Nowy numer 24/2018 Archiwum

Ostatnia góra

Niedźwiedzie na terenie parafii to jak element krajobrazu. I jeden człowiek w promieniu 4 km. – Trzeba się przyzwyczaić – śmieje się ks. Krzysztof Kowal, który 15 lat spędził na Kamczatce.

Zima zaczyna się tam w październiku, a śniegu nie spada mniej niż dwa metry, czasem nawet cztery. – W marcu wieje ze śniegiem, a w maju na dwoje babka wróżyła. Dopiero pod koniec maja i na początku czerwca trochę się ociepla i budzą się niedźwiedzie. W czerwcu wszystko rozkwita w takim tempie, że pokrzywa rośnie 20 cm na dobę. Tam się nauczyłem obgryzać korę z drzew, jeść zupę pokrzywową i pierwszą trawę, czyli czosnek niedźwiedzi. Tylko trzeba patrzeć, czy ma dwa listki, czy jeden, bo wtedy jest trujący – opowiada ks. Krzysztof.

Wulkany

Wspomina Pietropawłowsk. Kościoła jak nie było, tak do dziś tam nie ma. Władze nie pozwoliły na budowę. Z okna drewnianej chaty służącej za plebanię spoglądał na Zatokę Awaczyńską. – Po lewej stronie Wulkan Wiluczyński, idealny stożek. Z innej strony miasta kolejne dwa, aktywny Goriełyj, no i Mutnowski, przepiękny, do którego wchodzi się przez boczny krater – opowiada. Jest też Kluczewska Sopka. Próbował ją zdobyć trzy razy, ale „nie wpuściła”. – 26 godzin w drodze, 45 stopni nachylenia. Tam ginie z 10, 15 osób rocznie. Żeby żyć, trzeba mieć szacunek do gór, tym bardziej do wulkanów, bo to nie są zwykłe góry – mówi ks. Krzysztof. Wchodził też na Koriacki („supertrudny”) i na Awaczyński. Ten ostatni 400 lat był spokojny. – Wybuchł, gdy tam byłem w 2005 r. Na szczęcie nie poszło na miasto. Ale ludzie się nie przejmują. „No wybuchł, pranie znów było siwe” – skwitowała gospodyni z sąsiedztwa – opowiada ks. Krzysztof. Kocha góry, bo jak przyznaje, uczą człowieka pokory. – Każdy, kto idzie, ma życie innego na sznurku. Krystek nas zablokował, gdy zaczęliśmy spadać z półtora kilometra. Potem już na czworakach schodziliśmy. Noga, czekan, noga, czekan… I tak przez 7 godzin. Najgorsze są tzw. bomby, odrywające się kawałki lodu i kamienie. Trzeba się z nimi mijać. Wulkany też są niebezpieczne, nie tylko przez nieprzewidziany wybuch. Trzeba obserwować, z której strony jest wiatr, wiedzieć, że występują bezwonne gazy. Istnieje tzw. dolina śmierci. Zwierzęta tam padają.

W tajdze

Ksiądz Krzysztof, zanim trafił na Kamczatkę, był wykładowcą seminarium diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Zgłosił się do wyjazdu w odpowiedzi na apel biskupa Tadeusza Mazura, wówczas pracującego w Irkucku. Wyruszył… rowerem. Przejechanie 5,5 tys. km zajęło mu trzy miesiące. Najpierw do Irkucka, gdzie był przez 2 lata proboszczem. – Ludzie rowerem do pracy dojeżdżają. No to mówię, że rowerem pojechałem do pracy. Trzeba mieć motywację – śmieje się. Irkuck jest największą diecezją świata, obejmuje pięć stref czasowych. Ksiądz Krzysztof przejechał wraz z dwoma przyjaciółmi całą Rosję. – A im dalej od Moskwy, tym ludzie życzliwsi. I w więzieniu w tajdze spaliśmy, bo najbezpieczniej. Takie otwarte lepianki, strażnik z bronią przy nas. Za Uralem babuszka zaserwowała w porcelanowej filiżance herbatę i wareńki, pierożki z truskawkami. Tyle spotkań po drodze… – wspomina. Były też niewiadome. – Około 870 km od Pietropawłowska siedliśmy na skrzyżowaniu w lesie i czekaliśmy, aż coś pojedzie, by spytać o kierunek – opowiada. W końcu zatrzymał się samochód. – Uważajcie, bo tu niedźwiedź chodzi – usłyszeli. Z niedźwiedziami oswajał się przez kolejne lata. – Miałem przyjaciela Siergieja, Koriaka. To lud pierwotny na Kamczatce, podobnie jak Eweni, Aleuci – wymienia. – Wiele rozmawiałem z Siergiejem o niedźwiedziach. Nauczył mnie czytać ich ślady. Inaczej jest, gdy niedźwiedź rozstawi pazury, a inaczej, gdy ma miękką stopę i delikatnie podejdzie – tłumaczy. Ks. Krzysztof wspomina tragiczne wydarzenia ze stacji badawczej: – Otoczyło ją 10 niedźwiedzi, bo ludzie zostawiali na zewnątrz resztki jedzenia. Zapach je zwabił. Zginęło tam wtedy dwóch Polaków. Niedźwiedzie odstrzelono z powietrza. Opowiada o Koriakach, Aleutach. – Najpierw Kozacy podbili ich dla cara. Kiedy przyszedł komunizm, trafili do kołchozów. Wcześniej żyli z natury, potrafili z renifera zrobić wszystko. I lekarstwo, i tłuszcze, i mydło, i coś uszyć. Nie zmarnowało się ani jedno ścięgno. Komuniści przyszli, wyciągnęli dzieciaki z tej naturalnej kultury. W internatach nauczyły się pisać i czytać oraz pić, palić i używać telewizora. Potem już nie potrafiły mieszkać na wsi. Alkoholizm to tu tragedia – podkreśla kapłan. – Na wsi 70 proc. mężczyzn z powodu alkoholizmu nie dożywa czterdziestki.

Alkohol zawsze można wziąć na kredyt. Chleb nie zawsze. Potem, gdy przychodzi czas połowów łososia, wypłacają tym zadłużonym ludziom za 10 kg czystej ikry równowartość… 10 jajek. Ksiądz jeszcze raz wspomina Siergieja. – Miał trzech synów. Sasza, który u nas miał praktykę, został zabity ciosem w serce, gdy miał 15 lat. 12-letni Wołodia był upośledzony z powodu alkoholu. A o 18-letnim Aleksieju ojciec powiedział: „On już ma chorą duszę”. Chodziło o to konsumpcyjne podejście…

Dostępne jest 51% treści. Chcesz więcej? Wykup dostępu do całego artykułu. Cena 1,23. Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji