Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Historyczny tasiemiec

Kazimierz, jedyny polski król z przydomkiem Wielki, z pewnością zasługiwał na więcej, ale dobre i to, co mamy, czyli „Korona królów”.

Syn Władysława Łokietka był postacią niezwykle barwną i psychologicznie skomplikowaną. Wszyscy wiemy, że „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną”, ale niewiele więcej. „Korona królów” daje nam szansę, by lepiej poznać władcę, jego osiągnięcia i epokę, w której żył. Dla scenarzystów to także gratka, bo Kazimierz nie był postacią z pomnika, przed którą należy padać na kolana. Jego polityczne osiągnięcia są niepodważalne, natomiast życie osobiste trudno określić jako przykładne. Romanse, nieślubne dzieci czy straszliwa tragedia, do jakiej z jego przyczyny doszło na Węgrzech, niewątpliwie kładą się cieniem na jego postaci. Był znakomitym dyplomatą, znał możliwości kraju, którym rządził, i potrafił trafnie ocenić sytuację polityczną, w jakiej w danym momencie się znajdował. Jednocześnie był człowiekiem zdecydowanym i czasem okrutnym. Miejmy nadzieję, że to wszystko znajdzie przynajmniej częściowe odbicie w „Koronie królów”.

Ambitne zamierzenie

Telenowela, bo taką telewizyjną formułę wybrali twórcy, nie jest pierwszym filmem poświęconym władcy. W 1975 roku powstał „Kazimierz Wielki” Ewy i Czesława Petelskich z Krzysztofem Chamcem w roli tytułowej. Była to historyczna superprodukcja, w której zagrało ponad 100 aktorów, wykorzystano kilkaset koni i tysiące rekwizytów. Zdjęcia kręcono nie tylko w Gdańsku i Krakowie, ale również za granicą, m.in. w czechosłowackim Żvikovie, Carcasonne we Francji i Quedlinburgu w Niemczech. Historię króla poznajemy tam z jego wspomnień snutych na łożu śmierci po tragicznym upadku z konia. To właściwie spowiedź, która przedstawia osiągnięcia i porażki, jakie stały się jego udziałem w czasie prawie 37 lat panowania.

Telenowela, czyli wieloodcinkowy tasiemiec, należy do najchętniej oglądanych programów telewizyjnych. Nic dziwnego, że stacje telewizyjne, dla których oglądalność jest wyznacznikiem sukcesu, produkują ich mnóstwo. Nadawane są codziennie, a ich autorzy mają niewiele czasu na nakręcenie poszczególnych odcinków. Panuje tu zasada: tanio i efektownie. Z pewnością reguła ta obowiązuje również przy realizacji kolejnych odcinków „Korony królów”. Jednak twórcy porwali się na dzieło bardziej ambitne, tworząc telenowelę historyczną. Uważam, że telewizja publiczna, realizując „Koronę królów”, poszła w dobrym kierunku. Skoro nie stać nas na serial historyczny w rodzaju „Królowej Bony”, „Czarnych chmur” czy „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”, wybór telenowelowej formuły był jak najbardziej słuszny. Oczywiście wiąże się to z pewnymi ograniczeniami, bo z powodu finansowej mizerii trudno było liczyć, jak sugerowały wypowiedzi szefa telewizji, na produkcję w rodzaju zrealizowanego z rozmachem tureckiego „Wspaniałego stulecia”. Kompletnym nieporozumieniem było porównywanie „Korony królów” do „Gry o tron”, która jest serialem, ale przecież nie historycznym, tylko fantasy.

Ocena „Korony” po obejrzeniu pierwszych sześciu odcinków jest zadaniem ryzykownym. Nie wiemy, czy twórcy w miarę rozwoju akcji dostrzegą popełnione przez siebie błędy. A jest ich sporo, nie tylko scenariuszowych.

Trudne zadanie mieli scenografowie, w tym Andrzej Haliński, autor scenografii do m.in. „Królowej Bony” i „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny”. Tu od razu rzuca się w oczy, że akcja telenoweli toczy się w ograniczonej przestrzeni, a scenografia jest ascetyczna, jeżeli nie wręcz uboga. Kamera wychodzi od czasu do czasu w plener, chociaż najczęściej oglądamy w nim zamkowych strażników i most, którym do twierdzy przybywają goście. Ciasne zamkowe wnętrza sprawiają wręcz klaustrofobiczne wrażenie. Można zrozumieć, że wynika to z ograniczonych środków, ale skoro „Korona królów” przewidziana jest na wiele odcinków, a może i na lata, to przeznaczenie większych nakładów na porządną, wybudowaną dla potrzeb filmu scenografię byłoby inwestycją jak najbardziej sensowną. Docenić należy pracę kostiumologów, bo barwne i wystawne stroje wpadają w oko. Robienie afery z powodu chusty barwionej syntetycznym barwnikiem to z pewnością przesada.

Scenariuszowe niedoróbki

Finansową biedą nie można jednak tłumaczyć niedoróbek scenariuszowych. A tych w pierwszych odcinkach jest wiele. Poszczególne wątki posklejane zostały na chybił trafił, a widz nie jest w stanie zorientować się, o co tak naprawdę chodzi. Mało wyraziście zarysowane zostały też postaci głównych bohaterów, są po prostu nijakie. W produkcji, w której większość uczestników ma swoje historyczne odpowiedniki, to poważny błąd i miejmy nadzieję, że w kolejnych odcinkach będzie lepiej. Trudno zrozumieć, dlaczego w pierwszym odcinku telenoweli wyświetlanej w porze dobranocki pojawia się goła księżniczka Aldona i jakie to ma znaczenie w rozwoju akcji. Rażą również uproszczenia, a czasem komiczne wprost sposoby prowadzenia niektórych wątków, np. trucicielskiego spisku z czwartego odcinka. Przypomina to rozwiązania rodem z jakiejś przeznaczonej dla dzieci animacji w rodzaju „Porwanie Baltazara Gąbki”. Można też zapytać, jaki sens ma misja księcia Olgierda wezwanego przez Aldonę na dwór królewski... Prócz scenariuszowych niedoróbek odpychają też sztywne dialogi.

Problemem „Korony królów” jest również obsada. Wyjątkiem jest Halina Łabonarska jako Jadwiga, żona Władysława Łokietka, która stworzyła tu doskonałą kreację. Z kolei Wiesław Wójcik w roli dobrodusznego Łokietka nie miał okazji do wykazania się swoim aktorskim kunsztem, bo najczęściej zmożony chorobą spoczywał w łożu. Zresztą nawet w pierwszym odcinku, kiedy wraca ze zwycięskiej wyprawy, witany przez garstkę mieszkańców, jakoś nie bardzo kojarzył mi się z realną postacią króla. Reszta aktorów jest niestety, podobnie jak w telenowelach rozgrywających się współcześnie, mało wyrazista. Być może to w znacznej części „zasługa” słabego scenariusza i źle napisanych dialogów. Natomiast szczególnym przypadkiem jest Marta Bryła obsadzona w roli Aldony, żony Kazimierza. Wydaje się, że aktorka ma kłopot z wymową w języku polskim. Chyba że takie było zamierzenie reżysera, który chciał zaznaczyć litewskie pochodzenie przyszłej królowej.

Nie czepiałbym się drobnych nieścisłości historycznych, bo w końcu telenowela to nie dokument. Ożywiona dyskusja, jaka rozpętała się po emisji pierwszego i kolejnych odcinków, wskazuje, że zainteresowanie „Koroną królów” przekłada się na zainteresowanie historią. A to objaw pozytywny, bo wychwytując błędy i sprawdzając, na ile filmowa fikcja rozmija się z realnymi wydarzeniami z przeszłości, też uczymy się historii. I to naszej, polskiej. Telewizje na całym świecie od lat produkują wystawne historyczne superprodukcje, o budżetach równych często filmom kinowym, na temat własnej przeszłości. Może kiedyś nasza telewizja publiczna do nich dołączy... Lepiej, że TVP swoje środki wydała na „Koronę królów” niż na kolejny serial fantasy o szpitalu w Leśnej Górze. •

« 1 »
oceń artykuł
  • Zbyszek
    11.01.2018 07:32
    Rewelacyjny serial kostiumowy. Polecam osobom lubiącym produkcję z historią w tle. Świetna gra Marty Bryły.
    doceń 1
  • Bartek
    17.01.2018 16:40
    Szanowni Państwo. Jak rozumiem zachwyty autora nad "serialem" wynikają jedynie z pragnienia rozwoju kultury masowej, ale w jej wersji aktywnie walczącej z kulturą sensu stricto.
    doceń 0
  • Bartek
    18.01.2018 20:24
    Szanowni Państwo. Bardzo proszę pamiętajmy, że żyjemy w ojczyźnie Karola Irzykowskiego wielkiego znawcy dobrego filmu. W Koronie Królów trudno doszukiwać się czegokolwiek dobrego. A jednym z nas -Polaków jest Wojciech Roszkowski autor Kolebki Siemowita zbioru sensacyjnych opowieści z czasów pierwszych Piastów, opartych na materiałach archeologicznych. Znacznie lepszych od antychrześcijańskiej fikcji Dana Browna
    doceń 0
  • KASIA1005
    29.01.2018 02:48
    ten serial jest zarąbisty polecam każdemu i mam gdzieś opinie publiczną
    doceń 1

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji