Nowy numer 25/2018 Archiwum

Lisowczycy w natarciu

Polska sztafeta męska 4 x 400 metrów zszokowała lekkoatletyczny świat, zdobywając złoty medal i bijąc rekord globu na Halowych Mistrzostwach LA w Birmingham.

Przecież nie będę kłamał, że o czymś takim marzyłem. Fuks, kosmos, przypadek (…), dopiero po chwili spojrzałem na stoper i pomyślałem, że coś się nie zgadza – szczerze przyznał po zwycięskim biegu trener naszej sztafety Józef Lisowski w wywiadzie dla TVP Sport. – Chcieliśmy skromnie odzyskać rekord Europy, a tu rekord świata – dodał Łukasz Krawczuk, członek zwycięskiej czwórki. Osiągnięcie Karola Zalewskiego, Rafała Omelki, Łukasza Krawczuka i Jakuba Krzewiny było tak niezwykłe, że w pierwszych wywiadach z polskimi biegaczami nad radością przeważało zdumienie. Prześcignięcie Amerykanów i ustanowienie halowego rekordu świata, z czasem 3:01:77, trener Lisowski porównał do „zwycięstwa białych koszykarzy z gwiazdami NBA”. Rekord odbił się echem na całym świecie. Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna pisała na swojej stronie o „jednej z największych niespodzianek w historii halowych mistrzostw świata”. Ale to również owoc ciężkiej pracy i konsekwencji polskiej myśli szkoleniowej w sztafecie.

Szczęściu trzeba pomóc

Po pierwszych komentarzach pełnych niedowierzania nastąpiły pełne uznania głosy ekspertów chwalących perfekcyjnie wykonany technicznie i rozegrany taktycznie bieg Polaków. Zsumowanie wyników naszych biegaczy w indywidualnych startach na HMŚ nie pozwalałoby marzyć o złotym medalu. Żaden z Biało-Czerwonych nie awansował nawet do finału biegu na 400 m. W sztafecie wszystko wyglądało inaczej. Polacy od początku biegli równym, mocnym tempem. Bezbłędnie przeprowadzali zmiany i uniknęli nadepnięcia na sąsiedni tor, co skutkowałoby natychmiastową dyskwalifikacją.

Biegnący jako pierwszy Karol Zalewski wypracował drugą pozycję, Rafał Omelko utrzymał miejsce i odparł atak rywala z Trynidadu i Tobago, podobnie Łukasz Krawczuk, który biegł z takim poświęceniem, że później wymiotował ze zmęczenia koło bieżni. Wszystkich zaszokował Jakub Krzewina, startujący jako ostatni, niesamowitym sprintem na końcu. Wyprzedził Amerykanina Vernona Norwooda i dał Polakom złoto oraz rekord świata. Znowu objawiło się też trenerskie doświadczenie Józefa Lisowskiego. 17 lat temu na halowych mistrzostwach świata w Lizbonie Polacy zdobyli złoto w identyczny sposób.

Najszybszy patriota

Omelko, Krawczuk i Krzewina (wszyscy rocznik 1989) startują razem od kilku lat. Cała trójka trenuje we Wrocławiu. Krawczuk i Krzewina są zatrudnieni na etatach szeregowych Wojska Polskiego. Najmłodszy w drużynie Karol Zalewski (1993) pochodzi z Reszla w województwie warmińsko-mazurskim i jest zawodnikiem olsztyńskiego AZS UWM. Dotychczas ich największym sukcesem był brązowy medal mistrzostw Europy w Zurychu w 2014 r.

W ostatnich dniach najwięcej uwagi poświęcano Jakubowi Krzewinie. Jego kariera naznaczona jest wzlotami, upadkami oraz walką z pasmem kontuzji. W 2014 r. biegł w sztafecie, która zdobyła brąz w Zurychu, zaraz potem rozpoczęły się jednak problemy z urazami. W 2015 r. obwiniał się o niepowodzenie na halowych mistrzostwach Europy w Pradze. Stracił prowadzenie na ostatniej zmianie na rzecz Belgów i ostatecznie Polacy zdobyli „tylko” srebro. Aby wrócić do biegania na najwyższym poziomie, poddał się operacji kręgosłupa, lecz później pojawiły się kolejne problemy, tym razem z mięśniami uda. Rok temu kariera Krzewiny znalazła się na zakręcie. Słabe wyniki spowodowały, że nie pojechał na lekkoatletyczne mistrzostwa świata do Londynu. Trener Lisowski wybrał młodszych zawodników. Zmiana indywidualnego trenera i zwyżka formy zaowocowały powrotem do kadry i wielkim sukcesem.

Pochodzący z Kruszwicy na Kujawach Jakub Krzewina jest też znany w świecie polskiego sportu jako żarliwy patriota. W 2014 r. oznajmił na konferencji po mistrzostwach w Zurychu: „Bóg, Honor, Ojczyzna. To moje hasło, moje wartości życiowe. Z orzełkiem na piersi biega mi się jeszcze lepiej”. Dewizę tę ma również wytatuowaną na ciele. Uwagę przyciąga zresztą kilka innych tatuaży, m.in. „wrzesień 39”, „chwała wielkiej Polsce” oraz kotwica – symbol Polski Walczącej. Historia naszego kraju, szczególnie z okresu II wojny światowej, to jedna z jego największych pasji. – Wciągnęła mnie od razu, pierwsza lekcja tak mnie zaciekawiła, że później o historyczne wydarzenia wypytywałem dziadka. Dużo mi opowiadał, często spędzaliśmy czas – mówił Jakub Krzewina.

Nawiązać do złotej generacji

Sukces sztafety w Birmingham wskrzesił chętnie używany kiedyś przez polskie media przydomek „Lisowczycy”, biorący się od trenera Józefa Lisowskiego. Z kadrą związany jest on od blisko ćwierćwiecza. Posadę objął w 1994 r. Obecnie każdy z biegaczy ma własnych szkoleniowców i kluby, lecz Lisowski niezmiennie pozostaje selekcjonerem, menedżerem oraz głównym strategiem.

Kibice liczą, że czwórka halowych rekordzistów świata powtórzy lub nawet pobije osiągnięcia najsłynniejszej generacji Lisowczyków. Robert Maćkowiak, Piotr Rysiukiewicz, Piotr Haczek, Jacek Bocian i Marcin Marciniszyn na przełomie wieków XX i XXI tworzyli sztafetę stale plasującą się w ścisłej czołówce lekkoatletycznych turniejów. W mistrzostwach świata w latach 1997, 1999 i 2001 zajmowali kolejno: trzecie, drugie i czwarte miejsce. Toczyli równą walkę z Amerykanami. Po latach okazało się, że sztafeta z USA stosowała doping, więc za MŚ 1999 i 2001 przyznano Polakom złoty i brązowy medal.

Cieniem na tej wspaniałej generacji kładzie się historia z letnich igrzysk olimpijskich Sydney 2000. Biało-Czerwoni jechali do Australii z ogromnymi oczekiwaniami. Zgodnie z planem awansowali do finału. Tam prowadzili nawet na pierwszej zmianie, lecz później Robert Maćkowiak wywrócił się o pudło pozostawione na jego torze przez zaniedbanie organizatorów. Skończyło się 6. miejscem i wielkim niedosytem. Przez kolejne lata dużo rzadziej osiągano sukcesy – były jeszcze tytuły na halowych mistrzostwach świata i Europy, ale na otwartych stadionach już tylko brązowe medale MŚ w 2007 (co ciekawe, członkiem tej drużyny, biegnącym w eliminacjach, był obecny minister sportu Witold Bańka) i ME w 2014 r.

Apetyt rośnie

Radość po zawodach w Birmingham panuje nie tylko wśród sztafety, ale w całej kadrze lekkoatletycznej. To były najbardziej udane halowe mistrzostwa świata w historii. Polacy zdobyli aż 5 medali (oprócz złota 4 x 400 m – także złoto Adama Kszczota na 800 m, srebro kobiecej sztafety 4 x 400 m, srebro Marcina Lewandowskiego na 1500 m oraz brąz Piotra Liska w skoku o tyczce) i w generalnej klasyfikacji znaleźli się na III miejscu, ustępując jedynie Stanom Zjednoczonym oraz Etiopii. W świetle równie udanych lekkoatletycznych mistrzostw świata w latach 2015 i 2017, gdy Polacy zdobyli po 8 medali, kibice i dziennikarze po cichu liczą, że uda się nawiązać do najlepszego w ostatnich dekadach olimpijskiego występu w Sydney, gdy nasi lekkoatleci uzbierali aż 4 złote krążki.•

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji