Nowy numer 38/2018 Archiwum

To nie casting!

O pustoszejących seminariach duchownych i tajemnicy powołania opowiada ks. Tomasz Szałanda.

Marcin Jakimowicz: Czy w Polsce zabraknie księży?

Ks. Tomasz Szałanda: Moim zda­niem – nie. Mówię o tym oczywiście na podstawie tego, co widzę dzisiaj (pewnie w dużej mierze z perspektywy mojej diecezji), ale nam w Polsce księży nie brakuje i myślę, że jeszcze długi czas nie będzie brakować.

To nie są pobożne życzenia?

W 1992 r. zmienił się podział administracyjny Kościoła, powstało aż 14 nowych diecezji (i w 2004 r. jeszcze dwie kolejne). Za tym poszło utworzenie nowych struktur diecezjalnych: kurii, archiwów, muzeów, Caritas, seminariów duchownych. Potem nastąpił „wysyp” wydziałów teologii i związana z tym potrzeba kształcenia przyszłej kadry naukowej, tworzenia bibliotek przywydziałowych i diecezjalnych szkół katolickich. To wszystko wchłonęło ogromne rzesze duchownych, których w większości przypadków nie ma w duszpasterstwie. Po latach, w których „wiodąca siła narodu” i kierowane przez nią organy urzędnicze nie wydawały zgody na budowę nowych kościołów, od 1989 r., jak grzyby po deszczu, zaczęły powstawać nowe parafie. Część z nich, moim zdaniem, zbyt pochopnie. Oczywiście nikt nie mógł zagwarantować, że „odblokowanie zakazu” jest na zawsze, więc czasami realna potrzeba przewyższyła gorliwość w trosce o zbawienie dusz. I to wszystko składa się pewnie na tezę o braku księży. Nie jest ona prawdziwa, bo skoro praktycznie chyba z każdej diecezji po kilku księży co roku otrzymuje zgodę na pracę duszpasterską w krajach zachodniej Europy oraz w Ameryce czy w Kanadzie, to nasz Kościół nie ma problemu z powołaniami. A poza tym, czy świeccy nie mogą pełnić wielu z tych funkcji? Czy nie byliby nieraz lepszymi dyrektorami/dyrektorkami diecezjalnej Caritas, wydziału duszpasterskiego, finansowego czy katechetycznego? Czy muszą te funkcje pełnić prezbiterzy? Moim zdaniem – nie. Świeccy wcale nie mają słabszych predyspozycji do „zarządzania zasobami ludzkimi” czy finansami.

Jak reaguje Ksiądz na pustoszejące seminaria?

Z ogromnym spokojem. Mówię absolutnie szczerze. Do znudzenia wręcz w kazaniach z racji święceń, potem prymicji i odświeżanych na każdej „powołaniówce” czy w Tygodniu Modlitw o Powołania do służby Bożej w Kościele słychać słowa, że „powołanie to dar i tajemnica”. Większość słuchaczy kiwa zazwyczaj głową, potwierdzając te słowa – bo są prawdziwe. Natomiast niewiele idzie za aprobatą tych słów poza kiwnięciem głową. A szkoda… Skoro powołanie jest darem, to kto jest darczyńcą? Bóg! On, jako właściciel tego daru, w sobie tylko wiadomy sposób nim szafuje. I to jest właśnie tajemnica – udziela daru powołania temu, komu chce. W Ewangelii Marka jest taka sytuacja: Jezus naucza, uzdrawia, wypędza demony z wielu, niemożebny tłum wcale się nie zmniejsza, cisną się na Niego, chcą Go chociaż dotknąć (3,7-12). I proszę zauważyć, co się dzieje dalej: „Potem wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu”.

Nie zależało Mu na statystyce?

To klucz do zrozumienia kwestii powołań: „przywołał do siebie tych, których sam chciał”. „I ustanowił Dwunastu”. To nie był casting, w którym reżyser poszukiwał obsady do filmu, a apostołowie wzięli w nim udział. Nie! On wybrał pozakonkursowo i bez próbnych zdjęć. Nie musieli się przed Nim mizdrzyć ani niczego grać. „Wybrał tych, których sam chciał”. I ilu chciał. Koniec. Kropka.

Patrząc na życiorysy apostołów, widać, że nie był to duszpasterski dream team…

Nie! Apostołowie (a potem 72 innych uczniów) to nie byli „grzeczni chłopcy”, a mimo to żadnego z nich Jezus nie wyrzucił. Sami odeszli. To interesujący wątek powołania, chociaż na inną dyskusję… Oglądałem ostatnio badania na temat przyjęć kandydatów na pierwszy rok do seminariów diecezjalnych w latach 1945–2010. Zaskoczyło mnie, że np. w 1950 r. było 841 kandydatów do kapłaństwa, a w 1960 r. tylko 599. W 1960 r. – 603, a w 1970 r. – 375. Potem liczba ta raz rośnie, raz maleje. Jest mniej powołań – fakt, ale i mniej wiernych z powodu niżu demograficznego i emigracji. Nie ma więc co panikować.

Czy w Polsce będą zamykane świątynie?

Będą. Ale nie z powodu braku kapłanów, a wiernych – przynajmniej na Warmii. Większość z 262 parafii usytuowana jest na wsi. Wiele z nich to tereny popegeerowskie, w których nie ma miejsc pracy. Migracja do miasta czy za granicę jest duża. Są parafie, z których wyjechało około 40 proc. młodych. Za maksymalnie 30 lat te kościoły zostaną zamknięte, a parafie zlikwidowane. Trzeba się z tym liczyć.

W Irlandii zamknięto przedostatnie seminarium. Co się dzieje ze społeczeństwem Zachodu?

Skoro Bóg jest dawcą powołania, może więc według Niego jedno wystarczy… My się przyzwyczailiśmy, że każda diecezja musi mieć swoje seminarium. Pamiętam, jak to było na Warmii. Nasze seminarium wiele lat funkcjonowało w kilku budynkach rozsianych po Olsztynie. Kiedy wreszcie wybudowano nowe, po podziale administracyjnym Kościoła w 1992 r., pasterze dwóch nowo powstałych diecezji, wyodrębnionych głównie z diecezji warmińskiej, podjęli decyzje o utworzeniu w każdej z nich seminarium. To było pół roku (!) po oddaniu do użytku dużego budynku w Olsztynie. Rozumiem pragnienia, by serce diecezji (jak mówi się o seminarium) było w diecezji. Ale już wtedy zmniejszała się liczba powołań i było to, moim zdaniem, pochopne, choć mogę zrozumieć intencje. Za kilka lat i w Polsce będą łączone seminaria. Skoro taki model funkcjonuje w innych krajach, to może sprawdzić się i u nas. A wracając do pytania o społeczeństwo Zachodu, są na świecie kraje, w których zauważa się niesamowity boom powołaniowy. Z czasem będą Europie pomagać duszpastersko. Pan Bóg nie robi różnicy w powoływaniu ze względu na kolor skóry czy kraj pochodzenia.

Dlaczego młode pokolenie omija seminaria szerokim łukiem?

Bo ich Pan nie powołuje.

Mocne słowa… Rozmawiałem z chłopakami, którzy zgłosili się do seminarium. Zdumiało mnie, że większość z nich obawiała się tego, że nie wytrzyma przez rok formacyjny bez komórki. To pokolenie, które nie wyobraża sobie życia bez „wszystkomającego” telefonu.

Pójście do seminarium to jednak wyrwanie ze świata. Ich, a i naszym światem (o czym warto pamiętać) jest także „wszystkomający” telefon. Tak jest i już. Kiedyś pisało się listy, teraz SMS-y. Kiedyś w seminarium centralka była na furcie i jeden telefon na piętrze, teraz każdy ma swój w kieszeni. Taki jest świat. Czy wymagać od uczestników roku formacyjnego życia bez komórki? Jak go nie będą mieli również moderatorzy, można spróbować. Tylko po co? Nie lepiej uczyć rozsądnego korzystania? Rok formacyjny nie może być pustelnią, bo jeśli ktoś będzie chciał żyć jak pustelnik, to pójdzie do kamedułów czy trapistów.

A zatem czy ograniczenie kontaktu ze światem w roku formacyjnym być powinno?

Tak! Ale to ograniczenie musi mieć rozsądne granice i zostać czymś sensownym wypełnione. Nie róbmy z seminariów pustelni.

Kandydaci bali się też prowadzenia katechezy w szkołach. Doskonale wiedzą, czym to pachnie…

Wiedzą, bo kilka miesięcy wcześniej sami pewnie czasami stawiali katechetę na granicy cierpliwości. (śmiech) Seminaria w programie nauczania są niejako nastawione na przygotowanie pedagogiczne. Wystarczy popatrzeć na liczbę przedmiotów pedagogiczno-katechetycznych. Jest ich więcej rodzajowo i godzinowo niż homiletyki, liturgiki czy teologii fundamentalnej. Zakłada się z góry, że ksiądz będzie uczył w szkole. To, moim zdaniem, duży błąd. Nie każdy bowiem ma odpowiednie predyspozycje do katechizowania. I ma prawo ich nie mieć. Nie można mieć o to pretensji. Jeden będzie dobrym kaznodzieją, inny świetnym spowiednikiem, jeszcze inny genialnie poprowadzi koło różańcowe, scholę, neokatechumenat, charyzmatyków czy oazę, a ktoś katechezę. Zakładanie na etapie studiów katechetycznej przyszłości najlepszym pomysłem nie jest…

Jezus nauczał: „Proście Pana żniwa, aby posłał robotników na swoje żniwo”. Często słyszymy: „Co ja mogę zrobić? Najwyżej się pomodlić”. Szczyt bezradności…

Kondycja duchowa i fizyczna ludzi, których Jezus miał obok siebie, była tak straszna, że z bólu wywracały Mu się trzewia (esplagchnisthē). To nie było więc żadne „ulitowanie się”, jak z pewną lekkością czytamy w lekcjonarzu. Ludzie byli nie tyle „znękani”, co „wyczerpani” (eklelymenoi), i nie tyle „porzuceni”, co „powaleni siłą, ciśnięci, rzuceni na ziemię” (errimmenoi). Dlatego była potrzebna modlitwa do Ojca, ale by nie tyle „wyprawił”, ile „wypędził, wyrzucił siłą” (ekbalē) robotników na żniwo. To ekbalē jest w pewnym sensie koniecznością. To jest wypędzenie, wyrzucenie np. ze świata – przez pozbawienie mocy i wpływu, jakie posiada się w świecie. Może być też rozumiane jako wypędzenie kogoś poza obręb społeczności czy rodziny. Myślę więc, że dopóki będziemy się modlić o powołania z takim zaangażowaniem jak w modlitwie wiernych za Kościół (czyli dla większości za „nie wiadomo co”), a nie o „wypędzenie” chłopaków ze świata, ze swoich społeczności, to odpowiedź Pana za szybko nie nastąpi. A będziemy tak lajtowo prosić w tej sprawie Boga, póki nam się trzewia nie zaczną przewracać na widok biedy ciała i ducha naszych bliźnich. Tak jak w kwestii uchodźców z Aleppo – dopóki ludzie nie zobaczą utopionych w morzu i wyławianych za pomocą harpunów albo matek tulących do serca trupy dzieci, zastrzelonych bądź rozerwanych przez miny czy bomby, to tylko wymruczą pod nosem: „Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie”. Na razie nasze trzewia nas specjalnie nie bolą... Nie mamy jeszcze doświadczenia bezradności z powodu braku kapłanów, więc Pana o nich ze specjalnym zaangażowaniem nie prosimy.

Na razie do tarnowskiego seminarium (dotychczasowego lidera pod względem liczby kandydatów) zgłosiło się 10 chłopaków. Kilka lat temu było ich cztery razy więcej. To kryzys powołań czy kryzys wiary?

Nie. Po prostu Pan nie powołuje. W przypadku Tarnowa to nie jest problem niebezpieczeństwa braku kapłanów w przyszłości, to raczej kwestia prestiżu niekwestionowanego lidera w tej materii. Wyłazi z nas też coś takiego, co niekiedy słyszę na pielgrzymce, gdy grupa, która od lat miała noclegi w jednej wsi, nagle dostaje inne miejsce. Kwatermistrze z żalem za starym, dobrze im znanym terenem wypowiadają sakramentalne słowa: „Ale przecież zawsze tak było”. Nasz główny kwatermistrz zwykł odpowiadać: „I co z tego”. Podobnie jest ze sprawą powołań. Pan Bóg nie zawierał kontraktu, mówiącego o tym, że w tej czy innej diecezji „na wieki wieków” będą dziesiątki powołań.

Czy ratunkiem dla duszpasterstwa nie są diakoni stali?

Uświęcające działanie Boga jest przedziwne i nielogiczne w tym wzywaniu „tych, których chce”. Dla mnie to jest właśnie pewien wymiar daru i tajemnicy powołania, a w Polsce jest on coraz bardziej widoczny. Mamy coraz więcej dziewic konsekrowanych, choć powołań do żeńskich zakonów nie przybywa. Choć maleje liczba chętnych do kapłaństwa, Pan Bóg „coraz głośniej” zaprasza niecelibatariuszy do diakonatu stałego. Dla mnie jest to kompletnie niepojęte, ale On wie, co robi. To jest Jego plan obdarowania Kościoła tego rodzaju powołaniem, które w przypadku diakonatu jest związane z przyjęciem święceń. Rozumiem diakonat stały jako dar i, co można zauważyć, są chętni, by go przyjąć.

Na razie jednak w zakrystiach mówi się o nich półgłosem…

Kościół polski czeka ciężka praca, by przygotować im grunt akceptacji ze strony wiernych i... duchownych. Tak, tak, duchownych. Widzę to po sobie. Z jednej strony odczytuję ich obecność jako Boże powołanie i dar, uważam, że dla stałych diakonów jest jak najbardziej miejsce w Kościele. Natomiast mentalnie mam trudność w akceptacji ich obecności. Z pewnością to kwestia pokoleniowa. Prawie 50 lat życia, prawie 25 lat kapłaństwa bez obecności diakona stałego we wspólnocie parafialnej i diecezjalnej robi swoje. Potrzebna jest formacja świeckich i duchownych w tej kwestii. Podobnie zresztą jak było w przypadku wprowadzenia nadzwyczajnych szafarzy Komunii Świętej. Do dzisiaj wielu wiernych „za żadne skarby świata” nie przyjmie Komunii z ich rąk, a niektóre już prawie niekatolickie środowiska (choć jeszcze formalnie są w Kościele) uważają ich posługę za szczyt bezeceństwa, diabelski podszept i masoński wymysł, który ma na celu zniszczyć Kościół. Przy mądrym gospodarzu parafii diakon stały może być świetnym wsparciem duchowym i praktycznym – pastoralnym. Z pewnością nie należy diakonatu stałego traktować jak ostatniej deski ratunku. U nas problemu z powołaniami kapłańskimi nie ma, choć jest ich mniej. Obecnie więc diakonat stały będzie przede wszystkim formą osobistego uświęcenia przez realizację Bożego powołania. •

« 1 »
oceń artykuł
  • Piotr
    31.08.2018 12:50
    Trochę ten duszpasterz wg mnie przesadził, odpowiadając na pytanie: "Jak reaguje Ksiądz na pustoszejące seminaria? Z o g r o m n y m spokojem." Już Pan Jezus mówił, że żniwo wielkie, a... Ten Ksiądz nie bardzo chyba łapie powagę sytuacji, patrząc co dzieje się z ilością powołań patzrąc globalnie na kościół, chociażby we Francji - w 8 seminariach nie wyświęcono tam w tym roku żadnego kapłana. W diecezji częstochowskiej nie zgłosił się w lipcu żaden kandydat, a seminarium jest tak wielkie, że można tam zabłądzić... Czymś innym powinien być spokój jako Kościół prowadzony przez Chrystusa, który nie pozwoli nam zginąć - patrz chociażby kryzysy w kościele, a czymś innym troska o powołania, modlitwa o powołania. Nie sądzę, aby Pan Jezus powiedział, że na brak powołań patrzy z ogromnym spokojem. Trzeba nieustannie modlić się o powołania i to święte powołania, bo jak wskazuje św. Faustyna czy o. Pio, jeżeli kapłan nie chce dążyć do świętości i ma być wystarczająco, ale tylko "letnich" kapłanów, to lepiej, aby oni kapłanami nigdy nie zostali.
    doceń 12
  • Paweł
    31.08.2018 14:07
    Tarnów czy Kraków same są sobie winne. W czasach gdy na roku było wielu alumnów, przełożeni odsiali wielu chłopaków z powołaniem za stosunkowo drobne uchybienia przeciw regulaminowi, za to do święceń doturlali się donosiciele (praktyka "odpowiedzialności za rocznik"), jednostki mierne lub parki gejowskie. Trudno się dziwić, że młody mężczyzna nie chce ryzykować pójścia do seminarium kiedy może się okazać, że po V roku zostanie "na lodzie", bez żądnego zawodu i perspektyw ponieważ życzliwy kolega doniósł rektorowi o wypiciu piwa na mieście albo obejrzeniu filmu w czasie przeznaczonym na naukę. Strzela się z armaty do wróbla. zamiast wychowywać - wywalając bo przecież "Kościół przetrwa". No i wylano dziecko z kąpielą. Nie twierdzę, że we wszystkich seminariach tak jest, ale na południu ten policyjny system zyskał ponurą sławę i przynosi opłakane owoce. Nawet i w postaci samobójstw kleryków, które miały miejsce.
    doceń 19
  • stefan1
    01.09.2018 17:33
    Pozwolę się nie zgodzić z @PAWEŁ. Otóż - będąc pośrednim świadkiem - w latach 90 XX w. był bardzo wysoki stopień "powołań" wśród młodych. I większa część kończyła seminaria, także to Śląskie. Pamiętam jak był taki rok gdy proboszcz pewnej parafii "chodził w chmurach" gdyż jego parafia dała aż 4 powołania - 2 seminaryjne i 2 zakonne. Cóż za rok. Po 5 latach ów proboszcz mówi że jedno z powołań jest dosyć dziwne boo .......... Bo rodzice jednego z przyszłych kapłanów czynią starania o umieszczeniu syna na "dobrej" parafii. Po kilku latach od święceń kapłańskich ten młody ksiądz porzucił sutannę. A zatem czyż nie lepiej jest by było mniej powołań ale PRAWDZIWYCH, uświęconych? A czy nie lepiej by było gdyby parafie były większe kosztem rozdrobnienia? Bo komu lub czemu sprzyjają parafie 2,5 - 3 tysięczne w jednym mieście 10 tysięcznym? Może zamiast 3-4 parafii niech będą 2 ale silne mądrością i wiarą swych kapłanów.
    doceń 0
  • Savonarola
    02.09.2018 04:45
    Mniejsza liczba powolan to tzw. "efekt Franciszka"- szalona skromnosc obecnego papieza,ktora nie idzie w parze z wymalowanym przez pokolenia w swiadomosci Polakow obrazem zycia kleru.Do niedawna Ksiadz to byl KTOS! Jadl,pil popuszczal pasa,a wszyscy wokolo klaniali mu sie w pas,a ON patrzyl na nich z glebokim przekonaniem swojej wyzszosci. Skromnosc obecnego papieza nie kazdemu sie podoba ,a dodatkowo autorytet Kosciola powszechnego zostal mocno nadszarpniety seria afer natury moralnej. Nie zmienia to jednak faktu,ze dla wielu mlodych mezczyzn o sklonnosciach homoseksualnych wybor seminarium jest dosc naturalnym wyborem,ktory pozwala zamknac usta tym,ktorzy mecza ich pytaniem-kiedy w kocu znajdziesz sobie dziewczyne.
    doceń 4

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji