temu przyjechał do Kirsehir. W mieście liczącym ponad 230 tys. mieszkańców żyje ok.170 chrześcijańskich rodzin uchodźców (ok. 900 osób). Reszta to muzułmanie.

Tu wszystko dyskretnie

Samir jest kapłanem patriarchatu Jerozolimy. ­– Nasza diecezja obejmuje Jordan, Palestynę, Izrael i Cypr. Mamy trzy parafie w USA. Jesteśmy jedynym arabskim Kościołem katolickim na świecie, dlatego poproszono nas o zajęcie się Irakijczykami – mówi.

– Muzułmańscy uchodźcy mają meczety, organizacje pomocowe. Chrześcijanie nie mają nic. Trzeba pomagać tym ludziom – podkreśla bp Paolo Bizzeti, wikariusz Anatolii. Na jego prośbę w Kirsehir przed rokiem powstała wspólnota zakonna. Dwie małe siostry od Jezusa i jedna franciszkanka miały pracować wśród uchodźców. Franciszkanka jednak została oddelegowana do Włoch. – Pozostałe dwie siostry mają wracać do Francji. I nikt ich nie zastąpi. A chodziło o to, aby być między biednymi. Nie rozumiem tego – przyznaje biskup Bizzeti. Wskazuje, że siostry i ksiądz wspieraliby się nawzajem w pracy z uchodźcami. – Tu kobiety będą rozmawiać tylko z kobietami. To bardzo ważne, aby rozumieć tutejszą kulturę – tłumaczy.

Z Ivanem odwiedzamy siostry. Wynajmują mieszkanie w centrum Kirsehir, niedaleko meczetu, który kiedyś był kościołem ormiańskim. W niedziele spotykają się w ich mieszkaniu małe grupy chrześcijańskich uchodźców. – Tu trzeba postępować bardzo dyskretnie. Modlitwy, Msza, czasem rekolekcje... – wymienia s. Katerine, Francuzka. Razem z s. Melanią, Słowaczką, odwiedzają rodziny uchodźców, organizują zajęcia dla dziewcząt. Właśnie goszczą Dianę. Przyjechała z Yuzgat. Poza siostrami w okolicy nie ma żadnego zgromadzenia zakonnego. – Życie uchodźców dalekie jest od normalności. Nie mają pracy, nie mogą opuszczać miasta bez urzędowego zezwolenia. Pojawiają się problemy psychologiczne. Trzy tygodnie temu nastolatka w poczuciu beznadziei próbowała popełnić samobójstwo – opowiada s. Katerine. Przyznaje, że trudno jej będzie opuścić Turcję. – Taka jest decyzja zgromadzenia. Musimy ją zaakceptować – tłumaczy łagodnie. – Biskup prosił też o pomoc inne zgromadzenia, ale nikt nie odpowiedział na te prośby – dodaje.

Co dla nich robimy?

Diana wyplata ze sznurków bransoletki z krzyżykiem. Ma już całą paczkę. Nauczyła się tego od zakonnic. – Siostry bardzo nam pomagają. Ich obecność jest dla nas bardzo ważna – przyznaje. – W Yuzgat jest gorzej. Nie mamy żadnej wspólnoty, Msza odbywa się tylko dwa razy w roku. Ludzie czekają na jakąś zmianę, ale nic się nie zmienia. Życie jakby się zatrzymało.

Dodaje, że jeśli w Yuzgat powiesz, iż jesteś chrześcijaninem, lub zobaczą u ciebie krzyż, usłyszysz, że to złe. – Jest presja społeczna. Sąsiedzi mogą na ciebie donieść, jeśli usłyszą, że w mieszkaniu modlą się chrześcijanie. Wtedy będziesz musiał się wynosić – dodaje ks. Samir. Niedawno sam szukał mieszkania do wynajęcia. Kilka razy powiedziano mu, że jest yabanci. Gdy w końcu podpisywał umowę, usłyszał: „Żadnych spotkań i chrześcijańskich modlitw!”. Wspomina, jak do Kirsehir przyjechał biskup z kilkoma seminarzystami z Rzymu. ­– Wchodziliśmy do mieszkania jak złodzieje, w różnych odstępach czasu. Gdyby sąsiedzi się dowiedzieli, donieśliby na policję – opowiada. Przyznaje, że Turcja to nie jest dobry kraj dla chrześcijan. Diana dodaje, że chrześcijanie zawsze byli ofiarami, zarówno w Iraku, jak i w Turcji. – Bo staramy się żyć pokojowo. Muzułmanie uważają, że to nasza słabość. Mówią, że jesteśmy słabi, bo przebaczamy. Więc niepokoją nas, wykorzystują w pracy.

Obecnie w Turcji jest ok. 20 tys. napływowych chrześcijan. Wcześniej było ok. 40 tys. – A gdzie jest chaldejski Kościół, który zatroszczy się o swoich? My ich nie chcemy „przeciągać do siebie” – mówi ks. Samir. – Dlaczego pasterze tych obrządków wyjechali z rodzinami do Kanady, Australii? Jest tylko jeden ksiądz ze Stambułu, który przyjeżdża na specjalną prośbę. Gdzie są biskupi z bogatego świata, Kościoły z Europy i Ameryki, które mogłyby pomagać? – pyta. Bo iraccy chrześcijanie w Turcji czują się opuszczeni. – Tyle modlimy się za uchodźców, a jakie są nasze działania? Turcja to obecnie naprawdę bardzo ważny kraj dla chrześcijaństwa – przekonuje bp Bizzeti. – Co więc robimy dla tych chrześcijan, dla odnowy Kościoła w Turcji...?•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • Alicja87
    05.12.2018 15:34
    W artykule pada ważne pytanie: "Tyle modlimy się za uchodźców, a jakie są nasze działania?" Tylko że ja nie mam pojęcia, jak mogłabym działać. Co taki przeciętny Polak może zrobić dla takich uchodźców? Przecież sama tam nie pojadę. Skoro redakcja Gościa poruszyła ten temat, to czy mogliby Państwo podpowiedzieć, jak mogę pomóc? Byłabym szczerze wdzięczna :)
    doceń 3
  • ebe
    06.12.2018 09:21
    myślę podobnie jak Alicja87 - jakieś propozycje - mile widziane
    doceń 2

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji