Nowy numer 3/2021 Archiwum

Brexit bez wyjścia

Rozmowy Londynu z Brukselą utknęły w martwym punkcie. Niewykluczone, że już tam zostaną.

Po ponad 2 latach od brytyjskiego referendum nadal nie wiadomo, na jakich warunkach ma się odbyć wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Punktów spornych czy nawet fundamentalnych różnic i obiektywnych trudności jest tak wiele, że pół roku przed formalnym Brexitem (ma nastąpić 29 marca 2019 r.) nikt nie wie, jak przeprowadzić ten rozwód. Najgorszy scenariusz zakłada, że Brexit dokona się bez żadnego porozumienia ze Wspólnotą. Skutki gospodarcze i polityczne mogą być wtedy opłakane. Nie można jednak wykluczyć, że obecny pat czy wręcz sabotaż porozumień jest grą obliczoną na powtórzenie referendum na Wyspach. W Brukseli i stolicach unijnych słychać to już od pierwszego głosowania z 2016 r. W obliczu fiaska negocjacji coraz śmielej mówi się o tym również w Londynie.

Damy radę

Noc referendalną w 2016 r. spędzałem w London School of Economics and Political Science. Wśród zaproszonych na uczelnię gości dominowało poczucie, że wygrają zwolennicy pozostania w UE. Także nieliczni zwolennicy Brexitu zdawali się nie wierzyć, że wynik referendum może przesądzić o zerwaniu z Unią. Atmosfera dyskusji też kręciła się wokół takiego scenariusza. Trochę w roli outsidera na tle prounijnych mówców wystąpił prof. Alan Sked, założyciel UK Independence Party, tej samej, której liderem jest teraz Nigel Farage, jedna z głównych twarzy kampanii za wyjściem z UE. Prof. Sked nie jest już dziś członkiem UKIP, ale pozostał przeciwnikiem członkostwa w UE, choć nie podziela radykalizmu Farage’a. – Pewnie, że sobie poradzimy bez Unii. Nie powinni nas straszyć, że jej rozpad doprowadzi do wojny, bo UE nie ma nic do powiedzenia w sprawie pokoju – mówił mi, gdy wszyscy zebrani nadal byli przekonani, że oficjalne wyniki tylko potwierdzą pozostanie w Unii. Pewnie nie spodziewał się, że kilka godzin później wynik będzie bardziej odpowiadający jego „gustom”. Czy dziś, po fiasku negocjacji brexitowych, prof. Sked powtórzyłby tamte słowa? Nie chodzi nawet o to, czy Wielka Brytania „poradzi sobie” bez Unii – na dłuższą metę, przy dobrych warunkach współpracy, może nawet na tym zyskać. Ale będzie to o wiele trudniejsze lub wręcz niemożliwe, jeśli będziemy mieli do czynienia z twardym Brexitem, bez ustalenia zasad współdziałania między podmiotami, które dziś są połączone tysiącami zależności.

Optymizm Skeda odnośnie do pokoju też wydaje się dziś trochę naiwny. Jedną z osi sporu jest kwestia części składowych Zjednoczonego Królestwa – zwłaszcza Szkocji, która w większości głosowała za pozostaniem w UE, a jeszcze bardziej Irlandii Północnej, która nagle – w przypadku twardego Brexitu i wyjścia ze wspólnego rynku i zasady wolnego przepływu osób – zostałaby niemal zupełnie odcięta od Republiki Irlandii. Taki scenariusz to wrzucanie zapałek do beczki z prochem. Czy jest w Europie i w Londynie świadomość tego, że brak porozumienia co do warunków Brexitu może skutkować poważnym konfliktem?

Irlandia (nie)podzielna

W Londynie od początku ścierają się dwie opcje: albo Wielka Brytania wyjdzie z UE, ale pozostanie w unii celnej z krajami Wspólnoty i nadal będzie korzystać z dobrodziejstw wspólnego rynku, albo wyjście z UE będzie definitywne i o unii celnej nie ma mowy. Pierwszy model miał i nadal ma nad Tamizą wielu przeciwników – ich zdaniem oznaczałoby to tylko pozorne wyjście z Unii. Drugie rozwiązanie – twardy Brexit – oznaczałoby napięcie, a w przyszłości może i wojnę z Irlandią – ta nie chce zgodzić się na to, by Irlandia Północna, należąca do Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii, po Brexicie znalazła się w innym systemie handlowym niż Republika Irlandii. Zwolennicy twardego Brexitu uważają, że dopiero wyjście z unii celnej uwolni Wielką Brytanię od ograniczeń i pozwoli zawierać swobodne umowy z krajami trzecimi – i byłby to mocny argument, gdyby nie fakt, że to kraje unijne są ciągle dla Wielkiej Brytanii najważniejszymi partnerami handlowymi.

Nie ma jednak wątpliwości, że pat negocjacyjny, z jakim mamy dzisiaj do czynienia, dotyczy przyszłego statusu prawnego Irlandii Północnej. Powrót do tzw. twardej granicy nie wchodzi w grę, z kolei Londyn nie zgodzi się na to, by Irlandia Północna rządziła się innymi prawami niż reszta Zjednoczonego Królestwa po wyjściu z Unii. Gdyby do marca przyszłego roku nie udało się wyjść z tego impasu, Bruksela proponuje Londynowi powstanie tzw. bezpiecznika – Irlandia Północna zostałaby wewnątrz jednolitego rynku, natomiast kontrole odbywałyby się już na Morzu Irlandzkim. To jest również nie do przyjęcia dla Brytyjczyków, bo w praktyce oznaczałoby stworzenie granicy wewnątrz jednego państwa. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że rośnie wśród Irlandczyków poparcie dla zjednoczenia wyspy – czyli odłączenia Irlandii Północnej od Zjednoczonego Królestwa. W takim układzie prof. Sked chyba już nie powtórzyłby słów o gwarancjach pokojowego przebiegu Brexitu.

Wojsko rozdaje żywność

Dziś coraz wyraźniej widać, że twardy Brexit – czyli wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez żadnych porozumień – może wywołać kryzys gospodarczy i geopolityczny, jakiego jeszcze dekadę temu nikt sobie nie wyobrażał. Wbrew temu, co mówi Boris Johnson, lider opcji „twardobrexitowej”, wyjście z Unii bez dogadania się co do warunków dalszej współpracy dotknie najpierw Brytyjczyków. Takie wnioski płyną m.in. z raportu, jaki został przygotowany dla brytyjskiego rządu. Zlecił go David Davies, minister odpowiedzialny za negocjacje brexitowe. Gdy w czerwcu tego roku do raportu dotarli dziennikarze, rząd znalazł się pod dodatkową presją, by doprowadzić do porozumienia z Brukselą. Autorzy raportu oszacowali, że już pierwszego dnia po opuszczeniu UE bez porozumienia kluczowy brytyjski port handlowy w Dover stałby niemal bezużyteczny, po kilku dniach zaczęłoby brakować żywności w sklepach w odległych zakątkach angielskiego regionu Kornwalia oraz w Szkocji, a po dwóch tygodniach szpitale zaczęłyby borykać się z niedostatkiem lekarstw. W raporcie napisano, że konieczne byłoby użycie samolotów wojskowych brytyjskich sił powietrznych do dostarczania żywności już pod koniec drugiego tygodnia po Brexicie. Jednocześnie mógłby nastąpić problem z dostawą paliwa. A to tylko początek kłopotów. Skutki długofalowe dla gospodarki brytyjskiej miałyby pogrążyć kraj w długoletniej zapaści. Nie mówiąc o groźbie realnego rozpadu, raczej nie drogą pokojową, Zjednoczonego Królestwa.

Stracą wszyscy

Na porozumieniu z Londynem zależy jednak również krajom unijnym. W pierwszej kolejności Irlandii, której PKB w największym stopniu zależy od wymiany gospodarczej z Wielką Brytanią, ale również Polsce, która zaraz po Irlandii straci najbardziej w przypadku twardego Brexitu. Nie jest jednak prawdą, że tylko nam i Irlandczykom zależy na pokojowym rozwodzie Londynu z Unią. Także dla Niemców wyjście Wielkiej Brytanii z UE wiąże się z dużymi stratami. Wielka Brytania jest trzecim, największym odbiorcą niemieckich towarów i usług (ustępując tylko USA i Francji), więc trzaśnięcie drzwiami uderzyłoby w niemiecką gospodarkę, zmniejszając PKB w sposób odczuwalny, a w przypadku niektórych sektorów (zwłaszcza branży samochodowej) groziłoby to mocnym załamaniem. Niemcy muszą znaleźć sposób, by ponad 90 mld euro rocznie, które zyskują na eksporcie do Wielkiej Brytanii, nie przepadło z dnia na dzień. Są jednak w o tyle lepszej sytuacji niż Polska czy Irlandia, że odejście Londynu z gremiów decyzyjnych w Unii daje Berlinowi ogromne korzyści polityczne, wzmacniając jego i tak silną pozycję w UE. I to sprawia, że ewentualna bolesna początkowo dla niemieckiej gospodarki cena twardego Brexitu zwróci się w dłuższej perspektywie. Do tego dochodzą skuteczne zabiegi Niemców, by siedziby międzynarodowych korporacji, które dotąd miały się dobrze w londyńskim City, a które już zapowiedziały przeprowadzki, wybierały np. częściej Frankfurt niż konkurencyjny Paryż czy nawet Dublin. Ten wyścig Niemcy już wygrały, a miesiące po Brexicie mogą to potwierdzić.

Trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że i Londyn, i Bruksela wraz z paroma unijnymi stolicami tak naprawdę grają na powtórzenie referendum. Wprawdzie premier May deklaruje oficjalnie, że nie ma takiego zamiaru, ale fiasko negocjacji może doprowadzić do jej dymisji, a wtedy ciśnienie na rozpisanie nowego referendum może w Londynie wzrosnąć. Problem w tym, że nawet po ujawnieniu wspomnianego raportu, pokazującego skutki twardego Brexitu, liczba zwolenników pozostania w Unii wzrosła tylko nieznacznie. W sondażach mają wprawdzie teraz przewagę, ale to tylko 52 proc., czyli tyle, ile pokazywały sondaże przed ostatnim referendum, którego wynik był odwrotny. Pat polega na tym, że na razie nie widać na horyzoncie żadnego sensownego rozwiązania, a najbardziej prawdopodobny wydaje się, niestety, twardy Brexit.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także