GN 45/2018 Archiwum

Prosto z mostu przejdź do galerii

Cieszyn czy Těšín? Obie formy są poprawne. Posłuchajcie opowieści o jednym mieście, dwóch brzegach i trzech braciach.

Ruszyliśmy do granic, by sprawdzić, czy hasło „Polska jest jak obwarzanek – to, co dobre, jest na obrzeżach” ma wciąż rację bytu. Doskonale wiemy, jak zmieniły się granice od czasu, gdy Józef Piłsudski wypowiadał tę słynną dewizę, dostosowaliśmy się więc do dzisiejszych miejsc pogranicza. Wybraliśmy krainy na krańcu mapy, na styku. Przestrzenie, w których mieszają się języki, narodowości, kultury, wyznania. Urzekające pięknem krainy, gdzie Wschód spotyka Zachód. Tygiel kultur i religii. Miasteczka, w których po uliczkach spacerowali ramię w ramię Polacy, Litwini, Niemcy, Żydzi, Cyganie, staroobrzędowcy. W tym odcinku sprawdzamy, co łączy polski i czeski Cieszyn.

Adam Bubik, świetny chrześcijański wokalista (niedawno grał w Mysłowicach, a już szykuje się na koncert na Przystanku Jezus), urodził się po czeskiej stronie Olzy i chodził do szkoły z Ewą Farną.

Asia Salamon, trzymająca stery w dynamicznie rozwijającym się wydawnictwie Zacheusz, wychowała się po polskiej stronie rzeki. Spotkali się przed laty we wspólnocie. Teraz rozmawiają na moście Przyjaźni. Niegdyś dzielił, dziś łączy.

Czy można opisać Cieszyn na kilku stronach? Półki księgarń uginają się od podręczników historii i przewodników po tutejszych zabytkach. O miasteczku napisano grube tomy. Czy kluczem do zrozumienia jego fenomenu nie jest most? Miejsce spotkania, klamra łącząca dwa światy?

Ładnie tu jest!

Falowanie. Góra, dół. Samochód szybciutko pokonuje łagodne wzgórza. Z głośników płynie w świat jasny komunikat „Nebe je tu, nebe je tam, nebe je všude, kde jsme my”. Niebo jest tam, gdzie jesteśmy my. Nie trzeba być poliglotą, by zrozumieć przekaz. Słuchamy płyty „Těšínské niebo, cieszyńskie nebe” – projektu artystów Sceny Polskiej i Czeskiej teatru Těšínské Divadlo opartego na tekstach Jaromíra Nohavicy. Jeszcze przed kilku laty słowo „Nohavica” mogło kojarzyć się nad Wisłą z nieznaną jednostką chorobową, a dziś jego popularność zaczęła przybierać rozmiary epidemii.

Cieszyn przyciąga jak magnes. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Nie da się ukryć: to miasto ma klimat. Wyczuwa się go na każdym kroku. Podczas spaceru brukowanymi uliczkami, huśtając się wokół fontanny na rynku, schodząc do kolorowych domków, które wyrosły nad potokiem w tutejszej Wenecji, czy pijąc znakomitą kawę u Kornela i Przyjaciół. Ta księgarnia, antykwariat i kawiarnia w jednym wzięła swą nazwę od Kornela Filipowicza, który nad Olzą spędził dzieciństwo. „Ładnie tu jest – pomyślałem. Ładne jest miasto, które ojciec obiecał dla mnie znaleźć” – pisał. Przyjechał tu z rodzicami ze Wschodu. Tu zdobywał pierwsze literackie szlify, a w gimnazjum spotkał m.in. Juliana Przybosia. „O, moja słodka, dumna i wrażliwa prowincjo! – pisał o Śląsku Cieszyńskim. – Jakże cię dobrze znam i rozumiem! Jestem przecież z ciebie, byłem tobą. Jesteś wrażliwa i czuła, ale pełna kompleksów, gdyż byłaś zawsze przedmiotem pośmiewiska. Jesteś mądra i chytra, kształcisz się, dużo czytasz, chłoniesz radio i telewizję, ale podejrzewasz, że mogą być od ciebie chytrzejsi”.

To miasto zawsze tętni życiem. Jest pełne młodych. W wielkich ośrodkach akademickich studenci łatwo wtapiają się w tłum. W niewielkim Cieszynie widać ich (i słychać!) na każdym kroku. Nie ukryją się. Są wszędzie. Wspinam się do rynku ulicą Głęboką, a młodzi patrzą na mnie z wystaw sklepowych i witryn zakładów fryzjerskich. Od lat cieszynianie w swych sklepach umieszczają tableau absolwentów miejscowych szkół.

Pokój w Cieszynie

Choć Czesi w rankingach „narodów, które lubią Polacy” zajmują wysokie miejsca, przy samej granicy przez lata narosło wiele uprzedzeń.

– Wielokulturowość zawsze była dla mnie czymś absolutnie normalnym – opowiada Asia Salamon. – W szkole miałam i katolików, i protestantów, młodych, którzy mieszkali po polskiej i czeskiej stronie rzeki. Niezwykle ważnym miejscem miasta jest Kościół Jezusowy, największa ewangelicka świątynia w Polsce (może pomieścić nawet 7 tys. osób). Bywałam tu i na ślubach, i na konfirmacjach protestanckich przyjaciół. Cieszyn jest lekcją otwartości. Tu nieustannie coś się dzieje. Koncerty, wystawy, spektakle. Przegląd filmowy Kino na Granicy, Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Bez Granic”, barwne Święto Trzech Braci. Można wymieniać i wymieniać. To przestrzenie, w których spotykają się Polacy i Czesi. Miejsca obalania stereotypów. Nikt nie przełamie jednak wzajemnych uprzedzeń tak skutecznie jak Duch Święty – śmieje się Asia. – We wspólnocie Zacheusz mamy małżeństwa polsko-czeskie, a na modlitwy przychodzą ludzie z obu stron rzeki.

Rozmawiamy przy Studni Trzech Braci. Legenda głosi, że w 810 roku trzej bracia: Bolko, Cieszko i Leszko spotkali się przy tutejszym źródle po długiej rozłące. „Na wieczną pamiątkę szczęśliwego spotkania zbudujemy na tym oto wzgórzu gród warowny, który nazwiemy Cieszynem, bo z naszego spotkania wszyscy się bardzo cieszymy” – czytam w zbiorze tutejszych podań i baśni. Mijamy samochody z nalepkami głoszącymi dumnie „Jo je stela”. Jestem stąd.

„Masz dwie dychy? Zrób mi z nimi zdjęcie!” – takie dialogi słychać pod romańską rotundą. To właśnie ją uwieczniono na 20-złotowym banknocie. Msze św. odprawiane są tu raz w roku, na św. Mikołaja.

– Ooo, a tu młodzi chodzą na wagary – opowiada Asia. Szukamy cienia w ślicznym parku Pokoju (tuż przy najstarszym nieprzerwanie działającym muzeum w Europie Środkowej). Tu 13 maja 1779 roku przedstawiciele państw europejskich negocjowali warunki zawarcia pokoju cieszyńskiego, kończącego wojnę o sukcesję bawarską. Między żeliwnym postumentem cesarza Józefa II a pozostałościami miejscowych pomników młodzież słucha hip-hopu. Siedzi wpatrzona w komórki, które na hasło „pokój cieszyński” reagują, wyświetlając ofertę turystyczną.

Pęknięcie

Miasto podzielono 28 lipca 1920 roku na konferencji w Spa. Po czeskiej stronie znalazł się dworzec kolejowy, po polskiej: zabytkowa starówka, zamek, teatr, szkoły i kościoły. – Po dwóch stronach rzeki pozostały rozdzielone politycznymi decyzjami rodziny. „Na Czechy” przechodziło się przez słynny most Przyjaźni. Nigdy nie słyszałem bardziej karykaturalnej nazwy. Poziom Orwell – opowiada Michał Nolywajka, który przy cieszyńskim rynku mieszkał przez dwa lata. – Niekończące się kontrole, drobiazgowe wypisywanie oświadczeń, absurdalne decyzje. Gdy zmarł ojciec mojej babci, na pogrzeb nie wpuszczono mojego taty. Wnuczka, czyli moja mama, może wjechać, ale mąż wnuczki już nie. Uzasadnienie: mąż wnuczki to nie rodzina. Taka przyjaźń… A po drugiej stronie był wtedy konsumencki raj, a przynajmniej tak się wydawało. Można było kupić słynne lentilki, czekoladę Studentską, ba, nawet pomarańcze! Dziś na moście nie ma już budek strażniczych. O przekraczaniu granicy świadczą jedynie tablice informacyjne i podświetlana linia, na której z upodobaniem robią sobie zdjęcia turyści. Dziś role się odwróciły: to polska strona kusi luksusowymi towarami, eleganckimi sklepami i możliwościami atrakcyjnych zakupów.

Wiedeń i śledzie

Najjaśniejszy pan cesarz Franciszek Józef I był w Cieszynie czterokrotnie (w latach 1851, 1880, 1890 i 1906). – Duch „cysorza” unosi się tu wszędzie – opowiada Michał. – Pałacyk Myśliwski Habsburgów, sala posiedzeń Rady Miejskiej, gmach teatru, szpital, liczne inskrypcje i tablice pamiątkowe sprawiają, że przy odrobinie wyobraźni można się poczuć jak w stolicy nad Dunajem. Kto by się przejmował skalą, gdy na wigilijnym stole lądują przysmaki prosto z wiedeńskiego menu? Mamy zatem: ule, kawusie, trufle, ziemniaczki, ciasteczka królewskie, andruciki, pierniczki, gwiazdki, chlebiczki i imbirki, roladki kokosowe, bomby migdałowe, rumowe i orzechowe, grzybki marcepanowe i makaroniki, płatki z czekoladą, beziki całuski, rogaliki i półksiężyce, krajankę orzechową i kokoski surowe, ciasteczka „przez maszynkę”, keksiki, orzeszki i koniczynki. Starczy? Gdy chwilowo nie stać cię na apfelstrudel przy katedrze św. Stefana, śmiało zamawiaj szarlotkę i kawę w Cieszynie. Efekt ten sam, a może jeszcze lepszy. I żeby nie było, że tylko słodycze: typową zakąską cieszynioka jest kanapka ze śledziem, oferowana na przykład przez sklep Społem przy rynku. Świeże kanapki przygotowywane są od bladego świtu. Nasze okno wychodziło na tył sklepu z tym osobliwym przysmakiem. Pierwszy raz chciałem nawet zgłaszać na policję włamanie, ale po chwili zauważyłem, że ludzie nic nie wynoszą, lecz jedynie wnoszą. Świeże bułki, sałatę i śledzie.

Jak na drożdżach

– Moje ukochane miejsce? Kościół franciszkanów przy ul. Szersznika – nie ma wątpliwości Asia Salamon. – Dzień przed ślubem przyszłam tu na modlitwę. Modliły się ze mną przyjaciółki, a ojcowie Wit i Efraim błogosławili moje przyszłe małżeństwo. Tu trafiłam na oazę. Spotykaliśmy się co piątek. Widziałam, jak powstawała i wzrastała Szkoła Nowej Ewangelizacji. Prowadzona przez franciszkanów wspólnota rośnie jak na drożdżach. Nikt nie przypuszczał, że po latach doczeka się wielu filii na Śląsku, w Czechach i Wielkiej Brytanii.

– Odpowiedź cieszyniaków przerosła oczekiwania wszystkich. W czasie czuwań ludzie przestali mieścić się w kościele – opowiada Asia. – Przychodziły takie tłumy, że musieliśmy się przenieść do kościoła św. Marii Magdaleny przy placu Dominikańskim.

Wchodzimy na most nad spienioną Olzą. Czeka już na nas Adam Bubik. Maszerujemy w stronę jego części miasta. Dwujęzyczne tabliczki z nazwami ulic.

– Tu się modlicie? – pokazuję kościół przy parku Masaryka, pierwszego prezydenta Czechosłowacji. – Tak! W innych miejscach Bóg nie wysłuchuje – wybucha śmiechem wokalista.

– W szkole byłem duszą towarzystwa i stałym bywalcem imprez. Nawróciłem się jako osiemnastolatek – opowiada. – Tydzień po moich urodzinach przeżyłem moment zwrotny. Mocne duchowe doświadczenie Bożej miłości i przebaczenia grzechów. Gdzie to się stało? W pokoju gościnnym w moim domu. Wróciłem akurat z wyjazdu z moją kapelą rockową. Czułem się pusty, skacowany, do niczego. Wiedziałem, że muszę wybrać. I wybrałem Boga, a On stopniowo zaczął zrywać w moim życiu wiele grzesznych więzów. Spotykaliśmy się w grupie przyjaciół. Modliliśmy się, uwielbialiśmy Boga, zastanawialiśmy się, jak ruszyć z ewangelizacją. Wielu kumpli ze szkoły nie mogło zrozumieć, dlaczego nagle zacząłem opowiadać im o Jezusie. Byłem nadgorliwy, więc nie dziwię się, że część patrzyła na mnie jak na dziwaka i się zraziła. Zdecydowałem się śpiewać po polsku. bo jest mi bliższy i lepiej brzmi w piosenkach (w przeciwności do języka czeskiego, który ma inną rytmikę).

Czym jest dla mnie dzisiejszy Cieszyn? Przestrzenią spotkania, dialogu, rozmowy.

– To miasto naprawdę ma niezwykły klimat – podsumowuje Asia. – Znam ludzi, którzy przyjechali tu, zachwycili się tym, co zobaczyli, spakowali manatki i przenieśli się z rodzinami nad Olzę.

Naprawdę im się nie dziwię…•

« 1 »
Prosto z mostu

GOŚĆ NIEDZIELNY DODANE 07.08.2018

Prosto z mostu

oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji