Nowy numer 2/2021 Archiwum

Kup pan wiśnię

– Ceny owoców w tym roku należą do najniższych, jakie notowano w ostatnich 10 latach – mówi dr hab. Bożena Nosecka z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Rolnicy burzą się i oskarżają przetwórców o zmowę.

Porzeczki chyba zostaną na krzakach, nie oberwiemy ich – mówi Marta Krysa, rolnik z Lubelszczyzny. Punkty skupu w jej okolicy płacą po 40 gr za kilogram owoców. Przy takiej cenie nie opłaca się ich zbierać. Podobne problemy mają sadownicy. – Czasem ktoś zatrudnia ludzi do zbierania wiśni, a w środku dnia dostaje telefon z punktu skupu, żeby już nie rwał, bo i tak ich nikt nie kupi.

– Żeby sadownikowi cokolwiek zostało w kieszeni, wiśnie powinny kosztować przynajmniej 1,50 zł za kilogram. W tej chwili są po 60–70 gr, najwyżej 1,10 zł – dodaje Marek Mikołajewski, wójt gminy Błędów niedaleko Grójca.

Producenci uważają, że rekordowo niskie ceny owoców miękkich to efekt zmowy przetwórców. Liczą na wprowadzenie obowiązkowych umów kontraktacyjnych z odbiorcami. Przetwórcy odpierają zarzuty. Zamiast umów woleliby ustanowienie cen minimalnych.

Nadmiar i niedobór

W internecie można znaleźć rozpowszechniane przez uczestników rolniczych protestów zestawienia cen owoców w skupie i w sklepach. Wynika z nich, że np. rolnik dostaje za kilogram malin 2 zł, a sklep sprzedaje je nawet za 39 zł. To mylące, bo porównano tu ceny skupu przemysłowego i owoców do bezpośredniej konsumpcji. Tymczasem to dwa osobne rynki. Jabłka i wiśnie sprzedawane w supermarketach są znacznie lepszej jakości niż te, z których robi się koncentraty wykorzystywane w przemyśle spożywczym. Są też droższe także w skupie. Jak podkreśla dr hab. Bożena Nosecka, większość owoców od polskich plantatorów trafia do przetwórni. – Na soki, mrożonki czy dżemy przeznaczanych jest 70 proc. wiśni, ponad 80 proc. porzeczek i znaczna część malin – wylicza.

W latach 2011–2016 działające w Polsce przetwórnie korzystały z dobrej koniunktury. Według danych firmy analitycznej Enter Poland, w 2016 r. 80 proc. polskich przetworów owocowych trafiało za granicę. W przypadku zagęszczonego soku owocowego było to nawet 90 procent. Branża przetwórcza rozwijała się średnio o 4,8 proc. rocznie. Na jej kondycji odbił się słaby zeszły rok. Przymrozki sprawiły, że plony były niższe. – Nie sprzedałem wtedy ani jednej wiśni – potwierdza Marek Mikołajewski, który ma 1 ha sadu wiśniowego, dającego zwykle ok. 20 ton owoców. Niska podaż podbiła ceny wiśni. Za kilogram płacono w skupie ponad 2 zł. Ale już maliny staniały pomimo nieurodzaju. Sprawiła to zagraniczna konkurencja, m.in. z Serbii. Letnie odmiany kosztowały ponad 4 zł za kg, czyli ponad 1 zł mniej niż rok wcześniej. Już wtedy niektórzy rolnicy zaczęli mówić o zmowie przetwórców. Ci odpowiadają, że korzystne ceny zachęciły plantatorów z całego świata do zwiększenia upraw, przez co owocu jest za dużo.

Włączamy niskie ceny

W tym roku plony są lepsze, choć z powodu suszy wiśnie są małe i często nie nadają się do mrożenia. W przypadku wiśni połowę tego, za ile sprzeda się owoce, dostaje zbierający. Przy obecnych cenach mógłby zatem zarobić 50 gr za każdy zebrany kilogram, a niekiedy mniej. Za takie stawki nie chcą pracować nawet robotnicy sezonowi z Ukrainy. W internecie jest mnóstwo ogłoszeń, w których plantatorzy malin oferują produkt po 2 zł za kilogram. Mimo to brakuje nabywców. Lepiej jest w przypadku borówek, które kupuje od Polski m.in. Wielka Brytania, ale i tu ceny są niższe, niż można było się spodziewać.

– To autentyczna zmowa – uważa Marek Mikołajewski. – Firmy przetwórcze są przeważnie zachodnie. Po katastrofalnym ubiegłym roku mają puste zbiorniki, a teraz próbują wykorzystać okazję.

Ministerstwo Rolnictwa wystąpiło do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta o sprawdzenie, czy przetwórcy rzeczywiście dopuszczają się zmowy cenowej. Zarzuty odpiera Andrzej Gajowniczek, prezes Stowarzyszenia Przetwórców Owoców i Warzyw. – Niektórym wydaje się, że skoro ceny są niskie, to przetwórnie zarabiają potężne pieniądze. A tak nie jest. Prawda jest taka, że mamy ogromną nadprodukcję owoców miękkich oraz konkurencję na Ukrainie, w Turcji, Serbii i w wielu innych krajach. Poprzedni rząd chwalił się, że wycisnęliśmy brukselkę, czyli dostaliśmy dotacje na budowę nowych przetwórni i zakładanie upraw. Tylko że tworzyliśmy plantacje bez użycia kalkulatora, nie zastanawiając się, czy produkty rolne uda się potem sprzedać. Pieniądze z Unii dostaliśmy raz, a teraz płacimy za to niskimi cenami, które często wręcz upokarzają polskiego producenta.

W grupie raźniej

Zdaniem wielu rolników, rozwiązaniem problemu byłoby wprowadzenie obowiązku zawierania umów kontraktacyjnych. Producent umawiałby się z przetwórcą na kilka lat, ile produktu i za jaką cenę sprzeda. Dzięki temu ryzyko związane z pogodą i koniunkturą rozkładałoby się na obie strony kontraktu. Rolnik wiedziałby też, czy powinien sadzić nowe drzewa i krzewy, czy raczej likwidować część dotychczasowych upraw. Już teraz niektórzy plantatorzy starają się zawierać takie umowy z firmami prowadzącymi skup albo z przetwórniami, ale większość odbiorców nie chce tego robić. – Mówią, że nie warto, bo na przykład cena i tak będzie niewiele wyższa – mówi Marta Krysa.

Bożena Nosecka przyznaje, że w relacjach z przetwórcami rolnicy są stroną słabszą. Na ogół działają sami. Nowością są jednak powstające coraz częściej grupy producenckie. Zgodnie z unijnym prawem, kilka gospodarstw rolnych może się zrzeszyć i razem sprzedawać swoje produkty. Mogą wtedy liczyć na dotacje.

Wprowadzenie obowiązku zawierania umów planuje rząd. Ma to być część nowelizacji ustawy o rolniczym handlu detalicznym.

– Problemem będzie ustalenie wysokości cen – uważa Bożena Nosecka. – Rolnicy będą się przy tym odnosić do kosztów produkcji, a przetwórcy do cen na rynku. Tymczasem koszty można liczyć różnie. Jeśli odniesiemy się do danych GUS, to będą one wysokie. Realne plony są wyższe, więc koszt produkcji okazuje się niższy.

Pomysł ustanowienia obowiązkowych umów niezbyt podoba się przetwórcom. – Jeśli je wprowadzimy, uczciwe firmy mogą zbankrutować – uważa Andrzej Gajowniczek. – Cwaniakom łatwo będzie je obejść, będą kupować i sprzedawać bez umów po dumpingowych cenach. Rzetelne firmy, ściśle realizujące kontrakty, pozostaną z droższymi niesprzedanymi zapasami – dodaje. Jego zdaniem najlepszym i najprostszym wyjściem jest ustalenie cen minimalnych, poniżej których nie byłoby wolno skupować owoców. – Jeśli ktoś złamie tę zasadę, będzie musiał się liczyć z poważnymi konsekwencjami – przekonuje przetwórca.

Rządowe plany nie kończą się na wprowadzeniu umów. Minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski chce utworzyć Narodowy Holding Spożywczy, który ma konkurować z firmami zagranicznymi, i w ten sposób wpływać na ceny produktów rolnych.

Oryginalny sposób walki z kryzysem podsunął sadownikom z Błędowa ks. Kazimierz Kurek. Właściciele drzew wiśniowych zapraszają do zbierania owoców wszystkich chętnych. Zrywający mogą w zamian zabrać połowę zebranych owoców. – Codziennie ktoś przyjeżdża – opowiada wójt Marek Mikołajewski. – Pierwszego dnia mieliśmy dzieci z kolonii, raz przyjechała rodzina z Warszawy, przed chwilą odjechały zakonnice, też z Warszawy. U mnie mogą wziąć 70 proc. wiśni, u innych połowę.

To jednak jedynie zmniejsza straty. Według zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego, planowane przez rząd zmiany mają wejść w życie jesienią. Plantatorzy mogą zatem liczyć na wsparcie najwcześniej w przyszłym sezonie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama