Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dwa krzyżyki Rączego

Pierwszy – złoty dała mu przed walką matka. Drugi – z więziennej szczoteczki do zębów on podarował prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Na stoliku, honorowym miejscu domu, pieczołowicie poukładane odznaczenia, pamiątki, listy gratulacyjne. Nad kominkiem szable, które otrzymał za zasługi. Duma? Tak, duma. Bo z Polski trzeba być dumnym. I on jest dumny.

Mimo skończonych 95 lat nadal trzyma się prosto; wzrok bystry i to spojrzenie: nieugięte, analityczne, jasne. Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to dusza u niego silna, nieugięta, zwrócona ku sprawom najważniejszym. Pułkownik Tadeusz Bieńkowicz ps. Rączy, kilka dni przed nadaniem przez prezydenta RP stopnia generalskiego, w domu pod Krakowem: – Poszedłem walczyć za Polskę w wieku 17 lat. Nie, nie bałem się. Młodość się nie boi. Ale potem też się nie bałem. Zamiast się bać, wolałem myśleć, działać, analizować. A w życiu towarzyszyły mi i własne zawzięcie, bo zawzięty byłem, i szczęście, i Opatrzność – wymienia. I ten krzyżyk złoty, co mu matka dała do walki. A potem ten więzienny, zrobiony ze szczoteczki do zębów. Symbole wiary i niezłomności.

Do boju!

Zanim wybuchła wojna, Tadek był już harcerzem. Poważne było wtedy harcerstwo, skierowane na służbę Polsce, na naukę, na drugiego człowieka. Taka zaprawa przed tym, co niebawem musiało nastąpić. Na którymś z obozów przyjął indiańskie imię – Rączy Jeleń. Kilka lat później, już w konspiracji, jako pseudonim pozostał pierwszy człon: Rączy. I faktycznie, Rączy był rączy, gdy biegł pod ostrzałem niemieckim, i gdy go potem oprawcy komunistyczni ani głodem, ani biciem, ani zimnem nie pokonali.

Ale najpierw wybuchła wojna. Miał 17 lat, mieszkał z rodzicami na Grodzieńszczyźnie. I chciał walczyć. – Dowódcy od niepełnoletnich żądali zgody rodziców. Wiedziałem, że ojciec nigdy się nie zgodzi. Raz zapytałem, odmówił kategorycznie. Więcej nie było sensu pytać. Ale wiedziałem też, że matka moja widzi we mnie żołnierza, że czuje jak ja. Podpisała zgodę – opowiada płk Bieńkowicz kilkanaście dni po swoich 95. urodzinach i kilka dni przed uroczystością nadania mu stopnia generała.

To wtedy matka zawiesiła synowi na szyi złoty krzyżyk, prezent od chrzestnego. I powiedziała, że krzyżyk ten będzie Tadeusza chronił i osłaniał.

W czasie II wojny światowej Rączy był żołnierzem Armii Krajowej. Służył w 77. Pułku Piechoty AK Okręgu Nowogródzkiego pod dowództwem por. Jana Borysewicza „Krysi”. Uczestniczył m.in. w brawurowym szturmie na niemiecki garnizon w Horodnie na Polesiu oraz wielu innych akcjach, jak zdobycie Ejszyszek w rejonie solecznickim i stacji kolejowej Werenów, likwidacja Osterkommendatury w Kaleśnikach czy słynne odbicie kilkudziesięciu polskich skazańców z niemieckiego więzienia w Lidzie. Niemieckie więzienie, strzeżone jak źrenica hitlerowskiego oka, położone w centrum miasta. I oni, polscy żołnierze, najodważniejsi z odważnych, ale przede wszystkim też świetnie przygotowani, analizujący, doświadczeni. – To było w styczniu 1944 roku, szliśmy na akcję. Przedtem spaliśmy w Jancewiczach na sianie. Rano zauważyłem, że nie mam na szyi mojego złotego krzyżyka. Nie dawałem tego po sobie poznać, ale byłem wstrząśnięty. Zaczęliśmy szukać. Ale szukanie krzyżyka w sianie to jednak sprawa skazana na porażkę. Chłopcy zaczęli się szykować, ja nadal szukałem, powoli tracąc nadzieję. I gdy już trzeba było wychodzić, z okrzykiem „trudno”, podrzuciłem ostatnią kępkę siana. A wraz z nią mój złoty krzyżyk. Wtedy wiedziałem, że mogę śmiało iść na akcję. Udało się odbić prawie 80 więźniów: głównie oficerów, ludzi z konspiracji, którzy niebawem zostaliby z pewnością zabici przez Niemców...

Za akcję oswobodzenia więźniów Rączy został wiele lat potem odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Otrzymał też Krzyż Komandorski i Oficerski, Order Odrodzenia Polski, Krzyż Walecznych, Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kampanii Wrześniowej, Odznakę „Weteran Walk o Wolność i Niepodległość Ojczyzny”, Krzyż Więźnia Komunizmu z Mieczami, Honorową Odznakę Żołnierza AK Okr. „Wiano” i „Nów”.

Nie koniec walki

Po nadejściu sowieckiej okupacji broni nie złożył, walkę kontynuował pod skrzydłami swojego dowódcy Jana Borysewicza „Krysi” jako jego przyboczny, wyznaczony do najtrudniejszych zadań. Koniec wojny dla nich nie był czasem złożenia broni. – Okupacja trwała nadal – mówi krótko. – Czasem tylko żałuję, że gdy proponowali mi wejście w struktury ludowego wojska, nie wszedłem. Tam można było, zaraz po wojnie, działać konspiracyjnie. Dopóki nie wymordowali dużej części prawdziwych żołnierzy, byli tam ludzie prawi, niezgadzający się z nową władzą. Ale tylko na początku. Potem żołnierzy się pozbyli, a na ich miejsce przyjęli nowych – niewykształconych, sterowalnych, tępo oddanych nowej władzy.

Rączy najpierw działa w Gdańsku. UB depcze mu po piętach, więc wyjeżdża do Krakowa i rozpoczyna studia na Akademii Handlowej. Gdy w 1950 r. zostaje aresztowany, ma już żonę i dwoje dzieci. Przez siedem miesięcy jest poddawany torturom w okrutnych stalinowskich więzieniach. – Długo nie mogłem o tym spokojnie mówić, myśleć i opowiadać. Chociaż za młodu to może i prościej było nie myśleć… Człowiek miał tyle pracy, tak zmęczony był, że i rozpamiętywać nie było kiedy. Teraz analizuję, wspominam, przypomina mi się wszystko po kolei. Tamte noce i dni, tygodnie i miesiące, które zlewały się w jedno.

Przesłuchania tak naprawdę powinny nazywać się torturami. Bardzo wymyślne, a jednocześnie przewidywalne, gdy poznało się już i prześwietliło oprawcę. On starał się to robić. Od współwięźniów dowiadywał się o metodach UB, analizował ich zachowania, swoje możliwe reakcje. Miał wszystko przemyślane i twardo w głowie i sercu ułożone. Dlatego nigdy nie sypnął, a na przesłuchania Rączego UB musiało wysyłać najbystrzejszych. Mniej bystrych, choć brutalnych, Rączy wywodził w pole. – Tak odpowiadałem, żeby nie mogli zadać kolejnego pytania. W tym czasie sam pozyskiwałem możliwie dużo informacji o tym, kogo mają na liście, co naprawdę wiedzą, a czego nie. Jak to wytrzymałem tyle miesięcy? Twardy byłem. Chociaż kiedyś nie wytrzymałem i gdy ubek po raz kolejny próbował mnie uderzyć pałą, usunąłem się tak zręcznie, że tamten wpadł na ścianę. Wywiązała się walka. Popamiętali mnie na długo. Choć było ich więcej...

Tamci „przesłuchiwali” jak i czym popadło. Nie pozwalali spać. Próbowali szantażować i dręczyli psychicznie. Upokarzali. Rączy musiał siedzieć na odwróconym taborecie albo godzinami stać przy ścianie z ołówkiem między ścianą a czołem. Gdy ołówek upadał, bicie rozpoczynało się od początku. – Twardy byłem – spokojnie powtarza Bieńkowicz. I widać w szarawych już oczach, że i teraz jest twardy. – To jest tak, że w pewnym momencie bólu się już tak bardzo nie czuje. Człowiek drętwieje i wyłącza się. Nie sypnąłem nikogo. Najbardziej chroniłem zęby i oczy. Widziałem, pokazali mi specjalnie więźniów bez gałek ocznych: żeby nie zasnęli podczas tortur, wkładali im zapałki do oczu. A gdy zapałki się łamały... Tego musiałem uniknąć i udało się.

I był jedyny chyba moment, gdy Rączy zaczął się bać, obawiać raczej. Obawiać tego, że popadnie w obłęd. Gdy bili, bili, bili po głowie. Wywoływało to pewne otępienie i dziwny stan, którego nie dało się największą nawet siłą woli wziąć w ryzy. Szczęściem i to minęło.

Drugi krzyżyk

Bieńkowicz został skazany na dożywocie. – Nie wiedzieli o mnie wiele, większości zarzutów nie udowodnili. Sędzia mówił, że jestem cwany. Faktycznie, byłem cwany – uśmiecha się lekko. – Dał mi dożywocie, a ja poczułem triumf: udało się ich przechytrzyć. Przecież za mniejsze „winy” (walkę o Polskę) moi współbracia w walce byli bestialsko mordowani. Pamiętam, jak prokurator domagał się kary śmierci, argumentując, że mam na koncie wiele udanych akcji przeciwko... Niemcom. Że to były akcje przecież skazane na porażkę, a nam się udawało. Prokuratur mówił, że skoro on taki sprawny i waleczny, to trzeba zlikwidować, żeby nowej władzy nie szkodził. Czy to się w ogóle mieści w głowie?

Nie mieści... Bieńkowicz karę więzienia odbywał w Sztumie. To tam otrzymał drugi krzyżyk, bo przecież własnych nosić na szyi nie było można. Więźniowie, spragnieni modlitwy, sami robili krzyżyki. Z tego, co mieli. Jak jubilerzy w diamentach, tak oni rzeźbili w uchwytach szczoteczek do zębów. Wartość wyższa. – Sam nie wiem, jak oni to robili, bo to wielka precyzja i trzeba było przecież bardzo uważać, żeby nikt nie zauważył. Robili te krzyżyki ze szczoteczek do zębów. Były małe, mniejsze niż paznokieć, a piękne i precyzyjnie wykończone. Jak jubilerska robota.

Rzeźbili je prawdopodobnie zaostrzonymi łyżkami. Kilka połączonych elementów, krzyżyk, Jezus na krzyżu, z tyłu symbol Polski Walczącej... – To było dla nas jak relikwia. Pilnowaliśmy, żeby nie zauważyli. Udało się wynieść wiele takich krzyżyków na wolność, do rodziny. Przez całe lata miałem mój krzyżyk więzienny w domu.

Bieńkowicz z więzienia wyszedł w roku 1956, po amnestii. Zrehabilitowany został dopiero na początku lat 90. Zaś torturujący go funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa w 2005 r. został skazany na dwa lata więzienia.

Co stało się z krzyżykami? Tym złotym i tym więziennym. Złoty krzyżyk, który ochronił go podczas wojny, Rączy przekazał wnukowi. A ten więzienny, który jest symbolem oporu, niezłomności, walki, płk Bieńkowicz, a od 30 maja generał, niedawno ofiarował prezydentowi Andrzejowi Dudzie. – Pan prezydent przyjechał do mnie w Sobotę Wielkanocną w związku z moimi urodzinami. Nie spodziewałem się tego. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Opowiadałem mu o swoim życiu, walce. Ofiarowałem mu ten krzyżyk wyniesiony z więzienia, żeby się nim godnie zaopiekował...•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama