Nowy numer 42/2019 Archiwum

Koszty riposty

Nie mogąc od razu wyrazić opinii, masz czas sprawdzić, czy się z nią zgadzasz.

Teksty w pismach drukowanych mają jedną ważną zaletę – nie można pod nimi publikować komentarzy. I pewnie jest to jeden z powodów, dla których wydania papierowe ustępują pod naporem internetu, w którym niemal wszystko komentować można.

„No to co to za zaleta, skoro to wada!” – oburzy się namiętny komentator internetowych tekstów. Jeszcze bardziej oburzy się troll, zwłaszcza płatny. Z czego on ma żyć, jak on ma hejtować artykuły na papierze? Ma pisać te swoje mądrości i wysyłać je co pięć minut tradycyjną pocztą, priorytetem na adres redakcji?

No tak, to by było trudne, a internetowy ludzik bez możliwości komentowania czułby się niekomfortowo jak, nie przymierzając, Robert Biedroń na pielgrzymce w Mekce.

Nie no, ja nie twierdzę, że w ogóle nie warto niczego komentować. Przeciwnie – pewne rzeczy warto, ale możliwość natychmiastowej reakcji sprawia, że im więcej się komentuje, tym mniej w tym sensu. Brakuje tam zwyczajnego namysłu. Ba! Nawet zapoznania się z komentowaną treścią brakuje. Niejednemu sam tytuł wystarczy, żeby już lecieć ze swoją „odpowiedzią”.

W takich warunkach nie myśli się nad przeczytanym tekstem, celebruje się za to swoją reakcję. – Ale mu dowaliłem! – cieszy się taki jeden, a potem dowala drugiemu, który komentuje jego komentarz, po czym dołączają się trzeci z czwartym, czepiając się obu przedmówców. I tak pod tekstem, który mało kto przeczytał, rozwija się „dyskusja” wszystkich, którzy się wkurzyli, zanim zrozumieli, o co chodzi. No i potem już raczej nie zrozumieją, bo tam przecież nie chodzi o rozumienie, tylko o dymienie. Tematy się mieszają, wątek ucieka, dyskusja skręca w zupełnie innym kierunku, a czasem dryfuje w ogóle bez kierunku.

Ta sytuacja, śmiem twierdzić, pozbawia wielu odbiorców możliwości przetrawienia wchłanianych treści. Zwłaszcza wtedy, gdy te treści ich irytują, bo irytacja bywa przyczyną fermentacji, ta zaś może przynieść coś nowego i cennego. Jeśli jednak tuż po pobieżnym zapoznaniu się ze stanowiskiem autora następuje kontra, nie będzie żadnej refleksji nad tym, co się przeczytało, lecz jałowe zadowolenie tym, co się, zazwyczaj anonimowo, napisało.

Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby pod tekstem Biblii istniała podobna możliwość wyrażania opinii. Toż tam byłby bardziej ring niż kaplica. I zamiast skupienia się na tekstach natchnionych mielibyśmy tabuny natchnionych polemistów, skupionych na swoich „ciętych ripostach” i przekonanych, że zagięli Pana Boga.

Cóż, nie zaradzimy temu globalnie, ale możemy indywidualnie. Każdy może powstrzymać się od komentowania danej treści przynajmniej do czasu przyswojenia jej sobie – a to zazwyczaj wymaga chwili namysłu.

Co, myślisz, że głupoty piszę? OK, ale powiedz to, proszę, nieco później.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Franciszek Kucharczak

Dziennikarz działu „Kościół”

Teolog i historyk Kościoła, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wieloletni redaktor i grafik „Małego Gościa Niedzielnego” (autor m.in. rubryki „Franek fałszerz” i „Mędrzec dyżurny”), obecnie współpracownik tego miesięcznika. Autor „Tabliczki sumienia” – cotygodniowego felietonu publikowanego w „Gościu Niedzielnym”. Autor książki „Tabliczka sumienia”, współautor książki „Bóg lubi tych, którzy walczą ” i książki-wywiadu z Markiem Jurkiem „Dysydent w państwie POPiS”. Zainteresowania: sztuki plastyczne, turystyka (zwłaszcza rowerowa). Motto: „Jestem tendencyjny – popieram Jezusa”.
Jego obszar specjalizacji to kwestie moralne i teologiczne, komentowanie w optyce chrześcijańskiej spraw wzbudzających kontrowersje, zwłaszcza na obszarze państwo-Kościół, wychowanie dzieci i młodzieży, etyka seksualna. Autor nazywa to teologią stosowaną.

Kontakt:
franciszek.kucharczak@gosc.pl
Więcej artykułów Franciszka Kucharczaka

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji