Nowy numer 49/2018 Archiwum

Na pustyni szukam ciszy

O swojej pasji opowiada Mateusz Waligóra, specjalista od wyczynowych wypraw w odludne miejsca na ziemi.

MACIEJ KALBARCZYK: Kiedy połknął Pan podróżniczego bakcyla?

Mateusz Waligóra: Odkąd pamiętam, trudno było mnie zatrzymać w domu. Wychowywałem się w Nysie, gdzie oprócz wspaniałego jeziora znajduje się klasztor werbistów. Pamiętam, że w korytarzu prowadzącym do kościoła wystawiono eksponaty, pochodzące z różnych kontynentów. To były przedmioty codziennego użytku, które księża przywieźli z misji. Bywałem tam jako dziecko i kiedy patrzyłem na te wszystkie rzeczy, moja wyobraźnia zaczynała pracować. Stałem się ogromnie ciekawy świata. W liceum w moje ręce trafiła literatura podróżnicza. Zaczynałem od reportaży Arkadego Fiedlera, pochłaniałem też ogromne ilości książek innych autorów. Co ciekawe, żadna z nich nie była lekturą szkolną. (śmiech) Kiedy przeczytałem „Prowadził nas los” Kingi Choszcz i Radosława Siudy, zrozumiałem, że marzenia trzeba zamieniać w plany i konsekwentnie je realizować. Zacząłem podróżować autostopem po Europie, później coś pociągnęło mnie w stronę bardziej odludnych miejsc.

Jako pierwszy człowiek w historii samotnie przeszedł Pan pustynię Gobi. Po co?

Ja po prostu lubię przebywać w miejscach, w których jestem sam. Chociaż napisałem książkę o trekkingach górskich, najlepiej czuję się na pustyniach. Przestrzeń nieskażona obecnością człowieka stwarza najlepsze warunki do przemyślenia różnych rzeczy, rozłożenia swojego życia na czynniki pierwsze. Na pustyni nie ma żadnych bodźców, które przykuwają uwagę. To środowisko całkowicie odmienne od tego, w którym żyjemy na co dzień, gdzie jesteśmy bombardowani śmieciowymi informacjami. Tutaj ciągle ktoś walczy o nasz czas, czyli o najcenniejszą rzecz, którą mamy. Chwile spędzone w zupełnej ciszy są dla mnie bezcenne. Właśnie dlatego znowu zdecydowałem się wyruszyć w drogę.

Szanse na przejście całej trasy ocenił Pan na zaledwie 20 proc. Skąd brało się tak duże ryzyko niepowodzenia tego przedsięwzięcia?

Wyciągnąłem wnioski z wypraw innych ludzi, którzy próbowali przejść Gobi. To były osoby doświadczone, zdobywające bieguny i najwyższe szczyty górskie, jak np. himalaista Reinhold Messner, który zdecydował się na skorzystanie z transportu i pomocy nomadów. Kiedy wrócił do kraju, stwierdził, że samotny piechur nie jest w stanie przejść tej pustyni. Wiedziałem, że to będzie ogromne wyzwanie, dlatego nie chciałem chojrakować. Im więcej pokory, tym lepiej. Ostatecznie udało mi się przejść całą trasę.

Nie obyło się jednak bez kryzysowych sytuacji. Zgubił Pan drogę, kończyły się zapasy wody.

To był moment, w którym przekraczając kolejne wyschnięte koryto rzeki, nie zapanowałem nad ważącym 200 kg wózkiem z ekwipunkiem. Skręciłem prawą nogę, czułem, że to może być koniec mojego marszu. Dzięki radzieckiej mapie dotarłem jednak do studni. To była zwykła dziura w ziemi, wypełniona nie najlepszej jakości wodą gruntową, która po przefiltrowaniu była jednak zdatna do picia. Później odnalazłem ścieżkę prowadzącą do wioski położonej w górach. Tam odpocząłem i ruszyłem w dalszą drogę na silnych lekach przeciwbólowych. Nie wiem, jakim cudem dotarłem do mety. Myślę, że stało się tak, bo bardzo dużo modliłem się w trakcie tej wyprawy.

Na pustyni lepiej rozmawia się z Bogiem?

Zdecydowanie tak, nie ma żadnych rozpraszaczy. Jestem sam na sam z Nim, nie muszę grać żadnej roli, nic nie zakłóca naszej rozmowy. Uważam, że obecność Boga można poczuć bardziej w naturze niż w budynku służącym do modlitwy. To nie oznacza, że jestem przeciwny kościołowi, ale relacja ze Stwórcą jest w nim w jakiś sposób kształtowana przez innych ludzi. Muszę przyznać, że na co dzień nie jestem osobą specjalnie religijną, nie rozpoczynam każdego dnia od Różańca. Na pustyni jest jednak inaczej. Ta forma modlitwy staje się punktem wyjścia do medytacji i doskonałym sposobem odmierzania kilometrów.

Zabrał Pan ze sobą także Pismo Święte. Dlaczego?

Miałem przy sobie kieszonkową wersję Ewangelii według św. Łukasza. Po raz pierwszy wziąłem ją na rowerową wyprawę przez 4 pustynie Australii Zachodniej. Podczas jazdy legendarnym dla wielu szlakiem Canning Stock Route byłem już pewien, że będę zabierał tę pozycję na wszystkie kolejne wyprawy. Kiedy wyrusza się w drogę, liczy się każdy gram, ja wycinam nawet metki z odzieży. Dlatego trzeba się porządnie zastanowić, zanim spakuje się książkę do plecaka. Nie mam wątpliwości, że Ewangelia jest dobrym wyborem. Można ją czytać w kółko, za każdym razem odkrywając coś nowego.

A co z ludźmi? Rozmawiał Pan z kimś podczas wędrówki?

Bariera językowa uniemożliwiała nam nawiązanie bliższego kontaktu, porozumiewaliśmy się za pomocą gestów. Spotkania sprowadzały się do powitania i zaspokojenia ciekawości miejscowych. Nomadowie pytali mnie, skąd i dokąd idę, często podnosili także jeden palec do góry, chcąc dowiedzieć się, czy podróżuję sam. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, co oznacza ten gest. Odpowiadałem im tym samym, a oni nie mogli uwierzyć, że bez niczyjego wsparcia wybrałem się w tak długą podróż. Generalnie Mongolia słynie z gościnności, ale idąc przez Gobi, z założenia nie korzystałem z pomocy innych ludzi. Chciałem być samowystarczalny. Często trudno było mi odmówić przyjęcia poczęstunku, dlatego chowałem go do kieszeni, a później przekazywałem jakiejś osobie, którą spotykałem. Najczęściej były to twarde sery z mleka wielbłąda lub kozy, nazywane aarul.

Wyprawę zakończył Pan z poranionymi nogami i znaczną utratą wagi. Ciało ucierpiało, a wnętrze?

Na pewno nie mogę jeszcze mówić o trwałej przemianie. Chciałbym, żeby nastąpiła, ale nie wierzę w to, że ktoś przeżywa ekstremalną przygodę, która całkowicie odmienia jego życie. Metamorfoza wymaga regularnej pracy nad sobą. Cokolwiek bym zrobił, ten dwumiesięczny okres skończył się, a ja powróciłem do swojego otoczenia. Z pewnością przez pierwsze tygodnie będą towarzyszyły mi spokój i cisza, które wyniosłem z pustyni. Nabrałem tam dystansu do wielu rzeczy, po raz kolejny przypomniałem sobie, co jest naprawdę ważne. Najbliższy czas chcę spędzić z rodziną, nacieszyć się jej obecnością.

Jak żona i synowie znoszą Pana wyprawy? W pewnym sensie igra Pan ze śmiercią.

Nie jest łatwo. Podczas moich podróży Agnieszka pracuje i opiekuje się chłopakami. Uważam, że to, co robi, jest równie trudne jak chodzenie po pustyniach. Mam to szczęście, że moja żona rozumie moją pasję, sama jest zapaloną podróżniczką. Zanim na świecie pojawiły się dzieci, w niespełna 2 lata wspólnie przejechaliśmy na rowerach całe Andy. Później podjęliśmy decyzję o założeniu rodziny, dlatego teraz często podróżuję sam. Oboje mamy świadomość, że żegnając się przed moją kolejną wyprawą, możemy widzieć się po raz ostatni. Kiedy wyjeżdżam, Agnieszka musi się jednak emocjonalnie odciąć od mojej podróży, inaczej nie byłaby w stanie normalnie funkcjonować. Natomiast synowie już rozumieją, że tata ma taką pracę.

Zaszczepia Pan w nich swoją pasję?

Próbuję. Kiedy nasz pierwszy syn miał 3 lata, a drugi rok, w 50 dni przejechaliśmy na rowerach Polskę z Helu na Śnieżkę. Byłem przekonany, że dla chłopaków to była wielka przygoda. Okazało się jednak, że starszy bardzo rzadko wspomina tę podróż. Pomyślałem, że może jest jeszcze za mały. Krótko po powrocie do domu zabrałem Franka nad Odrę. Zrobiliśmy sobie ognisko, spaliśmy pod gołym niebem. Przez kolejne tygodnie mój syn opowiadał wszystkim dzieciom w przedszkolu historię kilku godzin spędzonych nad rzeką tuż za miastem, a nie wspomniał ani słowem o podróży przez całą Polskę. (śmiech) Czasami nie zdajemy sobie sprawy z tego, co może być dla dzieci frajdą. Staram się pokazywać chłopakom piękno przyrody. W przyszłości zobaczymy, czy będą chcieli rozwijać to zainteresowanie. Niczego nie chcę im narzucać.

Ma Pan już plany na kolejne podróże?

Na pewno Grenlandia, Australia i bieguny. Na następne 10 lat nie muszę określać nowych kierunków, ale przez najbliższy rok raczej nie porwę się na nic większego. Kiedy po powrocie z ostatniej wyprawy przespałem w domu pierwszą noc, słyszałem, jak wiatr szaleje za oknem. Pomyślałem: cóż to za cudowne uczucie – nie martwić się o to, że za chwilę może rozerwać mój namiot! Teraz cieszą mnie takie małe rzeczy, nie potrzebuję niczego więcej. Za jakiś czas znowu wyruszę w drogę, ale każda podróż wymaga długich przygotowań. Do przejścia Gobi szykowałem się 3 lata. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji