GN 49/2018 Archiwum

Największa wojna Ameryki

Spór o Sąd Najwyższy w Polsce to mały pryszcz w porównaniu z temperaturą wokół wyboru nowego sędziego SN w Stanach Zjednoczonych. Skład tego gremium w USA może zdecydować o kierunku cywilizacyjnym na kilka dekad.

Nie ma drugiego takiego kraju, gdzie spór o aborcję i inne tzw. kwestie cywilizacyjne rozpalałby tak mocno społeczne emocje. Owszem, znamy to i z naszego podwórka, ale poszczególnym partiom politycznym i pojedynczym kandydatom zdarza się poprowadzić kampanię wyborczą tak, by „tych spraw” nie ruszać. W USA jest to praktycznie niemożliwe.

SN może wiele

Po pierwsze dlatego, że nie ma mowy o żadnym „kompromisie aborcyjnym”. W Stanach Zjednoczonych jest spór – nomen omen – na śmierć i życie, albo-albo, bez próby niuansowania. Po drugie, w takim klimacie każdy polityk, a z pewnością kandydujący na urząd prezydenta, musi mieć jasno sprecyzowany pogląd na te kwestie. Niekoniecznie musi prywatnie myśleć tak, jak publicznie deklaruje, ale jego stanowisko w tematach pro life i pro choice należy do kanonu poglądów, które decydują o poparciu u poszczególnych grup wyborców. Po trzecie, największą władzę w „tych sprawach” ma w USA Sąd Najwyższy. To jego wyrok w 1973 roku (słynna sprawa Roe vs. Wade) zalegalizował aborcję w całych Stanach Zjednoczonych. Dlatego też zmiana składu SN (w wyniku śmierci lub przejścia na emeryturę) wzbudza tak ogromne emocje i generuje szereg działań, które mają przyspieszyć lub zablokować nową nominację. Teraz bowiem okazało się, że istniejąca od zeszłego roku niewielka przewaga sędziów konserwatywnych może zostać wzmocniona jeszcze jednym sędzią. Po raz pierwszy od dekad pojawiła się więc szansa na odwrócenie wyroku sprzed 45 lat i tym samym prawdziwą zmianę cywilizacyjną.

Wariograf nie kłamie?

Kiedy prezydent Donald Trump zapowiedział, że nominuje na zwolnione właśnie stanowisko znanego z konserwatywnych poglądów – także w sprawie aborcji – Bretta Kavanaugha, przywódca mniejszości Partii Demokratycznej w Senacie Chuck Schumer zapowiedział walkę z jego zatwierdzeniem „wszelkimi możliwymi środkami”. I gdy nagle do gry wkroczyła Christine Ford, doktor psychologii i wykładowca uniwersytecki, która zarzuciła Kavanaughowi, że 36 lat temu molestował ją seksualnie, niektórzy uznali to za spełnienie groźby demokratów.

W pewnym momencie wydawało się, że kandydatura Kavanaugha przepadnie – Amerykanie na żywo w telewizji śledzili dramatyczny przebieg przesłuchań zarówno samego kandydata, jak i oskarżającej go kobiety. Trzeba przyznać, że jej relacja brzmiała przekonująco i nawet część republikanów zaczęła zastanawiać się nad odrzuceniem kandydatury prawnika. Jednak dosłownie w chwili kończenia tego tekstu amerykańskie media podały kolejną, tym razem miażdżącą dla demokratów wiadomość: dawny bliski przyjaciel pani Ford zeznał, że jego znajoma przed przesłuchaniem w Senacie… rozmawiała o sposobach oszukania wariografu i sama instruowała członków organizacji lewicowych, jak obchodzić to „kłopotliwe” urządzenie…

Ustawka pro choice?

Trudno oczywiście rozstrzygać, kto w tym sporze jest autentycznym, a kto fałszywym świadkiem. Niewykluczone przecież, że sędzia, choćby najbardziej konserwatywny, ma swoje za uszami albo miał w dalekiej przeszłości. Chociaż w tym momencie, poza dość mocnym alibi Kavanaugha, że w dniu, gdy odbywała się impreza, na której miało dojść do jego napaści na Christine Ford, przebywał w zupełnie innym mieście, niespodziewane oskarżenie pani psycholog o krzywoprzysięstwo odwróciło bieg wydarzeń.

Niezależnie od tego, kto tu kłamie, a kto mówi prawdę, nie ma wątpliwości, że konserwatywna część Ameryki odetchnie z ulgą, gdy okaże się, że zarzuty wobec Kavanaugha były ustawką lewicowych środowisk. Nie ma też wątpliwości, że druga strona rzeczywiście robiła wszystko, by tę kandydaturę ukręcić. Jeszcze zanim wyszła sprawa z panią Ford, proaborcyjne aktywistki próbowały zakłócać posiedzenia senackiej komisji, w czasie których przesłuchiwano Kavanaugha. Sami demokraci robili też wszystko, by opóźniać głosowanie nad jego kandydaturą. A cały spektakl z wypiekami na twarzy śledziły miliony Amerykanów przed telewizorami. To nie do pomyślenia w żadnym innym kraju. Bo chodzi w gruncie rzeczy o sprawy najbardziej fundamentalne: o spór między prawem do życia a prawem do decydowania o życiu. To bardzo amerykańskie i jednocześnie mające wpływ na trendy w pozostałych częściach świata.

Poprawianie poprzedników

Bez zrozumienia, że spór między ruchami pro life i pro choice w Stanach Zjednoczonych nie jest żadnym tematem zastępczym, tylko że leży on w samym centrum amerykańskiej debaty publicznej, nie zrozumiemy też atmosfery, jaka panuje teraz w USA wokół sędziego Sądu Najwyższego. Wystarczy przypomnieć jeden fakt: przejęcie władzy w Białym Domu – czy demokraci po republikanach, czy republikanie po demokratach – zaczyna się niemal zawsze od podpisania przez nowego prezydenta dekretu – odpowiednio – o finansowaniu lub zakazie finansowania z budżetu federalnego organizacji promujących na świecie aborcję. Po wyborze Donalda Trumpa było podobnie: już w trzecim dniu urzędowania nowy prezydent podpisał odpowiedni dekret, wstrzymujący przepływ środków federalnych na konta organizacji proaborcyjnych. Osiem lat wcześniej Barack Obama również na samym początku prezydentury podpisał dekret o odmiennej treści i skutkach prawnych, odwracając tym samym wcześniejszą decyzję George’a W. Busha, który z kolei odkręcał decyzje Billa Clintona... i tak co najmniej od Ronalda Reagana.

Ból organizacji pro choice w obecnej kadencji jest tym większy, że spodziewana przez nich wygrana Hillary Clinton miała przynieść jeszcze większe korzyści niż i tak wyjątkowo proaborcyjna prezydentura Baracka Obamy.

Elektorat chce zmian

To przeciąganie liny między obrońcami życia i promotorami aborcji w USA jest fenomenem na skalę światową. W żadnym innym kraju zachodnim spór między konserwatystami a liberalną lewicą nie ociera się tak mocno o kwestię dopuszczalności lub zakazu przerywania ciąży. O ile europejska lewica nie ma zahamowań, by forsować bardzo liberalne prawo w tym zakresie, o tyle centroprawica czy prawica po dojściu do władzy boi się zamykać to, co otworzyła lewica. Stany Zjednoczone pod tym względem to niemal inna planeta. Wyjątkowa temperatura tego amerykańskiego sporu wynika z dwóch rzeczy.

Po pierwsze z faktu, że dyskusja o aborcji, poza argumentami polityczno-racjonalnymi, jest silnie powiązana z poglądami religijnymi i wyznawaną wiarą. A że Amerykanie generalnie są bardziej religijni niż Europejczycy, siłą rzeczy argumenty religijne dają dodatkową i zauważalną motywację ruchom pro life. Obrona życia jest jedną z zasadniczych kwestii moralnych, jaka łączy liczne denominacje, zwłaszcza chrześcijan ewangelikalnych (nie mylić z ewangelikami). To siła ponad 80 mln ludzi – tylu mniej więcej Amerykanów można zaliczyć do szerokiego grona członków Kościołów ewangelikalnych, przez innych zwanych wolnymi. Ewangelikalni chrześcijanie niemal od zawsze stanowili jeden z najsilniejszych elementów elektoratu partii republikańskiej, mobilizując aż jedną trzecią jej wyborców w skali kraju i nawet połowę wyborców w stanach południowych. Ta bardzo różnorodna społeczność stawia kandydatom na prezydenta jeden wspólny warunek: musi być jednoznacznym przeciwnikiem aborcji. To z tego m.in. powodu Donald Trump początkowo budził kontrowersje wśród liderów ewangelikalnych wspólnot, gdyż na tle swoich republikańskich konkurentów do nominacji na kandydata nie był zbyt jednoznaczny w tych sprawach. Dopiero później zaczął wypowiadać się jak rasowy działacz ruchu pro life, zapowiadając obronę życia.

Rok 1973 był punktem zwrotnym w amerykańskiej debacie o aborcji. Podobnie rok 2018 może okazać się zwrotem w drugą stronę. O ile sędziowie Sądu Najwyższego wezmą na wokandę tak rozpalającą emocje społeczne sprawę. Może to być jednak o tyle łatwiejsze, że liczba przeciwników aborcji w społeczeństwie amerykańskim od pewnego czasu przekracza już 50 procent. Być może po raz pierwszy pojawiła się szansa, by odwrócić trend, który wyznaczyło orzeczenie SN z 1973 roku. Będzie to miało znaczenie nie tylko dla Stanów Zjednoczonych.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • John
    15.11.2018 08:49
    Największa wojna Ameryki? Tak i jest to wojna religijna.

    Trzeba w końcu powiedzieć najważniejsze w sprawie tego amerykańskiego sporu: jest to konflikt żydów z katolikami, religii żydowskiej z religią katolicką.

    Kto tego nie zrozumie, ten niczego nie zrozumie.

    A dowody? Bardzo proste: chodzi o prawdy i wartości, które Kościół głosi, a które żydzi negują, i ci świeccy i ci religijni, to po pierwsze. Po drugie wystarczy prześledzić pochodzenie głównych aktorów, szczególne ze strony atakującej.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy