Nowy numer 38/2018 Archiwum

Cud w Zadarze

Z nieba woda leje się strumieniami, a błyskawice rozdzierają niebo. Nad morzem bura, jak mówią na taką pogodę Chorwaci, to normalna sprawa. Ale na morzu nie wróży nic dobrego. Chyba że jest się przyszłym świętym, jak Franciszek. Ten z Asyżu.

Legenda mówi, że właśnie taka bura zepchnęła statek św. Franciszka na chorwackie wody Adriatyku z kursu do Ziemi Świętej, dokąd zmierzał, aby głosić Ewangelię. Morski prąd zaniósł go prosto do portu w Zadarze. Tę historię opowiada ojciec Bojan, franciszkanin z zadarskiej wspólnoty i proboszcz prawie 20-tysięcznej parafii, największej w mieście.

Konfesjonały Zadaru

Franciszek płynie do Chorwacji. Jest rok 1212, sześć lat po jego nawróceniu. Gdy staje na lądzie Sklawinów, jak nazywano niegdyś Słowian z południa Europy, pyta o miejsce do odpoczynku. We wskazanym przez kogoś kościele sióstr benedyktynek (dziś to kościół pw. św. Mikołaja) zostaje poproszony o modlitwę za umierającą w celi na górze przełożoną. Chwilę później zdrowa zakonnica zbiega po schodach i usługuje Franciszkowi przy stole. Z wdzięczności za uzdrowienie całe zgromadzenie prosi papieża o zgodę na dołączenie do klarysek, a Franciszkowi daruje część ogrodu, w którym bracia zbudują klasztor poświęcony swojemu patronowi – pierwszy po tej stronie Adriatyku. Dokumenty potwierdzają informację, że już w 1223 r., czyli jeszcze za życia Franciszka, bracia mieszkali na terenie klasztoru w Zadarze, a ich kościół pw. św. Franciszka biskup konsekrował w 1280 r. kilka miesięcy przed słynną katedrą św. Anastazji. To początek prowincji franciszkańskiej św. Hieronima.

Dziś już nikt nie bada prawdziwości legendy, ale wystarczy popatrzeć na mapę franciszkańskich klasztorów w Chorwacji. Ich układ przypomina kiść winogron – owoce pierwszej wizyty świętego na chorwackiej ziemi. Trzy prowincje, klasztory na prawie każdej wyspie. A pierwszy powstał w Zadarze. Wspólnota szybko zadomowiła się w mieście. Franciszkanie od razu dali się poznać jako nauczyciele i żebracy, a ponieważ mieszkali nad morzem, zajmowali się także rybołówstwem.

Dziś klasztor oddziela od morza wąska uliczka, dający turystom wytchnienie w czasie upałów pas zieleni i szeroka riva, czyli deptak, wiodący do słynnych zadarskich organów. Najlepiej grają, kiedy jest burza i mocno wieje. Franciszkanie wchłonięci przez miasto znajdują się dziś w sercu jednego z najchętniej odwiedzanych latem przez turystów miejsc w Chorwacji, ale swoje klasztory zawsze budowali na obrzeżach. – Klasztor na granicy miasta, na marginesie i dla marginesu – tłumaczy o. Bojan. To miało oczywiście swój cel. Kto pierwszy stawał na drodze przybyszów, zagubionych w nowym mieście albo i w życiu? Franciszkanie. Tak jest do dziś. – Jedziesz coś załatwić na mieście, a potem na spowiedź do św. Franciszka albo do Mihovila – opowiada o. Bojan. – Mówią o nas „konfesjonały Zadaru”. Od rana do południa w kościele można się wyspowiadać – dodaje. Drzwi konfesjonałów są otwarte, a miłosierdzie rozlewa się u franciszkanów jak deszczówka wypływająca z patio na krużganki klasztoru. Ojca Bojana to nie przeraża. W Zadarze jest od dwóch lat. Święty Franciszek wślizgnął się w jego życie delikatnie, po kilkudniowych rekolekcjach w jednym z klasztorów na wyspie Košljun. – Myślałem o seminarium diecezjalnym – opowiada. – Ale kiedy spędziłem z braćmi – starszymi ode mnie nawet o kilkadziesiąt lat! – kilka dni, wiedziałem, że nie znalazłem się tu przypadkowo.

Klasztor pełen skarbów

Kościół św. Franciszka specjalnie się nie wyróżnia – jest kamienny, na zewnątrz dość zwyczajny, taki franciszkański, ubogi. Oczekuję podobnej aranżacji wewnątrz, tymczasem spotykam tam dzieła najlepszych malarzy, architektoniczne perełki, koronkowe prace złotników i rzeźbiarzy. – Zasada ubóstwa zakonnego nie dotyczy kościoła – tłumaczy o. Bojan – bo to dom Boga. A Jemu daje się to, co najlepsze, ze swojej pracy, w sferze duchowej i materialnej. Kościół ma lśnić i błyszczeć, bo Franciszek wierzył, że przez sztukę można wyrazić piękno nieba, ściągnąć je na ziemię, a nawet bezczelnie dotknąć go palcem – dodaje. Jako zakonnik o. Bojan żyje skromnie, ale na kościele nie oszczędza, bo może jakiś turysta nieznający Ewangelii wejdzie tu, zobaczy niebo i zacznie za nim tęsknić?

– Nasz klasztor jest pełen skarbów – przekonuje o. Bojan. To prawda. XIV-wieczny chór – miejsce modlitwy ojców tuż za głównym ołtarzem – czy eksponaty zgromadzone w muzeum za zakrystią, w tym prawie trzymetrowa XIII-wieczna ikona krzyża ze zmartwychwstałym Chrystusem, dosłownie powalają na kolana. Franciszek znał się na sztuce. Wychowany w bogatym domu, otoczony najpiękniejszymi przedmiotami, potrafił rozpoznać piękno. Pisze o tym już w regule. Niech bracia zawsze pozostaną skromni i biedni, ale w przypadku kościoła i liturgii mają jej oddać to, co najlepsze. Zadarski klasztor nie jest wyjątkiem. – Boję się tylko o jedno, żeby pasterze stada nie stali się kustoszami muzeum, bo co nam po skarbach, jeśli zaniedbamy nasze powołanie, nauczanie i liturgię? – pyta zakonnik. Ale i z tego jest wyjście.

Między chórem i refektarzem

Co tydzień przez cały rok akademicki franciszkański refektarz we wtorkowe wieczory zapełnia się młodymi ludźmi. Czasami słuchają katechezy, czasami przygotowują adorację. Zawsze jest Eucharystia, bo tylko z liturgii mogą wypływać inne aktywności, służba biednym czy głoszenie słowa, jak tłumaczy o. Bojan. – Czy młodzieży to nie nudzi? Przecież dziś liczy się chwila – pytam. – Wręcz przeciwnie. Oni szukają znaków, potrzebują tradycji, czegoś, co się nie zmienia w pełnym zmiennych i nastawionym na wrażenia świecie – twierdzi zakonnik. To dają im franciszkanie. I pomagają rozeznać powołanie. – Młodych przyciągnie dziś do kościoła to, że zobaczą braci razem. W życiu zakonnika istnieją dwa najważniejsze miejsca: chór – czyli miejsce, gdzie dochodzi do przemiany życia przez modlitwę, i refektarz, w którym wzmacnia się życie braterskie we wspólnocie. Oba są ze sobą połączone, bo wspólna modlitwa ma prowadzić do wspólnego życia. To buduje jedność braci. Tyle że niedługo może zabraknąć tych, którzy będą ją budować – martwi się o. Bojan. W zadarskiej wspólnocie niestety brakuje powołań. – Niektórzy, jak w Holandii, tworzą powołaniowe projekty naprawcze, dopracowane w najdrobniejszym szczególe, bez ani jednego powołania. My korzystamy z innego projektu – śmieje się franciszkanin. – „Proście więc Pana nieba, aby posłał żniwiarzy”. Ja wiem, że ta modlitwa przyniesie owoce.

Franciszkańscy święci

– Nic nam nie przyjdzie po naszych zbiorach, jeśli zamkniemy je w szafach – przekonuje o. Bojan. Ku zdziwieniu współbraci oraz zachwytowi młodzieży odkurza jeden po drugim i wykorzystuje je podczas liturgii. Bo Eucharystia jest szczytem, w niej dotykamy nieba i wieczności. Tu dotknął jej bł. Jakub Zadranin, człowiek bez nazwiska, Jakub z Zadaru, tak mały, że nikt dziś nie pamięta, jak się nazywał. – Co sprawiło, że został błogosławionym? – pytam o. Bojana.

– Lubił gotować – odpowiada franciszkanin. – Musiał robić to z pasją, skoro został błogosławionym. Poza tym był zwyczajnym człowiekiem. Prowincjał klasztoru zabrał go kiedyś ze sobą na kapitułę zakonu do Bari na południu Włoch. Został tam, dożył późnej starości i do dziś jest tam otaczany wielką czcią.

Z czego był znany? Ze zwykłego życia, dlatego to święty na nasze czasy. We Włoszech jest zapisanych kilka cudownych uzdrowień za jego wstawiennictwem. W Chorwacji nikt o nim nie pamięta. – To jest fenomen nas, Chorwatów. Mamy swojego błogosławionego, a nie wspomina się go nawet w Zadarze, skąd pochodzi – mówi z żalem o. Bojan i dodaje: – Zapomniano też o innym franciszkaninie, słudze Bożym Ivo Peranie, autorze Mszy zwanej peranową, której stałe części śpiewa się dziś na każdej chorwackiej Eucharystii. Bóg jest wszechmocny, więc obaj pewnie odkryliby powołanie, nawet gdyby św. Franciszek nie przypłynął do Zadaru, ale nie mogliby żyć w najpiękniejszym zakątku świata, który Bóg postanowił podarować właśnie Chorwatom.•

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji