Nowy numer 2/2021 Archiwum

Królowa jest tylko jedna

Zdobyła siedem medali olimpijskich, dziesięciokrotnie pobiła rekord świata. Pożegnaliśmy Irenę Szewińską, legendę polskiej lekkoatletyki.

Tłumy w katedrze polowej Wojska Polskiego, tłumy na Powązkach. Salwa honorowa, morze kwiatów, przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Mateusza Morawieckiego i przewodniczącego Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Thomasa Bacha. Wokół trumny, poza rodziną, najwybitniejsi polscy sportowcy, m.in. Włodzimierz Lubański, Władysław Kozakiewicz, Edward Skorek, Czesław Lang, Robert Korzeniowski i Anita Włodarczyk. Głos w ich imieniu zabiera Tomasz Majewski. – Była megagwiazdą światowego sportu, ale przede wszystkim dobrym człowiekiem. Tron królowej sportu jest dziś pusty – mówił zdobywca dwóch złotych medali na igrzyskach olimpijskich.

Od lat walczyła z nowotworem. Kiedy wydawało się, że już wygrywa, on uderzał ze zdwojoną siłą. O chorobie mówiła niechętnie, starała się robić swoje. W Pjongczangu jako wiceprezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego wręczyła złoty medal Kamilowi Stochowi, a jeszcze w czerwcu wzięła udział w Pikniku Olimpijskim. Do ostatniego momentu nie dawała po sobie poznać, że coś jest nie tak. – Miała niezwykły upór i pasję, bo sport był jej pasją. Wytrwałość pokazała zwłaszcza w ostatnim czasie. Wiele osób nie dawałoby już rady normalnie funkcjonować, a ona do końca była aktywna – wspominała swoją koleżankę Mirosława Sarna, mistrzyni Europy w skoku w dal sprzed 49 lat.

Śladem Czarnej Gazeli

Irena z domu Kirszenstein, rocznik 1946. Większość życia mieszkała w Warszawie, ale urodziła się w Leningradzie, w rodzinie Jakuba i Eugenii. Wiele lat później jej opanowany do perfekcji język rosyjski wspominał Dwight Stones. Amerykański dziennikarz był Polce ogromnie wdzięczny za przetłumaczenie wywiadu z Walerijem Brumlem, medalistą olimpijskim w skoku wzwyż w 1987 r. Stones nie mógł uwierzyć, że jedna z najlepszych lekkoatletek w historii zaproponowała mu wtedy swoją pomoc.

Talent czy ciężka praca? W przypadku większości sportowców zwykle pada odpowiedź: i jedno, i drugie. Przyglądając się początkom kariery Ireny Szewińskiej, można być jednak pewnym, że o jej sukcesach zadecydował przede wszystkim dar, który otrzymała od Boga. W pierwszej klasie liceum na zajęciach z wychowania fizycznego mierzono uczniom czas biegu na 60 m. Kiedy ten dystans błyskawicznie pokonała pewna siebie czternastolatka, nauczycielka była w szoku – myślała, że popsuł się stoper. Swoją podopieczną natychmiast wysłała na zawody między­szkolne, które Szewińska wygrała bez trudu, chociaż w ogóle się do nich nie przygotowywała. Dopiero po zakończeniu rywalizacji rozpoczęła treningi w Polonii Warszawa.

W 1960 r. z entuzjazmem słuchała w radiu relacji z igrzysk olimpijskich w Rzymie, podziwiała amerykańską sprinterkę Wilmę Rudolph. Zawodniczka, nazywana przez spikerów Czarną Gazelą, zdobyła wówczas trzy medale olimpijskie. Szewińska zaczęła marzyć o wyjeździe na dużą imprezę sportową. Nie przypuszczała jednak, że już cztery lata później powtórzy wyczyn swojej idolki.

Przyjaciel stres

Zdała maturę, złożyła papiery na Wydział Ekonomii UW. W głowie ciągle pojawiała się myśl o wyjeździe do Tokio. Przepustką do udziału w prestiżowych zawodach okazały się europejskie igrzyska juniorów, podczas których Szewińska zdobyła trzy złote medale.

Japonia czarowała swoją kulturą, zapierającymi dech w piersiach krajobrazami i świetnym jedzeniem. Najważniejsze było jednak to, co działo się na stadionie. Na trybunach tysiące kibiców zdzierało sobie gardła, kiedy polska zawodniczka zdobywała kolejne medale: dwa srebrne w skoku w dal i w biegu na 200 metrów oraz złoty w sztafecie. Komentatorzy nie mogli uwierzyć, że młoda lekkoatletka na swoich pierwszych igrzyskach olimpijskich odniosła tak spektakularny sukces. – Byłam zawodniczką odporną na stres na dużych imprezach. Mnie taka stawka dodatkowo mobilizowała. Podniosła atmosfera pomagała. Wszystkie najlepsze wyniki uzyskiwałam w wielkich imprezach albo takich, gdzie miałam dobre przeciwniczki – wyjaśniała w jednym z wywiadów Irena Szewińska. To prawda, kolejne wielkie sukcesy przychodziły na zawodach najwyższej rangi. W 1966 r. na Węgrzech sportsmenka wywalczyła cztery krążki mistrzostw Europy. Z kolei podczas igrzysk w Meksyku zajęła pierwsze miejsce w biegu na 200 metrów, a w Monachium na tym samym dystansie zdobyła brąz. Swoją karierę przypieczętowała fenomenalnym występem na igrzyskach w Montrealu, zwyciężając w biegu na 400 m. Podczas kilkunastoletniej aktywności sportowej prawie na każdych zawodach zdobywała jakieś trofeum.

Mąż i trener

Sekret sukcesu? Sprawność motoryczna, świetne warunki fizyczne (wysoki wzrost, szczupła sylwetka), upór i silna psychika. W wywiadach Irena Szewińska podkreślała jednak, że za jej zwycięstwami stoją przede wszystkim najbliżsi. – Cieszę się, że nigdy nie musiałam wybierać między karierą a rodziną. Zawsze mogłam liczyć na męża, który był również moim trenerem – mówiła zawodniczka. Sławomira Janusza Szewińskiego (na co dzień używał drugiego imienia) pierwszy raz zobaczyła na stadionie Polonii Warszawa. Ona była początkującą lekkoatletką, on odnosił duże sukcesy w biegach na 400 metrów przez płotki. Zerkała na niego dłuższą chwilę, ale zupełnie jej nie zauważał. Kiedy zdobywała medale w Tokio, Szewiński zdążył już zakończyć karierę i rozpocząć pracę fotoreportera w „Przeglądzie Sportowym”. Robiąc zdjęcia młodej medalistce, zakochał się w niej. Zaczął intensywnie zabiegać o jej uwagę. Ona pozwoliła sobie jednak na małą zemstę – przez pół roku traktowała go jak powietrze. Później wszystko poszło szybko: ślub i dzieci, na które zdecydowali się wbrew dominującym wśród zawodników trendom odkładania potomstwa na później. – Polecam wszystkim sportsmenkom, by rodziły dzieci. Niech nie czekają do zakończenia kariery. Za dużo startowałam, byłam zmęczona. Gdy zrobiłam przerwę od sportu, by urodzić, od razu poczułam się lepiej. To jest bardzo dobre dla kobiet, ich organizmów – przekonywała po latach lekkoatletka. Jej najstarszy syn Andrzej został zawodowym siatkarzem. Z klubem AZS Częstochowa trzykrotnie wywalczył mistrzostwo Polski, grał także m.in. we Włoszech, Izraelu i Turcji. Młodszy syn Jarosław nie połknął sportowego bakcyla, został programistą.

Królowa bez biografii

Irena Szewińska zakończyła karierę w 1980 r. Do samego końca prowadził ją mąż, który jak nikt inny potrafił przygotować biegaczkę do zawodów. Sportowa emerytura nie oznaczała jednak usunięcia się w cień: była lekkoatletka postanowiła działać dla dobra kolejnych pokoleń zawodników. Przez 19 lat zasiadała w Zarządzie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, później była wiceprezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego i członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Promowała polski sport na całym świecie, spotykając się m.in. z Janem Pawłem II, Barackiem Obamą, Elżbietą II i François Mitterandem.

Podobnie jak większość sportowców starszego pokolenia Irena Szewińska nie była typem celebrytki. Trudno jednak uwierzyć, że zawodniczka nazywana królową polskiego sportu nie doczekała się ani jednej książki na swój temat. W najbliższych latach z pewnością ktoś podejmie się napisania jej biografii. Po ludzku szkoda jednak, że nie będzie już mogła zabrać w niej głosu.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama