GN 28/2018 Archiwum

W Donbasie bez zmian?

Nie widać końca wojny na wschodzie Ukrainy. Właśnie wchodzi w nową fazę. To zmiana nazwy czy eskalacja działań bojowych?

Europa przyzwyczaiła się do wojny, która rozpoczęła się wiosną 2014 r. Rosja, wykorzystując zamieszanie po obaleniu prezydenta Janukowycza, zaanektowała Krym i zainicjowała bunt na wschodzie Ukrainy. Nie udało się tam jednak powtórzyć scenariusza krymskiego, choć początek był podobny. W nocy z 11 na 12 kwietnia 2014 r. granicę rosyjsko-ukraińską przekroczyła grupa dywersantów dowodzona przez pułkownika Igora Grikina, używającego pseudonimu Striełkow, oficera wywiadu wojskowego GRU. Zajęli miasto Słowiańsk w centrum Donbasu, gdzie proklamowali Doniecką Republikę Ludową (DNR). Striełkow został jej ministrem obrony. Wsparli ich miejscowi dywersanci, tzw. pospolite ruszenie, bojownicy szkoleni wcześniej w klubach sportów walki i strzeleckich. Gdyby Ukraina miała wtedy wojska obrony terytorialnej, bunt zostałby stłumiony w zarodku. Niestety, jedyne struktury siłowe, jakimi dysponowała władza centralna – jednostki milicji i Służby Bezpieczeństwa w Doniecku i Ługańsku – przeszły na stronę wroga. Gdyby nie ofiarność jednostek ochotniczych, formowanych często przez ludzi, którzy w czasie protestów na Majdanie tworzyli Samoobronę, bunt rozlałby się poza obszar Donbasu.

Niewypowiedziana wojna

Kijów początkowo nie wiedział, jak na bunt reagować. Dopiero w maju 2014 r. jednostki wojskowe oraz milicyjne rozpoczęły tzw. Antyterrorystyczną Operację (ATO), której celem było zdobycie Słowiańska, co udało się w lipcu 2014 r. Wtedy siły separatystów wsparte ciężkim sprzętem z Rosji opanowały Donieck, którego okolice stały się głównym terenem walk. Najbardziej zaciekłe boje toczyły się o międzynarodowe lotnisko im. Prokofiewa, oddane do użytku z wielką pompą przed Euro 2012. Po kilku miesiącach walk zamieniło się w stertę gruzu i do dzisiaj jest w takim stanie. Gdy latem 2014 r. Ukraina próbowała użyć większych sił do stłumienia buntu, Rosja posłała tam ogromne siły pancerne oraz tysiące najemników. W walce z nimi armia ukraińska poniosła dotkliwe porażki. Co więcej, w sierpniu 2014 r. Rosjanie otwarli nowy front, atakując na południu Mariupol położony nad Morzem Azowskim, ważny port i ośrodek przemysłu. Atak został zatrzymany prawie na rogatkach miasta przez jednostki pospiesznie przerzucane z centrum Ukrainy. Władimir Putin mówił wtedy, że w szeregach DNR walczą kołchoźnicy i górnicy, ale niewiele to miało wspólnego z prawdą. Na polu walki używano ciężkiego sprzętu, m.in. najnowszych typów czołgów i rakiet. Tę fazę konfliktu zakończyło porozumienie w Mińsku, zawarte w lutym 2015 r. przez prezydentów Ukrainy, Rosji i Francji oraz kanclerz Niemiec.

Walki trwają

W wyniku rosyjskiej agresji Ukraina straciła kontrolę nad 46,2 tys. km kw., czyli 7 proc. swojego terytorium. W trakcie walk zginęło ponad 10 tys. ludzi, a 25 tys. zostało rannych. Większość ofiar to cywile. Ponad milion mieszkańców Donbasu opuściło teren walk, udając się w inne regiony Ukrainy albo do Rosji. Postępuje degradacja społeczna, ekonomiczna oraz ekologiczna wschodniej Ukrainy. Dotyka ona także mieszkańców terenów znajdujących się w pobliżu linii demarkacyjnej, którzy od wielu lat żyją w obawie, że za chwilę pociski mogą spaść również na ich domy. Ekonomiczne straty Ukrainy w tej wojnie są przez zachodnie ośrodki analityczne oceniane na 100 mld dolarów. Dlatego tak wielu Ukraińców przyjeżdża do Polski, szukając pracy, gdyż w swoim kraju nie widzą perspektyw na lepsze życie. Dokładne straty rosyjskie nie są znane, gdyż polegli na Ukrainie żołnierze chowani są w Rosji potajemnie. Oficjalnie armia rosyjska w tym konflikcie nie bierze udziału, a po stronie separatystów walczą tylko ochotnicy. W związku z zaangażowaniem się Rosji w wojnę w Syrii, część z nich została przerzucona na Bliski Wschód, ponosząc zresztą poważne straty w wyniku bombardowań amerykańskich.

Trzy lata od podpisania porozumienia w Mińsku można stwierdzić, że żaden z przyjętych tam punktów nie został w pełni zrealizowany. Ustały większe operacje wojenne, ale wzdłuż ustalonej w Mińsku strefy buforowej toczy się stale wojna pozycyjna. Żadna ze stron nie wycofała ciężkiego uzbrojenia, a ostatnio międzynarodowi obserwatorzy informują, że czołgi i broń rakietowa wróciły na pierwszą linię. Każdego dnia giną tam ludzie, ale świat przestał się tym interesować. Nie zostały także zrealizowane warunki polityczne, które miały umożliwić reintegrację Donbasu z Ukrainą. Ukraina miała znowelizować konstytucję w taki sposób, aby tereny kontrolowane przez separatystów otrzymały status specjalny. Moskwie chodzi o to, aby Kijów nie mógł podjąć żadnej strategicznej decyzji bez zgody Doniecka czy Ługańska. Dlatego projekt nowelizacji konstytucji został w ukraińskim parlamencie odrzucony.

Nowa faza konfliktu?

Ukraina od czterech lat jest w stanie wojny, której nigdy nie ogłosiła. Sytuacja ta miała poważne konsekwencje polityczne oraz wojskowe. Formalnie za działania w strefie konfliktu nie odpowiadały ukraińskie siły zbrojne, lecz Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, której podlegał sztab ATO. Nieraz dochodziło w związku z tym do sporów kompetencyjnych, co odbijało się na skuteczności działań prowadzonych w terenie. Na zewnątrz władze Ukrainy mówiły o rosyjskiej agresji, ale w polityce wewnętrznej postępowały tak, jakby chodziło o rozwiązania adekwatne do stanu wojny domowej, co tylko pogłębiało chaos polityczny oraz informacyjny i ułatwiało Rosji prowadzenie działań propagandowych, określanych mianem wojny hybrydowej.

Aby to przerwać, w styczniu bieżącego roku Rada Najwyższa Ukrainy przegłosowała ustawę o reintegracji Donbasu. Tereny kontrolowane przez separatystów zostały uznane za tymczasowo okupowane. Przyjęto szereg praktycznych rozwiązań, co jest istotne z punktu widzenia setek tysięcy mieszkańców Donbasu, żyjących pod władzą separatystów, a pobierających świadczenia socjalne od ukraińskiego państwa. Od 1 maja br. kontrolę nad terytoriami przylegającymi do linii rozgraniczenia w konflikcie z separatystami przejęło wojsko, kierowane przez Połączony Sztab Operacyjny Sił Zbrojnych Ukrainy. Jemu podlegają wszystkie siły i środki innych resortów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Kontroluje on także cywilno-wojskową administrację obwodów ługańskiego i donieckiego. Czy oznacza to intensyfikację działań bojowych? – Raczej nie – usłyszałem od jednego z ukraińskich ekspertów wojskowych. – Z punktu widzenia wojskowego ustawa nie wyznaczyła nowej strategii, zmieniała jedynie zasady organizacji operacji wojskowej w tym regionie.

Zmianę statusu operacji jasno wytłumaczył niedawno nominowany dowódca Połączonego Sztabu Sił Zbrojnych Ukrainy generał Serhij Najew. To on odtąd jest kluczową postacią w tym konflikcie. Jest nie tylko sztabowcem, ale ma także doświadczenie frontowe. Dowodzone przez niego jednostki walczyły m.in. o lotnisko w Doniecku. Zna języki obce i ma dobre relacje z kwaterą główną NATO, a przede wszystkim cieszy się zaufaniem prezydenta Petra Poroszenki. W publicznych wypowiedziach gen. Najew podkreśla, że przeciwnikiem w Donbasie nie są separatyści, ale jednostki kontrolowane przez dowództwo Południowego Okręgu Wojskowego Federacji Rosyjskiej. Stamtąd otrzymują uzbrojenie, amunicję, paliwo, pieniądze i żywność. Wszystkie stanowiska w ich wojsku – od dowódcy kompanii – zajmowane są przez rosyjskich oficerów. Zmiany oznaczają jednak, że większą odpowiedzialność polityczną za dalszy bieg wydarzeń bierze na siebie prezydent Petro Poroszenko, zwierzchnik ukraińskich sił zbrojnych i – jak usłyszałem od ukraińskich rozmówców – inicjator tych zmian.

– Dlaczego Ukraina nie ogłosi po prostu, że jest w stanie wojny z Rosją – pytałem. – To nie jest takie proste. Poroszenko jest przekonany, że bez pomocy Stanów Zjednoczonych oraz Unii Europejskiej konfliktu w Donbasie nie wygra – usłyszałem od ukraińskiego eksperta współpracującego z Gwardią Narodową. – Dlatego stara się kluczyć między Waszyngtonem i Brukselą, a tam nikt nie chce otwartego konfliktu z Rosją. Stwierdzenie, że Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, oznaczałoby zerwanie z nią wszelkich kontaktów dyplomatycznych, a tego nie chcą na Zachodzie, ale także na Ukrainie – podkreśla mój rozmówca.

Podczas swych wypraw na Ukrainę nieraz słyszałem, że na tej wojnie niektórzy całkiem dobrze zarabiają, także po stronie ukraińskiej. Nie chodzi tylko o prorosyjsko nastawionych oligarchów, których nieformalny wpływ na życie polityczne kraju jest ogromny. Nie można zapominać, że Rosja jest krajem, do którego kieruje się wielka fala ukraińskiej migracji zawodowej. Obecnie w Rosji mieszka ponad 3 mln Ukraińców, czyli co 12. obywatel państwa ukraińskiego. Dlatego Ukraina nie może sobie pozwolić na otwarty konflikt z Rosją, którego na polu walki i tak wygrać nie jest w stanie. Będzie więc trwał dyplomatyczny kontredans, w którym pojawią się nowe terminy, ale niewiele będzie z tego wynikało. Zgoda Putina będzie konieczna dla wprowadzenia na teren Donbasu sił pokojowych ONZ, o co od dawna zabiega prezydent Poroszenko, wysyłając jasny sygnał do opinii międzynarodowej, że rozwiązania konfliktu będzie szukał na drodze pokojowej, a nie konfrontacji zbrojnej. Jedno jest pewne, Władimir Putin, który właśnie zaczął kolejną kadencję, separatystów w Donbasie nie opuści. Za rok na Ukrainie odbędą się wybory prezydenckie i Moskwa czeka na ich rozstrzygnięcie, aby ze zwycięzcą rozmawiać o zakończeniu tej wojny.•

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji