Nowy numer 33/2018 Archiwum

Między Północą a Południem

Polskość albo będzie umiała zachować swoją łacińską formę, albo nie będzie jej wcale. Takie jest przesłanie najnowszej książki Marka Cichockiego.

Marek Cichocki, filozof, politolog, historyk idei, to jeden z twórców „Teologii Politycznej”, niezwykłego pisma i wydawnictwa patrzącego na kwestie publiczne z perspektywy spraw ostatecznych. „Północ i Południe” to zbiór esejów o polskiej kulturze i historii. Skąd taki azymut w tytule? Dlaczego nie Wschód i Zachód? To świadomy wybór autora, przesądzający o tym, jak postrzega on cywilizację i kulturę europejską. Wczoraj i dziś.

Jak zderzenie atomów

Marek Cichocki przypomina, że Europa powstała właśnie ze zderzenia Północy z Południem, barbarzyńców z Rzymem. „Napływające z Północy ludy wlały się w starą formę romanitas jak w wyschnięte naczynie, by w końcu odpowiednio się przekształcić i nawrócić na dobro. To było jak zderzenie atomów, które uruchomiło całą reakcję łańcuchową europejskiej historii. Rozbłysk tamtego wybuchu wciąż możemy obserwować w naszej europejskiej kulturze, nawet jeśli widać go coraz słabiej. Czy kiedyś zgaśnie? I co się wtedy z nami stanie?” – pyta autor.

Tamten podział przez wieki wyznaczał duchowy, kulturalny i polityczny rozwój Starego Kontynentu. Skąd więc powszechne przeświadczenie o fundamentalnym znaczeniu osi Wschód–Zachód? Czy chodzi tylko o pamięć epoki zimnej wojny? Larry Wolff, amerykański historyk, uważa, że wektory zmieniono jeszcze w oświeceniu. Nieobliczalny Wschód pojawił się w ramach opozycji do „racjonalnego” Zachodu jako lustro, w którym ów Zachód może się przeglądać. Pusząc się z dumy lub drżąc z lęku. Podział ten został niejako usankcjonowany po II wojnie światowej. My zaś zostaliśmy weń wpisani. „Wciąż czujemy się zmuszeni do określania i definiowania siebie pomiędzy tymi dwoma podstawowymi kierunkami, w odniesieniu lub w opozycji do któregoś z nich. Raz jesteśmy bliżej Zachodu, innym razem Wschodu” – pisze M. Cichocki.

Rzymska forma, słowiańska treść

Wróćmy jednak do osi Północ–Południe. Gdzie w tym podziale sytuuje się Polska? Dokładnie w jego środku, też w strefie frontowej. Jesteśmy schrystianizowanymi barbarzyńcami, zromanizowanymi Słowianami, nasza forma jest rzymska, tam biją źródła polskiej kultury. Sęk w tym, że tę formę, która tak pięknie rozwijała się w wieku XVI, zatraciliśmy w kluczowym dla losów Europy momencie. Akurat gdy Zachód został przeorganizowany wokół nowych, zsekularyzowanych wartości, mieliśmy do czynienia z najgłębszym w dziejach kryzysem, który doprowadził do rozbiorów. Polska przestała być krajem Północy i została odcięta od swych południowych korzeni. Stała się krainą podległą imperialnej polityce Berlina i Petersburga. Zdecydowanie nie pasowaliśmy do takiej konfiguracji i dlatego pruski król Fryderyk II nazywał wówczas Polaków Irokezami Europy – ludem, który znalazł się poza zachodnią, europejską cywilizacją.

Marek Cichocki patrzy na tę symboliczną geografię nie tylko jako historyk idei. Wyciąga również wnioski dotyczące teraźniejszości i przyszłości. Pod piórem wybitnego znawcy Niemiec wymownie brzmi ostrzeżenie, że przyjęcie dziś orientacji na Berlin, jako jedynej opcji, odtwarza fatalny dla nas podział na Wschód i Zachód, w którym jesteśmy skazani na drugorzędność. Jego zdaniem tak definiowana europejskość może być tylko reglamentowana. „Polska jest zdolna do wielkości, ma świadomość własnej podmiotowości i swej zasadniczej roli dla kultury i cywilizacji europejskiej (a więc może być po prostu sobą) przede wszystkim wtedy, kiedy jest w stanie wpisać siebie w podstawowy, pradawny podział między Północą a Południem. Spada natomiast w niebyt, staje się ofiarą i przedmiotem nacisku sił zewnętrznych wówczas, gdy zostaje umieszczona na linii podziału Wschód–Zachód” – konkluduje autor.

Kto ty jesteś?

Teza, że Polska zgubiła swą formę dawno temu, popadła w swoistą amnezję i stąd biorą się wszystkie jej kłopoty, brzmi znajomo. Dariusz Karłowicz, drugi filar „Teologii Politycznej”, wydał niedawno książkę pod tytułem „Polska jako Jason Bourne”, przywołując postać bohatera znanych kryminałów, który stracił pamięć i za wszelką cenę stara się dociec, kim naprawdę jest.

Marek Cichocki ma na nasze obecne kłopoty ze światem zewnętrznym podobną receptę: najważniejsze, byśmy nauczyli się myśleć o sobie – znowu. To prawda, że Polacy dziś bardziej interesują się sobą niż światem zewnętrznym, ale nasz filozof nie widzi w tym nic złego, przeciwnie, podziela opinię, że świat zewnętrzny przestaje być miarodajny w ocenie naszej własnej kultury. Zachód sam ma ze sobą ogromne problemy. – My powinniśmy odnaleźć na nowo swoją formę. Bez tego nie będziemy mieć własnego miejsca w Europie – radzi autor.

Jego książka jest fascynującą podróżą w czasie, w głąb polskiej historii i literatury. Także w głąb własnej pamięci, bo to opowieść bardzo osobista. Autor powraca nie po to, by fantazjować, uciekać od współczesnych dylematów. Przeciwnie, jak pisał Carl Gustav Jung: „Kto patrzy na zewnątrz, śni. Kto patrzy do wewnątrz, przebudza się”. To zdanie Cichocki zresztą cytuje, podkreślając, że jest ono szalenie adekwatne do sytuacji, która panuje w Europie, i którą my mamy także u siebie.

Podróż zaczyna od mistrza Wincentego Kadłubka. Biskup krakowski, autor słynnej „Kroniki”, spisanej w XII w., błogosławiony, ale i lekceważony jako dziejopis – za mieszanie legend z historycznymi faktami, dla Cichockiego jest bezcennym przewodnikiem do źródeł polskiej tożsamości. Owszem, sięga po mity, umieszcza przodków Piastów wśród antycznych bohaterów, ale tak właśnie określały siebie średniowieczne protonarody. Wincenty nie jest więc żadnym oryginałem, ale wpisuje polską historię w ciąg europejskiej tradycji klasycznej. Tożsamość urasta w „Kronice dziejów Polski” do pojęcia politycznie nadrzędnego, bez którego nie możemy się obejść, co – zdaniem Cichockiego – wydaje się ewidentne, aż po czasy nam obecne.

O mowo polska…

Polsko-łacińska forma nie jest oczywiście jedynie konceptem mitycznym. Ona realnie zaistniała, wniosła ogromnie dużo do europejskiej kultury, czerpiąc soki z Południa. Cała elita XVI-wiecznej Rzeczypospolitej kształciła się w Italii, Jan Zamoyski był nawet przez pewien czas rektorem najbardziej „polskiej” uczelni w Padwie. To właśnie kanclerz i hetman wielki koronny jest jednym z bohaterów książki Marka Cichockiego, bo też nikt tak jak on nie uosabiał wielkości, intelektualnego rozmachu i wizji I Rzeczypospolitej.

Szukając cech wyróżniających polską formę (a zarazem łacińskich w genezie), na pierwszym miejscu trzeba wskazać kwestie ustrojowe, republikańskie z ducha. A tak na marginesie – czytając mowy wygłaszane podczas elekcyjnych zjazdów szlacheckich, trudno nie chylić czoła przed krasomówczymi talentami naszych antenatów. W tamtych czasach retoryka była dla Polaka tym, czym dla Włocha opera, a dla Francuza teatr. Przywoływany w książce Szymon Starowolski, za młodu zresztą dworzanin Zamoyskiego, przyzna, że „w Polsce nie może ten się nazywać obywatelem, a nawet śmiało powiem Polakiem, kto o rzeczy jakiejkolwiek wymownie i ozdobnie prawić nie umie, i to nie tylko po łacinie, ale i w mowie ojczystej, która wszystkie krasomówcze i poetyckie ozdoby, jakie tylko Grecy i Rzymianie wynaleźć mogli, snadno przyjmuje”.

I nie chodzi tylko o styl. Ustrojowe debaty, jakie na polach Woli toczyli abp Uchański z Janem Zamoyskim, dotyczyły spraw kluczowych nie tylko dla Rzeczypospolitej, ale całej ówczesnej Europy.

Czym jest nasza cywilizacja?

Inni, niezwykle ciekawi bohaterowie książki Cichockiego to Teodor Parnicki i Aleksander Wat. Parnicki w swoich historycznych (niesłusznie dziś zapomnianych) powieściach odkrywał nasze kulturowe DNA. „Dla mnie pojęcie katolickości było przede wszystkim synonimem pojęcia rzymskokatolickości, było połączone z pojęciem Rzymu, łaciny, kultury rzymskołacińskiej” – pisał autor „Srebrnych orłów”.

Parnickiemu, podobnie jak Hannie Malewskiej („Przemija postać świata”), a potem Watowi w swoich wspomnieniach z sowieckiej Golgoty, udało się pokazać, że cywilizacja rozumiana jako pewien zakładany przez nas porządek nie jest wcale w pierwszym rzędzie sferą komfortu, społecznych, gospodarczych czy politycznych zdobyczy. Cywilizację możemy zbudować tylko pod warunkiem dobra, a to oznacza gotowość do skonfrontowania się ze złem. Zdaniem autora książki „Północ i Południe” ta konstatacja nie jest dziś wcale tak oczywista.

„Człowiek współczesny uczynił z Europy miejsce komfortu i bezpieczeństwa, dlatego nie wie już, kim naprawdę jest. Widzenie rzeczywistości zostało całkowicie utracone na rzecz pozorów. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek zdołamy w naszej kulturze powrócić do istnienia w jego pełni i konkretności, do prawdy, która leży tam, gdzie leży. Inaczej przecież nie uratujemy już naszej łacińskiej cywilizacji” – ostrzega Marek Cichocki. Warto go posłuchać. •

Marek A. Cichocki. „Północ i Południe. Teksty o polskiej kulturze i historii”. Teologia Polityczna 2018

« 1 »
oceń artykuł
  • gregg84
    14.07.2018 10:29
    '„Człowiek współczesny uczynił z Europy miejsce komfortu i bezpieczeństwa, dlatego nie wie już, kim naprawdę jest. Widzenie rzeczywistości zostało całkowicie utracone na rzecz pozorów. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek zdołamy w naszej kulturze powrócić do istnienia w jego pełni i konkretności, do prawdy, która leży tam, gdzie leży. Inaczej przecież nie uratujemy już naszej łacińskiej cywilizacji” – ostrzega Marek Cichocki. Warto go posłuchać'.

    Może i warto posłuchać, ale głównie po to, aby odrzucić całą tę narrację w szczególe i ogóle. Właściwie nie ma w powyższym tekście akapitu, który nie zasługiwałby (z różnych powodów) na totalną krytykę. Ograniczę się do ostatniego.
    Na jednej szali niby same pozory, a po przeciwnej stronie jakoby widzenie rzeczywistość, istnienie w pełni i w konkretności oraz prawda (która leży tam, gdzie leży). Człowiek z całkiem obcej cywilizacji nigdy by się po tym nie domyślił, że owa "konkretniejsza" strona zakłada ślepą wiarę w niczym niepoparte dogmaty i autorytety, wiarę w istoty, których całe istnienie"uprawdopodobnione" jest tylko owymi dogmatami i psychologicznymi skutkami wdychania od dziecka tworzonej przez nie atmosfery.
    Jeśli nawet obecna cywilizacja zachodnia jest w kryzysie (a kiedy nie była?...), to nie stanowi dla niej żadnego ratunku wprowadzanie wszystkich przebudzonych ludzi ponownie w dogmatyczną drzemkę chrześcijaństwa.
    doceń 0
  • Savonarola
    14.07.2018 21:56
    I Rzeczpospolita rozwijala sie ,bo byla krajem tolerancyjnym,ale z chwila nadejscia jezuickiej kontreformacji,skonczyla sie tolerancja i rozpoczal sie powolny upadek kraju zakonczony rozbiorami.

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji