Nowy numer 38/2018 Archiwum

W pułapce

Niezwykle trudna akcja ratunkowa, której celem jest uwolnienie z zalanej jaskini 12 chłopców i ich opiekuna, to jedna z najbardziej skomplikowanych operacji w historii ratownictwa jaskiniowego.

Tajlandia to zdaniem wielu raj na ziemi. Ale raje ziemskie tym się różnią od prawdziwego, że niekiedy dochodzi w nich do tragedii. Tak było, gdy przed laty w tropikalne wyspy południowo-wschodniej Azji uderzyło zabójcze tsunami. Tak stało się też przed trzema tygodniami, choć okoliczności były inne. 23 czerwca – dzień jak co dzień. W prowincji Chiang Rai na północy kraju, w juniorskim klubie piłkarskim Moo Pa, co oznacza „dziki”, odbywały się treningi trzech drużyn. Po zakończonych zajęciach 12 chłopców w wieku od 11 do 16 lat postanowiło zwiedzić pobliską atrakcję turystyczną – wielokilometrowe jaskinie Tham Luang Nang Non. Każdy, kto był kilkunastoletnim chłopcem, wie, że takie jaskinie wręcz proszą się o to, by zostać dokładnie przebadane przez ciekawskie oko dziecka, a perspektywa przygody przyciąga znacznie mocniej niż wizja domowego obiadu…

Młodzi piłkarze na miejsce przyjechali na rowerach. Wchodząc do wnętrza skalnych korytarzy, nie zauważyli tablicy z ostrzeżeniem (a może zignorowali ją), że w czasie pory deszczowej jaskinia jest zalewana przez wodę.

Gdy o celu wyprawy dowiedział się 25-letni asystent trenera, postanowił natychmiast ruszyć na poszukiwanie chłopców. Mężczyzna najprawdopodobniej wiedział o śmiertelnym zagrożeniu, dlatego ruszył w drogę, nie czekając na pomoc. Liczył zapewne na to, że uda mu się zawrócić młodocianych poszukiwaczy przygód jeszcze przed nadciągającymi opadami. Gdy dotarł do chłopców, woda zalewała już korytarze.

Alarm

Poszukiwania zaginionej trzynastki rozpoczęły się, gdy jedna z zaniepokojonych matek zgłosiła, że nie może skontaktować się z synem. Policjanci dość szybko odnaleźli pozostawione przed wejściem do jaskini rowery i rzeczy osobiste chłopców. Znalezienie zaginionych jednak nie było już takie łatwe.

Niezwykle piękne jaskinie Tham Luang Nang Non to potężny kompleks przeróżnej wielkości komór połączonych wielokilometrowymi tunelami. Skomplikowany labirynt znajduje się blisko kilometr pod szczytem góry. W porze deszczowej, kiedy są one zalane, mogą je pokonać tylko dobrze wyszkoleni płetwonurkowie. Duże komory są połączone bardzo wąskimi i skomplikowanymi przejściami. W niektórych miejscach korytarze mają jedynie pół metra szerokości. Zanim udało się zlokalizować miejsce, w którym przebywają młodzi piłkarze i ich trener, minęło 9 dni. Do chłopców dotarli nurkowie. Informacja o tym, że wszyscy zaginieni żyją, lotem błyskawicy obiegła świat. Ale to jeszcze nie oznaczało happy endu. Miejsce, w którym odnaleziono młodych sportowców, to niewielki kawałek błotnistego brzegu, niezalanego dotąd przez wodę. To nie znaczy jednak, że wkrótce woda nie zatopi i tego miejsca.

Chłopcy żyją i są w dobrej kondycji psychicznej. To zasługa trenera, który nie tylko podnosi ich na duchu, ale również instruuje, jak należy postępować, aby nie tracić niepotrzebnie sił. Ratownicy systematycznie dostarczają im wysokokaloryczne jedzenie i wodę. Ale wydostanie ich z pułapki nie jest proste.

W pierwszej kolejności podjęto próbę wypompowania wody z jaskiń, ale sprzęt nie dał rady w starciu z naturą. Rozważane były różne warianty akcji ratunkowej. Jednym z nich jest podjęcie próby nauczenia chłopców nurkowania. Niestety, żaden z nich nie umie pływać, a co dopiero nurkować. A wąskie przesmyki między jaskiniowymi komorami są terenem wymagającym od płetwonurka ponadprzeciętnych umiejętności. Inny wariant zakładał znalezienie alternatywnej drogi wyjścia z groty. Swoją pomoc w postaci wykorzystania specjalistycznego radaru zaoferował nawet Elon Musk, jednak i ta koncepcja się nie sprawdziła. Najbardziej dramatyczny scenariusz zakładał przeczekanie pory deszczowej w jaskini. Tyle że to oznaczałoby spędzenie tam blisko czterech miesięcy na kilku metrach kwadratowych, bez dostępu do naturalnego światła i bez możliwości zaspokojenia potrzeb higienicznych. Przy takim rozwiązaniu istnieje ogromne ryzyko psychicznego załamania uwięzionych. Poza tym nie ma gwarancji, że kolejne opady nie doprowadzą do zalania miejsca, w którym przebywają chłopcy.

Spektakularna akcja

– Akcje ratunkowe w jaskiniach należą do najtrudniejszych – mówi mi Adam Marasek, wieloletni ratownik TOPR i wybitny znawca historii ratownictwa górskiego. – Myślę, że do przeżycia całej grupy przez tak wiele dni w znacznej mierze przyczyniły się warunki panujące w tajskiej jaskini. Tam jest zdecydowanie cieplej niż np. w jaskiniach tatrzańskich. Bardzo ważny jest też fakt, że opiekunowi udało się utrzymać chłopców w niezłej kondycji psychicznej – podkreśla. Zdaniem Maraska najrozsądniejszym, choć niełatwym zadaniem jest podjęcie próby wyprowadzenia kolejnych uwięzionych na powierzchnię. O tym, jak trudne mogą być akcje w zalanych jaskiniach, świadczy historia jugosłowiańskiego grotołaza, który przed laty zginął w jednej z jaskiń w Dolinie Bystrej w Tatrach. Wydobycie jego ciała zajęło ratownikom górskim około miesiąca.

Dowodzący akcją ratunkową w Tajlandii doszli jednak do podobnych wniosków co Adam Marasek. Wyprowadzanie uwięzionej w jaskini trzynastki poprzedziły przygotowania logistyczne. Chłopcy i ich trener utknęli ok. 4,5 km od wejścia do groty. Nie jest to jednak prosta droga, lecz skomplikowany labirynt. Na zmianę trzeba iść, wspinać się i nurkować. Są miejsca łatwe, ale i szalenie trudne. Najbardziej niebezpieczny odcinek to podwodne przewężenie, w którym jest tak ciasno, że nurkowie muszą zdejmować butle z tlenem, żeby przedostać się na drugą stronę.

Wzdłuż całej trasy wyjściowej rozciągnięto liny, które pełnią funkcję orientacyjną – w tego typu kompleksach jaskiń bardzo łatwo zgubić kierunek. W strategicznych miejscach rozlokowano butle z zapasem sprężonego tlenu.

Akcję wyprowadzania podzielono na etapy. W pierwszym ratownicy wyciągnęli czterech chłopców. Każdego z młodych piłkarzy asekurowało dwóch płetwonurków. Jeden z nich pokonywał większość trasy tyłem, tak aby mieć ciągły kontakt wzrokowy z chłopcem. Ratowanych wyprowadzano z jaskini po zapadnięciu zmroku, gdyż nagły kontakt ze światłem słonecznym po dwóch tygodniach spędzonych w ciemności grozi utratą wzroku. Nurkowie biorący udział w pierwszym etapie działań musieli odpocząć, a pozostali ratownicy – wymienić znajdujące się wzdłuż drogi wyjściowej puste butle z tlenem na pełne.

Czy uda się uratować wszystkich uczestników niebezpiecznej przygody? O tym zadecydują nie tylko działania służb, ale i pogoda. Blisko setka płetwonurków uczestniczących w działaniach ratowniczych nieustannie walczy z czasem. Meteorolodzy zapowiadają 60-procentowe prawdopodobieństwo kolejnych opadów deszczu w najbliższych godzinach. Jeśli sprawdzą się najgorsze pogodowe scenariusze, poziom wody w jaskiniach Tham Tuang Nang Non może się podnieść i zalać skrawek błotnistego brzegu, na którym przebywają chłopcy i ich trener. Do chwili oddania „Gościa” do druku ratownicy wyprowadzili z jaskini 8 chłopców. •

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji