Nowy numer 45/2018 Archiwum

Beczka prochu

Szedł jak burza. Ogień, który niósł w sobie, zapalał ziemię po ziemi. Jaki jest sekret ewangelizacyjnego sukcesu Jacka Odrowąża? Czy opowieści o cudach, których dokonał, nie są pobożnymi bajeczkami? Odpowiada o. Tomasz Gałuszka OP, historyk średniowiecza.

Tomasz Gałuszka OP: – Mam mówić jako historyk czy hagiograf serwujący cukierkowe, pobożne dyrdymały?

Marcin Jakimowicz: – Jako historyk.

Rozumiem, że hagiografia potrzebuje prostego komunikatu i listy cudów i wskrzeszeń, ale nie można zapomnieć o tym, że Jacek był dzieckiem swojej epoki, i wyrwać go z historycznego kontekstu…

Na bruku leżał martwy człowiek. „To bratanek samego kardynała” – szeptano. Przy zmarłym stanął szczupły zakonnik. „Wyciągnął ręce w górę i swą modlitwą wyrwał brata ze śmierci”. Taką scenę miał ujrzeć w 1221 roku Jacek Odrowąż. To było jego pierwsze spotkanie ze św. Dominikiem?

Wedle opisów w Środę Popielcową 1221 roku Dominik rozłożył ręce (jak Eliasz) nad Napoleonem, bratankiem kardynała, i wskrzesił tego młodzieńca. Czy Jacek pod wpływem tego cudu wstąpił do dominikanów? Możliwe. Ale niewykluczone, że był u braci wcześniej. Prawdopodobnie od jakiegoś czasu kształcił się za granicą. Scena wskrzeszenia jest symboliczna, ale nie wierzę, by dopiero wówczas Jacek poznał Dominika. Musiał słyszeć o nim wcześniej! Musiało go do niego ciągnąć, bo podobnie jak spora grupa księży początku XIII wieku był entuzjastą. Nagle na horyzoncie pojawiły się w Kościele dwie charyzmatyczne postaci – Włoch i Hiszpan, Franciszek z Asyżu i Dominik z Caleruegi – i zaczęły się kręcić wokół samego papieża.

Nie byle jakiego…

Innocenty III był gwiazdą na średniowiecznym niebie. Nam nawet trudno wyobrazić sobie takiego papieża. Papież Franciszek robi wszystko, by być jak najbliżej ludzi i zejść z piedestału, Innocenty III robił wszystko, by zachować dystans. Podkreślał swą wyjątkowość. Mawiał: „Jestem niżej niż Bóg, ale wyżej niż człowiek”. Uważał się za jakiś byt „pomiędzy”, uniósł się niezwykle wysoko po to, by ujrzeć Kościół z góry. I okazało się to, paradoksalnie, również spojrzeniem proroczym. Sytuacja w Kościele była taka: opada wreszcie pył wielkiej reformy, którą wprowadzili papieże XI wieku, gdy główną rolę w świecie duchowym pełni duchowieństwo, któremu wmówiono, że dźwiga na barkach los całego Kościoła. W XIII wieku mamy uformowane pokolenie kapłanów, którzy są niezwykle otwarci na to, co „mówi Duch Święty do Kościoła”. Mają rozpięte żagle i czekają na podmuch, który szarpnie łodzią i wyrzuci ją na głębinę. I nagle na horyzoncie pojawia się Dominik, wykształcony ksiądz, kanonik pracujący przy katedrze, który choć jest predestynowany do tego, by być biskupem, ku zaskoczeniu wszystkich rozpoczyna kompletnie inne życie. Proponuje drogę ubóstwa i zaczyna ewangelizować „nadgorliwców”, czyli heretyckich albigensów i katarów. Nie możemy się dziwić, że jego postawa trafia do serc elit: żyjących dostatnio księży, kanoników, którzy pragnęli żyć biblijnymi ideałami i tęsknili za porywem Ducha. Grunt był przygotowany. Dominik był iskrą, którą znalazła się przy beczce prochu. Zobaczmy, kto wstępował na początku do zakonu. Kanonicy posługujący przy katedrach, żyjąca w dostatkach elita, księża, którzy czekali, aż ktoś ich porwie…

Gdy Franciszek z Asyżu zwołał braci na Kapitułę Namiotów, w szałasach zamieszkało ich około 5 tysięcy. Zdumiewające! W samym Asyżu mieszkało nieco ponad 2 tysiące osób. Człowiek XXI wieku pokręci sceptycznie głową: to niemożliwe.

Trudno nam wyobrazić sobie epokę, w której ludzie oddychają Bogiem, ludzie, dla których rzeczywistość nadprzyrodzona jest ciekawsza niż ta stworzona. Nie na darmo mówi się, że wiek XII był wiekiem Ducha Świętego. Mawia się, że nie było wówczas ateistów. Byli heretycy, czyli ludzie, którzy nie mieli „przechyłu” w stronię niewiary, ale byli nadgorliwi. Taka była duchowa atmosfera. Mamy teraz falę upałów, więc powiem tak: ściółka była wysuszona, wystarczyła iskra. Franciszek i Dominik porwali tłumy gorliwców, a wśród nich – uwaga… księży. A jeśli księża ruszyli się z miejsca, pozostawiali bezpieczne porty, to musiało to być coś naprawdę niezwykłego. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC}

Jacek trzymał się blisko swego krewnego bp. Iwo Odrowąża, człowieka światłego, dziecka soboru. W 1215 roku odbył się Sobór Laterański IV, jeden z najbardziej rewolucyjnych soborów Kościoła. Vaticanum II to nic przy zmianach, jakie wprowadzono wówczas. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Sobór objął cały Kościół, dostrzegł i dowartościował świeckich, wprowadził sakrament pokuty, pojawiło się ścisłe połączenie proboszcza z parafianami, podniesiona została konieczność ewangelizacji. Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jakie zmiany wprowadzono na Lateranie. Dominik i Franciszek wypłynęli na fali soboru, zwłaszcza kanonu 10., który nakładał na biskupów obowiązek wyznaczenia kaznodziejów. A przecież Kościół nie miał dostatecznej liczby kapłanów, by wypełnić ten zapis. To pokazuje, w jaki sposób Duch prowadzi Kościół. Sobór coś proroczo proklamuje, „przygotowuje teren”, ustala przepis, choć nikt, za Chiny, nie wie, jak go zrealizować. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Soborowi trzeba zaufać, bo odczytuje znaki czasu, pełni funkcję proroczą, widzi więcej i dalej, niż nam się wydaje. W każdej diecezji mają być kaznodzieje, a jeśli biskup się o to nie postara, może być nawet usunięty z urzędu.

Nie wierzę, że nie budziło to oporu materii…

Kanon został zaproponowany przez grupę z południowej Francji, przez ekipę Dominika, pracującą od lat w systemie kaznodziejskim. Jak musieli zareagować biskupi, którzy nie mieli żadnych kaznodziejów? Mieli prawo święcie się oburzać: „Ale sobie to Francuzi wykombinowali”. I nagle rok później „przypadkowo” (Duch Święty ma naprawdę znakomite pomysły) powstaje Zakon Kaznodziejski. W pracach soboru uczestniczył Iwo Odrowąż. Jacek musiał spotykać dostojników, którzy wracali z Lateranu. Czuł wrzenie, które dokonywało się w Kościele.

Dlaczego Dominik formował braci tak krótko? Wiadomo, jak dziś wygląda wieloletnia dominikańska formacja. A za czasów założyciela? Musiał mieć zaufanie, skoro wysyłał uczniów szybko w świat…

Pierwsze próby organizowania formacji nastąpiły po drugiej kapitule w Bolonii w 1221 roku. Pojawił się półroczny okres „nowicjatu”.

Brzmi nieprawdopodobnie w czasach, gdy wydłuża się seminaryjną formację.

A dlaczego się ją wydłuża? Bo ludzie przychodzą ze świata, który jest kompletnie areligijny, neopogański i muszą przejść kwarantannę. W czasach Dominika do zakonu trafiali ludzie uformowani, którzy nie wyobrażali sobie życia poza stanem łaski uświęcającej, którzy najpierw uczyli się na pamięć Psałterza, a dopiero później poznawali łacińską gramatykę.

Pierwsi dominikanie musieli nauczyć się nowej formy życia. Dotąd byli zamknięci w klasztorach i nieprowadzący pracy duszpasterskiej mnisi oraz zajmujący się duszpasterstwem księża. Nie było czegoś takiego jak „mnicho-księża”. I nagle pojawili się kapłani, którzy… żyli jak mnisi. Rewolucja.

Rodzina Tomasza z Akwinu zamknęła go nawet w wieży. „Chcesz wstąpić do dominikanów? To poroniony pomysł! Powinieneś robić karierę, a nie wstępować do tych obdartusów!”.

Ten przykład znakomicie pokazuje, z czym zmagali się wówczas wierni. „Chcesz zostać opatem, biskupem, mnichem? Droga wolna. Ale jakimś podejrzanym »mnicho-księdzem«?”. Pomysł Dominika, by być mnichem w świecie, budził opór.

Regułę zatwierdził Honoriusz III (który był teologiem, a nie, jak większość papieży XIII wieku, prawnikiem). Papież pastoralista podpisał dokument, choć pobożne otoczenie pukało się w czoło: „»Mnicho-księża«? Ojcze Święty, co ty wyprawiasz? Prawo nie jest dostosowane do takiej formy”.

Dominik musiał mieć ogromne zaufanie do braci. Wysłać kogoś, kogo zna się kilka miesięcy, z misją zakładania zakonów? Trudno to sobie wyobrazić…

Ufał, to prawda. Ale był człowiekiem mocno stąpającym po ziemi, który wcześniej uczestniczył w misjach dyplomatycznych. Jasne, był mistykiem, wizjonerem dokonującym wskrzeszeń, ale zadbał też o to, by wysyłać braci (w tym Jacka) z odpowiednimi „papierami”. Oni nie szli z pieśnią na ustach, uśmiechem na twarzy i kwiatami we włosach. (śmiech) Zachowało się kilkadziesiąt takich dokumentów. Dominik stworzył siedem formularzy. „Bulla rekomendacyjna” podkreślała: za wszystkim, co robimy, stoi papież (na konopnym sznureczku dyndała papieska ołowiana pieczęć), co w czasach herezji było bezcenną wskazówką dla tych, którzy patrzyli na dominikanów z podejrzliwością.

Wyobraźmy sobie, że na dworze biskupa pojawia się „mnicho-ksiądz”. Od razu całej kurii włączają się czerwone światła. W „paszporcie” był opis, kim są ci, którzy przedstawiają papiery i zapewnienie papieża o błogosławieństwie, którego udzieli tym, którzy ich przyjmą. Zanim dominikanie wzięli do ręki gitary i zaczęli organizować radosne duszpasterstwo akademickie, pokazywali bullę. Biskup czytał. Jeśli to jeszcze nie pomagało, bracia pytali: „Czcigodny biskupie, posiadasz w biblioteczce akta soborowe? Tak? Znasz kanon 10? Wiesz, że diecezja musi posiadać kaznodziejów? Nie masz takich w diecezji? Oj, cóż za pech… Mamy rozwiązanie tej trudnej sytuacji: tak się składa, że jesteśmy kaznodziejami i, co tu dużo gadać, spadliśmy ci z nieba!”.

Argument nie do odparcia.

To wyjaśnia fenomen zakładania przez Jacka klasztorów i rozprzestrzeniania się zakonu. Duch Święty działał nie tylko przez znaki i cuda, i urok osobisty pierwszych braci, ale też przez pieczęcie, podpisy, dokumenty. Przez prawo. Bóg nie musi dokonywać spektakularnych znaków rozstąpienia się morza. Działa też przez decyzje soborów.

Jacek ruszył nad Wisłę z Bolonii. Taką trasę można przejść w 3,5 tygodnia, ale on po drodze nie próżnował: zakładał klasztory. Jak bardzo musiał być przezroczysty, skoro gromadzili się wokół niego bracia?

Ruszył z „paszportem” wydanym w lutym 1221 roku. Mamy fotokopię tej bulli, bo oryginał zaginął w czasie II wojny. Rozpoczyna się od słów: „Jeżeli ktoś przyjmuje proroka, nagrodę proroka otrzyma”. Mocne! Papież przedstawia dominikanów jako tych, którzy pełnią funkcję proroczą.

Jacek nie ruszył sam?

Nie mógł! Zabraniało tego nasze prawo, które zakazywało samotnego kaznodziejstwa. Bracia ruszali w dwóch, trzech. Gdy badamy akta kryminalne naszej prowincji, widać, że gdy dominikanie dokonywali zamachów na przeorów, zawsze robili to wspólnie, tworząc zorganizowane grupy przestępcze. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Jacek szedł z ekipą (Długosz pisze, że z ośmioosobową, ale było ich chyba mniej). I choć powinna go zżerać tęsknota za ojczyzną, zatrzymał się na kilka miesięcy w Karyntii, by w opustoszałym austriackim klasztorze założyć wspólnotę.

Wyobraźmy sobie sytuację. Nieznajomy facet wkracza do miasteczka, a na odchodne pozostawia klasztor, w którym modlą się świeżo upieczeni dominikanie. Co pociągało w nim ludzi?

Miał papieskie papiery, które przedstawiały go jako… proroka. Wyobraź sobie, że dziś papież daje Janowi Kowalskiemu taki paszport… Jacek ma „papiery na proroka”. Żywot spisany przez lektora Stanisława przedstawia go jako cudotwórcę i człowieka mającego znakomitą relację z Maryją. Pamiętajmy, że Jacek miał później w Krakowie objawienie Maryi. Matka Boża zapowiedziała mu (w miejscu, gdzie dziś jest nasza zakrystia): „O cokolwiek będziesz prosił mojego Syna, to otrzymasz”. Niedawno w czasie badań archeologicznych odnaleziono najstarszą naszą pieczęć, z lat 60. XIII wieku. Na tłoku pieczętnym (rodzaju stempla) widnieje Maryja. Jest patronką polskiej prowincji. Jacek był z Nią w ogromnej zażyłości. Był też cudotwórcą.

I mówi to Ojciec jako historyk?

Oczywiście! To nie są opowieści z mchu i paproci. Cud wymaga weryfikacji – doskonale o tym wiedzieli ci, którzy spisywali „Żywot św. Jacka”. Jan Zarych czy lektor Bogusław prowadzili tzw. biuro cudów. Cud musiał być udokumentowany. Brało się świadków, i to nie byle jakich, nie koleżanki z sąsiedztwa: pobożną panią Stasię, Krysię i Jolę. Nie! Cud musiał poświadczyć ktoś z elity: rycerz, radny, wójt. Znamy listę świadków, którzy potwierdzali, że cuda dokonane przez św. Jacka są godne wiary. Nie jesteśmy w stanie tego podważyć.

Ilu braci Jacek pozostawił w austriackim klasztorze?

Dwóch, trzech... Dokumenty mówią, że przeorem został Herman. Wówczas przeor nie był menedżerem klasztoru, ale człowiekiem odpowiedzialnym za zbawienie braci. Podobnie zresztą jak proboszcz, który za zbawienie parafian odpowiadał przed Bogiem krwią, a nie troszczył się jedynie o to, by w kościółku było miło i ciepło.

Do grodu Kraka Jacek dotarł na Wszystkich Świętych 1222 roku…

…i został ciepło przywitany przez Iwona Odrowąża. Nie tylko ze względów rodzinnych. Nad Wisłę przyszedł przedstawiciel zakonu, który był na topie i przyciągał elity w Italii i Francji. Wykształcony Iwo, który zjechał kawał świata i miał w domu doskonałą bibliotekę (niemal 50 książek), doskonale o tym wiedział. Do Krakowa zapukał wielki świat. Iwo wiedział, że bracia z zagranicy będą ciekawi, jak żyją dominikanie w kraju, gdzie białe niedźwiedzie chodzą po ulicach, i przyjadą w odwiedziny. Czuł, że Kraków otwiera się na nowy powiew Ducha.

Jacek miał misję zwalczania heretyków?

Na terenie diecezji zastał bidę z nędzą. Żadnych heretyków. W diecezji wrocławskiej mieli w latach 60. nadgorliwców: biczowników, ale u nas trybunały inkwizycyjne nie miały targetu…

Jacek założył 32 klasztory. Dlaczego nie osiadł w Krakowie na laurach, tylko ruszył na Wschód?

Bo po pierwsze był dominikaninem, a my nie powinniśmy siedzieć w miejscu, a po drugie, to moja prywatna hipoteza, miał około czterdziestki i przeżywał kryzys wieku średniego. Czas, w którym faceci zmieniają kobiety, robią tatuaże i kupują sobie motory, a kapłani powinni wrócić do pierwotnej miłości i pójść za porywem Ducha. Ojciec Joachim Badeni mówił: „Jeśli chcecie wiedzieć, jaki ma być zakon, nie pytajcie starych, tylko spójrzcie na nowicjuszy…

...zanim z kleryków zrobi się kler”. Ilu braci zostawił umierający Odro­wąż?

Prowadzimy badania zbierające dokumenty o braciach polskiej prowincji z czasów średniowiecza. W bazie danych mamy 2910 braci, w tym w XIII wieku 140, a do 1257 roku, gdy umierał Jacek, około 60. Mogło być ich o wiele więcej.

Dokonane przez Jacka cuda zdumiewają. Na przykład spacer po falach…

Nie wiemy, czy to jedynie mit, topos, symboliczna opowieść ukazująca wiarę Odrowąża... Wiara czyni cuda, wierzymy w to. Jeśli mamy współczesnego Jackowi św. Rajmunda z Penyafort, który pływał z Majorki do Barcelony na swej kapie (jest patronem windsurfingu!), to dlaczego Jacek nie mógł w zawierzeniu pójść o krok dalej? Rzucił kapę przerażonym braciom i ruszył na fale.

Jaki testament zostawił?

„Bądźcie pokorni, kochajcie się wzajemnie i zachowujcie dobrowolne ubóstwo”. Lutowa kapituła postanowiła, że dewiza Jacka „Pokora – miłość – ubóstwo” będzie programem jubileuszu rocznicy naszego przybycia do Polski w 1221 roku.

Pamiętajmy, że u nas nigdy nie było kultu jednostki. Dominik nie fascynował sobą, ale przyciągał braci do Jezusa. „W centrum Jezus – bracia w tle” – taki model funkcjonował. Wiesz, ilu mamy kanonizowanych braci w prowincji? Dwóch: Jacka i o. Czartoryskiego, który zginął w powstaniu warszawskim. Dominik i Jacek kierunkowali braci na Jezusa. Nie mogli zostawić lepszego testamentu. •

« 1 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji