Nowy numer 33/2018 Archiwum

W szkicowniku

O diagnozie, Alusiu i płatku róży opowiada Mirosława Kostyła.

Barbara Gruszka-Zych: O przeziębieniu łatwo mówić. O ciężkiej chorobie trudno nawet myśleć.

Mirosława Kostyła: Kiedy zdrowi dowiadują się, że ktoś zachorował na raka, przychodzi im na myśl, że jest skazany. Kiedy znalazłam się na oddziale onkologicznym, pytałam samą siebie: „Co ja tutaj robię? Chyba nie podpisano na mnie wyroku”. Większość osób, które biorą ze mną chemię, jest dużo starszych. Rzadko spotykam kogoś w moim wieku.

Kobiety nie pyta się o wiek…

Mam 45 lat, zaczęłam chorować niecałe dwa lata temu.

Jak często przebywa Pani w szpitalu?

Od października zeszłego roku raz na dwa, trzy tygodnie.

Lekarze przygotowali Panią na diagnozę?

Nie. Od razu stwierdzili, że nie mam szansy na wyleczenie.

Przecież tego nie wie nawet najlepszy lekarz. Tak nikomu nie można mówić.

Dlatego pomyślałam o innym lekarzu i już pierwszego dnia zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańską. Przyszło mi to łatwo, bo od lat należę do Żywego Różańca. Natychmiast otrzymałam pomoc, bo zamiast myśleć o chorobie, skupiałam się na tajemnicach różańcowych.

Wśród nich są tajemnice radosne…

To było dla mnie największe wyzwanie. Myślałam wtedy: co radosnego może mnie jeszcze spotkać? Czekała mnie operacja, bałam się tego, co stanie się z trójką naszych dzieci. Mój mąż Jacek śmieje się, że przyzwyczailiśmy się rozwiązywać wszystkie problemy wychowawcze naraz, bo mamy dzieci w szerokim przekroju wiekowym. Najstarsza córka jest studentką, średnia uczy się w gimnazjum, a sześcioletni syn chodzi do przedszkola. Któregoś dnia weszłam do katedry sosnowieckiej pełna troski o moje dzieci, żeby adorować Chrystusa. I wtedy usłyszałam uspokajający głos w sercu: „Nie martw się, ja się twoimi dziećmi zaopiekuję”.

Rozmawia Pani z dziećmi o swojej chorobie?

Ze starszymi córkami tak. Kilka razy poruszyłam też ten temat z Alusiem. Prosiłam, żeby nigdy nie pomyślał, że mnie przy nim nie ma. Nawet gdy mnie kiedyś tutaj zabraknie. Żeby wiedział, że jestem albo w czyśćcu, albo w niebie, oby nie w piekle. Żeby się za mnie modlił.

Jak przyjmuje to Aluś?

Kiedy przedwczoraj wróciłam ze szpitala, spytał: „Gdzie byłaś tak długo? Jakbyś nie wróciła, szukałbym cię po całej ziemi”.

Trudno powstrzymać łzy, jak się to słyszy.

A jednak przy nim nie chcę płakać. Z perspektywy tych kilku lat widzę, że najlepszym lekarstwem na moją chorobę jest Aluś. Nie mogę się zakopać pod poduszki, bo on rano wstaje uśmiechnięty i chce gdzieś iść, bawić się. Ten maluch przez ostatnie dwa lata z sukcesem uczy mnie angielskiego. Ostatnio leżałam w szpitalu na sali z Nigeryjką i bardzo przydał mi się ten język. Choć, tłumacząc innych, zauważyłam, że tak naprawdę słowa są w drugiej kolejności. Najbardziej liczy się serce. Codziennie podczas tej mojej drogi krzyżowej proszę Pana Jezusa o jeszcze jeden dzień z moimi dziećmi.

Idzie Pani drogą krzyżową?

Jestem przekonana, że doświadczam tego, co Jezus niosący krzyż. Zwykle na początku choroby wszyscy boją się krzyża i nieustannie modlą się o uzdrowienie. Dla mnie też najgorszy był początek. Miałam wtedy wrażenie, że jedną ręką jestem przybita do krzyża. Chciałam się od niego oderwać, ale nie potrafiłam. Wydawało mi się, że jak się gorliwie pomodlę, to choroba zniknie. Ale tak się nie działo. Od razu zwróciłam się z prośbą o modlitwę do sióstr karmelitanek w Sosnowcu i sama zaczęłam prosić o zdrowie za wstawiennictwem matki Teresy Kierocińskiej. Przez cały ten czas udało nam się być z mężem 12. dnia każdego miesiąca na Mszy św. o jej wyniesienie na ołtarze. To było wzruszające, kiedy koleżanki z Żywego Różańca, dowiedziawszy się o mojej diagnozie, zostały po spotkaniu i zaczęły się za mnie modlić.

To działało?

Niestety, było coraz gorzej. Kiedy zaczęłam gwałtownie chudnąć, byłam przekonana, że droga prowadzi mnie w jedną stronę. Ale w pewnym momencie ku mojemu zdziwieniu zdrowie zaczęło się poprawiać. Dziś czuję się tak, jakbym wcale nie była chora i staram się normalnie funkcjonować. Żyję już niemal dwa lata, których mi nie dawano. W chorobie inaczej odbiera się czas. Teraz każdy dzień znaczy wiele. Aczkolwiek nie sposób stale być idealnym, całkowicie unikać upadków…

…które zdarzają się każdemu niezależnie od tego, czy jest chory, czy nie.

Nie tylko sama idę drogą krzyżową, ale uczestniczę też w drodze krzyżowej innych. Chciałabym im wszystkim powiedzieć, żeby nie szukali pomocy poza Kościołem. W Kościele mamy wszystko – modlitwę o uzdrowienie, sakrament chorych, spowiedź, Eucharystię. Zauważyłam, że kiedy idziemy drogą, którą nam Pan Jezus wyznacza, dostajemy potrzebną łaskę na każdy dzień. Zawsze mówię: „Trzymaj się spódnicy Matki Bożej, a nie zginiesz”.

Czy można zaakceptować swoją chorobę?

Kiedy widzi się jej owoce, to człowiek myśli, że chciałby je mieć, ale lepiej, żeby przyszły bez niej. Ale może w inny sposób nie dałoby się w nas czegoś zmienić na lepsze?

Jakie są owoce Pani choroby?

Otworzyła mi oczy na cierpienie innych ludzi. Zawsze odnosiłam do siebie ewangeliczną historię niewidomego żebraka Bartymeusza. Kiedy go uciszali, krzyczał jeszcze głośniej: „Jezu, ulituj się nade mną!”. Aż Jezus zapytał: „Co chcesz, żebym ci uczynił?”. „Chcę, abym przejrzał” – odpowiedział i został uzdrowiony. Już raz w moim życiu Pan Jezus przywrócił mi wzrok, kiedy przed laty radykalnie się nawróciłam. Teraz, po raz drugi, otworzył mi oczy na cierpienie innych. Dopiero gdy w nie weszłam, zobaczyłam, czym jest naprawdę.

A czym jest?

Na początku miałam wrażenie, że jest czymś nie do przejścia. Sporo chorych onkologicznie, szczególnie młodszych, powiedziało mi, że są na nie za słabi. Kiedy niedawno nagle zmarł mój znajomy, przyszła mi do głowy myśl, z serii tych „nie od siebie”, że może mogłabym umrzeć tak jak on – niespodziewanie i może poszłabym do nieba. „Ale może musisz tu jeszcze pobyć i pocierpieć dla mnie” – usłyszałam głos gdzieś w sercu. Przez cierpienie Pan Jezus przygotowuje nas do czystości serca.

Ma Pani jeszcze inne „zyski” z chorowania?

Dopiero w chorobie, kiedy odkryłam krótszą perspektywę, nauczyłam się rzeczywiście przebaczać. Zdałam sobie sprawę, że nie powinniśmy wymagać, żeby inni byli idealni, i szukać u ludzi, nawet najbliższych, miłości tak dużej, jaką może dać tylko Bóg.

Czyli zdarzają się cuda – otrzymuje Pani od Boga dary tam, gdzie pozornie widać straty.

To się dzieje nieustannie. Podczas tej choroby Pan Jezus zrobił mi wiele niespodzianek.

Nie mówi Pani, że to zbiegi okoliczności?

To się wszystko tak układa, że nikt nie uwierzy w tyle zbiegów okoliczności. Pan Jezus zna nasze marzenia i spełnia nawet te najmniejsze.

Jakie Pani spełnił?

Jako dziewczynka marzyłam, żeby sypać kwiaty w procesji, ale nie udało się. W czasie mojej choroby s. Fidelis przygotowała adorację Najświętszego Sakramentu u sióstr karmelitanek. Każdy dostał różę i jej płatkami obsypywał Pana Jezusa. To było spełnienie marzenia, o którym prawie zapomniałam. Odrywając płatki, zobaczyłam, że każdy ma taki kształt, jakby ktoś go uformował palcem. „To palec Boży – pomyślałam. – Jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo”. Innym razem to było całkiem małe życzenie. Zawsze chciałam być na konkursie śląskiej gwary. W szpitalu okazało się, że leży ze mną pani, która brała w nim udział. Takich wydarzeń było dziesiątki.

Rozmawia Pani o tym z innymi chorymi?

W szpitalu rozmawia się o życiu poważniej. To pomaga chorym przejść przez chorobę. Wielu mówi o swojej wierze. Często leżące ze mną panie wspominały swoje babcie, które uczyły je pierwszych modlitw. Ostatnio jedna chora pokazała mi różaniec, który dostała od swojej 90-letniej babci.

Pani też nosi ze sobą różaniec?

Zawsze. Ostatnio, żegnając się z Nigeryjką, podarowałam jej swój, już bardzo omodlony. Czułam, że nie zostawiam jej samej.

Czy można powiedzieć, że Pan Bóg ma łatwiejszy wstęp do człowieka, który cierpi?

Na pewno tak, choć zauważyłam, że często ludzie koncentrują się na zachowaniu tego życia, które mieli do tej pory. Jednak większość chciałaby po prostu zobaczyć żywego Pana Jezusa obok siebie. Kiedy jednej pani zadałam wprost pytanie: „Czy chciałaby pani, żeby Pan Jezus wziął panią za rękę?”, bez wahania odpowiedziała, że tak. On do nas przychodzi, często przez ludzi, których stawia na naszej drodze. Podczas pierwszej fazy leczenia, kiedy byłam na granicy załamania i prosiłam Go o jakiś znak, doświadczyłam takiego odczucia Bożej bliskości. To nie był sen ani jawa, ale został mi w głowie obraz Jezusa, który klęka i głaszcze mnie po głowie. Poczułam wtedy, jakby wszystkie moje rany się zagoiły. Zobaczyłam, że On jest samym dobrem i pomyślałam, że mogę być podobna do Niego.

Jest pani malarką. Co ostatnio Pani namalowała?

Tuż przed chorobą zrobiłam szkic obrazu Jezusa Miłosiernego. Po powrocie ze szpitala prosiłam męża, żeby to on dokończył obraz, bo też maluje. Okazało się, że jednak to ja go skończyłam i namalowałam jeszcze kilka innych. Ostatnio kwiaty dla mojego wujka. Podczas choroby dowiedziałam się też, że naprawdę lubię malować, bo miałam wątpliwości. Kiedy obolała po operacji wzięłam szkicownik i rysowałam, ku mojemu zdziwieniu poczułam ulgę... ból zniknął.•

Mirosława Kostyła

malarka, plakacistka, ilustratoRka. Mama trójki dzieci.

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji