Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Post musi zaboleć!

O potrzebie postu w życiu współczesnego człowieka mówi Marek Zaremba, dietoterapeuta, autor książki „Boży skalpel”.

Maciej Kalbarczyk: Hejterzy piszą o Panu: „dietetyk wyrwany z oazy”, „autor przepisów podlanych kościelnym sosem”. Trudno Panu łączyć pracę dietoterapeuty z chrześcijaństwem?

Marek Zaremba: Nie potrafiłbym oddzielić wiary od mojej pracy zawodowej, byłbym jak drzewo, które odcina własne gałęzie. Doświadczyłem od Chrystusa wiele miłosierdzia. Wierzę, że moje życie należy do Niego, nie mógłbym nie dzielić się tą radością z innymi. Wyspecjalizowałem się w medycynie klasztornej św. Hildegardy z Bingen. To odpowiedź na wiele współczesnych problemów. Na co dzień obserwuję, jak ludzie popadają w różne obsesje dietetyczne, nie potrafią złapać równowagi w życiu, tracą swoją chrześcijańską tożsamość. Zamiast niej wybierają New Age i inne podobne praktyki. Wiem, jakie są niebezpieczne, bo sam się o nie otarłem.

W swojej książce podkreśla Pan, że receptą na uzdrowienie jest post.

Zgadza się, doświadczenie słabości i kruchości prowadzi do wewnętrznego oczyszczenia. W poście nie chodzi przecież o powstrzymywanie się od jedzenia, tylko o szukanie sytości w Bogu. Poszcząc, wchodzimy do namiotu spotkania ze Stwórcą, doświadczamy Jego bliskości. Możemy całkowicie otworzyć nasze serca, uznać, że to On jest lekarzem, który widzi naszą pożądliwość, pychę i uzależnienia. Sam najczęściej poszczę w piątek, szukając zjednoczenia z męką Chrystusa. Owocem tego jest pokój serca, łagodność, odnowa relacji małżeńskich. Moje dzieci powtarzają, że odkąd poszczę i odmawiam Różaniec, jestem najlepszym tatą na świecie. To dla mnie dowód na to, że naprawdę warto.

Skoro post przynosi konkretne owoce, dlaczego świat uznaje go za bezsensowny?

Bo jest niewygodny. W nasze życie wkradł się hedonizm, który dotyczy także ludzi wierzących. Jako chrześcijanom łatwo nam spędzać czas z Jezusem na słodkich uwielbieniach, a dużo trudniej podjąć decyzję o zrezygnowaniu z przyjemności. We współczesnych czasach post został złagodzony, co niestety często prowadzi do wyparcia elementu duchowego. Zaczęliśmy się skupiać wyłącznie na aspektach fizycznych, a post nie może być przecież kolejną dietą. W obliczu społecznej hipokryzji i demoralizacji jest nam potrzebny do odnowy duchowej. Jako kraj mamy w tym względzie wspaniałe tradycje, do których warto wracać. W XVII-wiecznej Polsce poszczono prawie sto dni w roku. Zarówno szlachta, jak i chłopstwo umartwiali swoje ciała dzień przed każdym świętem. Z podań historycznych wiemy, że kilkaset lat wcześniej Piastowie przez cały Wielki Post spożywali tylko kaszę gryczaną. Poszczono także o chlebie i wodzie.

Współcześnie częściej wybieramy mniej dotkliwe formy postu, np. nie jemy słodyczy. To za mało?

Niekoniecznie. Niektórzy są uzależnieni od słodyczy i rezygnacja z nich jest dla nich wielkim cierpieniem. Weryfikacją postu jest jednak zawsze poziom uwolnienia od rzeczy, z której rezygnujemy. Jeżeli co roku w Wielkim Poście odmawiamy sobie słodyczy, a przez dziesięć miesięcy dalej się nimi objadamy, to oznacza, że to nie był post, tylko improwizacja. Post musi nas zaboleć i zaszczepić w nas cnotę umiarkowania, która będzie nam towarzyszyć przez całe życie. Jeśli mamy świadomość, że naszą wadą jest słabość do ulubionej kawy, gier komputerowych czy surfowania po internecie, to powinniśmy ograniczyć te przyjemności na stałe, a nie tylko tymczasowo. Będzie bolało, ale Jezus zapewnia nas, że przeżywając cierpienia w jedności z Nim, osiągniemy radość. W Ewangelii napisano zresztą: „Gdy pościcie, nie bądźcie posępni”. Dostaliśmy od Chrystusa obietnicę, że za sprawą postu i modlitwy nasze jarzmo stanie się słodkie, a brzemię lekkie.

Załóżmy, że mamy w sobie gotowość do podjęcia postu. Od czego powinniśmy zacząć?

Przede wszystkim trzeba stanąć w prawdzie i zadać sobie pytanie: po co mi ten post? To nie może być zwykła walka z głodem. A jeśli podejdziemy do tego właśnie w ten sposób, to demon bardzo szybko to wykorzysta i ulegniemy pokusie. W takiej sytuacji będziemy tylko odliczać minuty do zakończenia tej wielkiej męczarni, a później znowu zjemy do syta. Dlatego warto zacząć od intencji, w której mamy zamiar pościć. Ona na pewno zmobilizuje nas do trwania w podjętym postanowieniu. Koniecznie trzeba także pamiętać o tym, że post jest wyrzeczeniem podejmowanym w jedności z Bogiem. Powinniśmy prosić Pana o łaskę. On wspiera wszystkich, którzy starają się praktykować post. Zanim jednak zaczniemy, trzeba ocenić stan swojego zdrowia i dostosować do niego formę postu.

Na początku najtrudniejszy wydaje się strach przed głodem. Jak go pokonać?

Lęk przed głodem jest zawsze większy od samego głodu. Rozpoczynając post, sami szybko się o tym przekonamy. Podczas tygodniowych rekolekcji, które prowadzę w około 30-osobowych grupach, w czwartym lub piątym dniu zachęcam ludzi do całodziennego postu monodietetycznego, czyli spożywania np. samej kaszy. Okazuje się, że większości przychodzi to z dużą łatwością, chociaż kilka dni wcześniej byli przekonani, że nie podołają tak trudnemu zadaniu. Żeby pokonać pokusę rezygnacji z postu, warto wybrać sobie patrona, którego będziemy prosić o pomoc. Mój święty, do którego się modlę, to Jan Maria Vianney z Ars, który dzięki wyrzeczeniom dostąpił wielu łask. Zwracam się o pomoc także do św. Faustyny, św. Jana Pawła II i Matki Bożej, która nieustannie przypomina nam o pokucie, poście i modlitwie różańcowej. Zawsze dostaję wsparcie z góry, nigdy się nie zawiodłem.

Kościół przestrzega przed tym, żeby post nie zamienił się w dietę. Czy w jakiś sposób można jednak łączyć te dwie praktyki?

W pewnym sensie tak, ale liczą się intencje. Święta Hildegarda przypomina nam, że ciało jest tabernakulum dla duszy, powinniśmy dbać o zdrowie wszystkich jego części. Do zgłębiania Bożych tajemnic szczególnie potrzebny jest nam trzeźwy umysł. Takim z całą pewnością nie dysponuje człowiek, który notorycznie się przejada. Rządzą nim frustracja i zmęczenie. Jeśli chce otworzyć się na Boga, musi zacząć pościć. Przy właściwym podejściu do sprawy zrzucenie kilogramów będzie tylko efektem ubocznym. Fakt, że poszcząc, odzyskuje siły witalne, a jego organizm przeżywa drugą młodość, absolutnie nie jest niczym złym. To wręcz fascynujące. W Księdze Izajasza Bóg złożył nam obietnicę: „Pan cię zawsze prowadzić będzie, nasyci duszę twoją na pustkowiach. Odmłodzi twoje kości”. Kiedy pościmy, Bóg leczy zarówno naszą duszę, jak i ciało.

Post to wyjście na pustynię, a Bóg przychodzi w ciszy. Jak znaleźć przestrzeń do rozmowy z Nim w tak hałaśliwych czasach?

Rzeczywiście, dzisiaj jesteśmy nieustannie bombardowani różnymi bodźcami. Ciągle odbieramy e-maile, telefony, SMS-y, docierają do nas różne dźwięki. Post jest jednak doskonałą okazją do odnalezienia w swoim życiu ciszy. Przez 40 dni prowadziłem dziennik, który dołączyłem do mojej książki. Chciałem przekonać czytelnika, że poszcząc, można prowadzić całkiem normalne życie: pracować, odpoczywać, podróżować. Pościłem w różnych miejscach i w różnych sytuacjach, nie tracąc kontaktu ze światem. Ta wewnętrzna cisza, która pojawia się wtedy, kiedy jestem skupiony na Bogu, to wielka łaska, z którą należy umieć współpracować. Post jest aktem naszej woli, sami decydujemy o tym, że chcemy znaleźć przestrzeń na rozmowę z naszym Panem. Jeśli nie mamy w sobie tego pragnienia, to każde wyrzeczenie będzie stratą czasu.

Napisał Pan, że postu i modlitwy trzeba używać jak ładowarki do telefonu. Co miał Pan na myśli?

Współczesny człowiek, chociaż ma właściwie nieograniczony dostęp do Ewangelii, za mało czasu poświęca Bogu. Wielu z nas słucha rekolekcjonistów w internecie, ale często nie przynosi to żadnych owoców. Żeby coś zmienić, trzeba podłączyć się do życia sakramentalnego. Żywego Boga możemy spotkać w kościele podczas Mszy św. Naszym celem powinno być dojście do stołu eucharystycznego i zrozumienie jego tajemnicy. Żeby tam dotrzeć, potrzebujemy energii, konkretnego oręża do walki duchowej, czyli właśnie postu. Regularnie ładując nasze duchowe smartfony, stworzymy przestrzeń dla Boga.

Postu potrzebujemy więc nie tylko w okresie poprzedzającym Wielkanoc?

Tak, post nie jest żadnym luksusem, ale koniecznością. Ewangelia uczy nas modlitwy, postu i jałmużny. To trzy nieodłączne elementy życia chrześcijanina. Jako dietetyk wybrałem jałmużnę z mojego czasu. W dni, w które poszczę, udzielam zawsze bezpłatnych konsultacji. To dla mnie trudne, ale wierzę, że zgodnie z tym, co powiedział Pan Jezus, największym darem miłości, który możemy dać drugiemu, jest nasze życie, nasz czas. W ten sposób odrywam się od konsumpcjonizmu. Nie odcinam sobie prądu, nie wyrzucam telefonu, korzystam ze wszystkiego, ale odkrywam właściwą miarę. To droga do tego, żeby żyć w pokoju i w jedności z Bogiem.•

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji