Nowy numer 42/2018 Archiwum

Perfekcyjnie skrojony zespół

Real Madryt zmonopolizował rozgrywki Ligi Mistrzów. Wygrał 4. raz w ciągu ostatnich pięciu lat. Nic nie zapowiada kresu tej dominacji.

Co różni zwycięski Real Madryt z finału Ligi Mistrzów przeciwko FC Liverpool od tego, który triumfował rok temu nad Juventusem Turyn? Nic. Na boisko wyszedł ten sam skład co w maju 2017, w trakcie meczu weszło dwóch tych samych rezerwowych co 12 miesięcy wcześniej.

Futboliści Realu nawet do przedmeczowego zdjęcia ustawili się w taki sam sposób jak na zeszłorocznym finale. Z kolei już po zakończeniu gry można było odnieść wrażenie, że piłkarze nawet nie przesadzali z wielką radością. Wykonali swoje zadanie, wygrali 3:1 i szybko wrócili do kraju. Choć w przeszłości były już drużyny wygrywające Puchar Mistrzów kilka razy z rzędu (Real w latach 50., Ajax Amsterdam i Bayern Monachium w latach 70.), to jednak w dzisiejszych czasach, gdy w Europie wyrastają kolejne piłkarskie superpotęgi, powtarzalność Realu Madryt robi ogromne wrażenie. W czym tkwi tajemnica sukcesu?

Mentalność zwycięzców

Klub ze stolicy Hiszpanii wydaje się perfekcyjnym przykładem tego wyrażenia. Liverpool strzelił najwięcej bramek w tej edycji Ligi Mistrzów. AS Roma zagrała najbardziej spektakularny mecz, pokonując 3:0 Barcelonę. Tymczasem Real Madryt nie wygrał nawet swojej grupy w pierwszej fazie rozgrywek – wyprzedził go londyński Tottenham. Poza zwycięstwem 3:0 w Turynie nad Juventusem trudno wymienić mecz, w którym zachwycił formą. Mimo braku błysku oraz morderczej drabinki turniejowej (kolejno: Paris Saint-Germain, Juventus, Bayern – każda z tych drużyn pretendowała do wygrania LM) Real dotarł do finału.

Klasa Królewskich polegała na ogromnym doświadczeniu, odporności na presję i zdolności neutralizowania atutów rywali. Real nie załamywał się w meczach u siebie z PSG i Juventusem, gdy przegrywał, a przeciwnicy spychali go do głębokiej defensywy. Piłkarze z Madrytu potrafili perfekcyjnie wyłączać z gry kluczowych graczy przeciwników. W pierwszym meczu ćwierćfinałowym przyćmiony został młody gwiazdor zespołu z Turynu – Paulo Dybala, w obu półfinałowych starciach skutecznie powstrzymano Roberta Lewandowskiego. Cieniem na tej bezwzględnej skuteczności kładzie się przypadek Mohammeda Salaha. Kontuzja barku po ostrym wejściu Sergio Ramosa zmusiła go do zejścia z boiska. Choć analizujący ten przypadek sędziowie (w tym najlepszy polski arbiter Szymon Marciniak) nie dopatrzyli się faulu, to widzowie i dziennikarze oskarżają Ramosa o świadome zagranie, tym bardziej że ten skądinąd wybitny obrońca zanotował już w swojej karierze wiele brutalnych przewinień i słynie z prowokowania rywali.

Architekci sukcesu

Nie byłoby historycznego wyczynu bez trenera Zinédine’a Zidane’a, który 31 maja zaskoczył piłkarski świat decyzją o odejściu z klubu. Wystarczyło mu 2,5 roku pierwszej poważnej pracy, by zostać jednym z najbardziej utytułowanych szkoleniowców globu. Największym atutem Francuza było przede wszystkim jego perfekcyjne dopasowanie charakterologiczne do Realu Madryt. Łączył ogromny autorytet zdobyty dzięki wybitnej karierze piłkarskiej z koncyliacyjnym usposobieniem i umiejętnością indywidualnego dotarcia do piłkarzy. Obserwując ostatnie lata, można zauważyć, że tylko tacy trenerzy są w stanie okiełznać trudną szatnię Królewskich, pełną graczy o wielkim ego. Poprzednie Puchary Mistrzów dla Realu zdobywali szkoleniowcy o podobnym profilu: Vicente del Bosque i Carlo Ancelotti, klęskę ponosiły zbyt twarde i dominujące postaci, jak José Mourinho czy Rafael Benítez. Wydaje się oczywiste, że władze będą szukać nowego szkoleniowca o stylu pracy przypominającym Zidane’a.

Głównym twórcą obecnej potęgi Realu jest jego prezes Florentino Pérez, który pokazał, jak wzorowo wyciągać wnioski z własnych błędów. Za czasów pierwszej prezesury w latach 2000–2006 stworzył zespół zwany na świecie Galácticos, z największymi gwiazdami, jak Figo, Beckham, Zidane czy Ronaldo. Mimo kilku sukcesów efektowny projekt ostatecznie okazał się domkiem z piasku. Kadra była wąska i bardzo niezrównoważona pod względem sportowego poziomu, z wiecznie dziurawą obroną. Gdy gwiazdy wpadały w dołek formy lub pauzowały, nie miał ich kto zastąpić. W 2006 r. Pérez odszedł w niesławie, a Real długo szukał nowego stylu i odpadał na wczesnych etapach Ligi Mistrzów. Po trzech latach Hiszpan powrócił na stanowisko. Znów zaczął od wielkich transferów, ale z każdym rokiem jego strategia ewoluowała. Obecnie nie ma w Europie zespołu o równie silnej, szerokiej i zbilansowanej kadrze. Dość powiedzieć, że angielskie kluby są gotowe wyłożyć największe w historii pieniądze za... rezerwowego Realu Marca Asensia. Na każdej pozycji rywalizuje co najmniej dwóch świetnych graczy, zwiększyła się liczba Hiszpanów, w każdej formacji są względnie młodzi gracze gwarantujący stabilizację na lata. To wszystko udało się osiągnąć mimo przystopowania z rekordowo drogimi transferami. Odwieczny rywal z Barcelony może dziś tylko pozazdrościć Pérezowi mądrej polityki. Katalończycy od kilku lat kupują zdecydowanie przepłaconych lub niepotrzebnych graczy, a klub niezmiennie boryka się z krótką ławką rezerwowych, co jest szczególnie dotkliwe, gdy walczy się w wielu rozgrywkach.

Kłopoty BBC

Niesamowicie zgrany, silny mentalnie i potężny finansowo Real Madryt z miejsca należy umieścić w gronie faworytów następnej Ligi Mistrzów, lecz ten sezon uwidocznił już kilka narastających problemów, które na pewno będą trapić Real. Mija pięć lat, od kiedy atak Królewskich opiera się na tzw. BBC, czyli tercecie Karim Benzema, Gareth Bale, Cristiano Ronaldo. W szczytowej formie była to niepowstrzymana machina do strzelania bramek (78 goli w lidze w sezonie 2015/2016). Choć finał Ligi Mistrzów znów należał do nich, to kibice muszą pogodzić się z nieuchronnym zmierzchem BBC. Benzema znów błysnął w ostatniej fazie Champions League. Jednak tylko częściowo zamknął usta krytykom, ponieważ sezon ligowy skończył z kompromitującym dorobkiem 5 goli w 32 meczach. To właśnie jego fatalna skuteczność była jedną z głównych przyczyn zajęcia dopiero 3. miejsca w Hiszpanii.

Podobnie z Garethem Bale’em. Kosmiczny gol Walijczyka nie przesłoni faktu, że jego przyszłość w Madrycie stoi pod znakiem zapytania. Głównym powodem nie jest słaba forma, tylko nieustannie szwankujące zdrowie. Jak wynika ze statystyk portalu Transfermarkt, Bale przez 5 sezonów opuścił aż 67 meczów. Kumulacja problemów nastąpiła rok temu, gdy z powodu kontuzji rozegrał tylko połowę spotkań w lidze, w tym roku opuścił 14 gier. Seria urazów stopniowo odbija się na największych atutach Walijczyka, czyli niesamowitym przyspieszeniu i dryblingu. A ponieważ chodzi o piłkarza, który przyszedł za 101 mln euro (przez 3 lata transferowy rekord świata) i zarabia 350 tys. funtów tygodniowo, nawet w tak zamożnym klubie jak Real kwestionuje się sens utrzymywania zawodnika notorycznie przebywającego na chorobowym.

Sercem tercetu BBC jest oczywiście Cristiano Ronaldo. Nikt nie kwestionuje wielkości tego zawodnika. Czas płynie jednak nieubłaganie. Portugalczyk ma 33 lata i mimo wciąż perfekcyjnej formy fizycznej CR czekają najwyżej dwa–trzy sezony grania na najwyższym poziomie. Tymczasem w dniu finału dał przedsmak tego, jak trudno będzie mu się pogodzić z malejącą uwagą i pozycją w drużynie. Po triumfie nawet nie krył frustracji z powodu drugoplanowej roli w meczu. Samolubnie skupił na sobie uwagę mediów, mówiąc: „Pięknie było grać w Realu”. Dziennikarze od razu zajęli się dyskusją o przyszłości Portugalczyka. Koledzy z drużyny mieli do niego pretensje o zepsucie radości z wygranej. Cristiano Ronaldo bez sentymentów koncentruje się jednak na własnym celu – wywalczeniu nowego kontraktu do roku 2021, który ma zagwarantować zarobki porównywalne do wynagrodzenia Leo Messiego, czyli około 33 mln euro za sezon. Jednak z powodu wieku, ale też słabej rundy jesiennej negocjacje z prezesem Florentino Pérezem nieustannie się przeciągają.

Czy receptą na problemy mógłby być Robert Lewandowski? Spekulacje sięgały zenitu na przełomie kwietnia i maja, szum ucichł po słabym występie Polaka w półfinałowym dwumeczu Bayern–Real. Dziś podobno bliżej mu do londyńskiej Chelsea. Tylko dobry występ w mistrzostwach świata mógłby na nowo przyciągnąć uwagę Królewskich. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy