GN 28/2018 Archiwum

W kraju paradoksów

Największym zagrożeniem, jakie pojawia się na horyzoncie 2018 roku, nie są złe rządy, ale trwałe skażenie kultury i obyczajów.

W rok stulecia niepodległości wkraczamy jako kraj paradoksów. Mamy najlepszą od 1989 roku kondycję gospodarki i najgłębszy konflikt polityczny. Znakomite nastroje konsumenckie kontrastują z frustracją elit. Obóz rządowy ma najwyższe poparcie wśród wyborców w Polsce i najgorsze notowania w instytucjach europejskich. Jedni mówią o ostatecznym końcu komunizmu, inni o jego triumfalnym powrocie. To już nie jest kwestia różnicy zdań, ale diametralnie odmiennej diagnozy sytuacji. O ile jednak przyjęcie jej w wersji wygłoszonej podczas exposé premiera Morawieckiego otwiera jakieś możliwości ewolucji, o tyle uznanie za prawdziwą diagnozy opozycji rodzi konsekwencje dramatyczne, by nie rzec: rewolucyjne. Teza o upadku w Polsce demokracji i ostatecznej dewastacji państwa musi prowadzić do rozwiązań nadzwyczajnych i niedemokratycznych (by demokrację przywrócić). Szykuje nam się rok bardzo trudnego współistnienia w dwóch kompletnie nieprzystających rzeczywistościach. I brutalnej walki o rząd polskich dusz, by jedną z tych rzeczywistości wybrały.

Zimna wojna, gorący spór

Platforma Obywatelska i Nowoczesna decyzję podjęły już dawno. Zasada: „Z PiS-em się nie rozmawia, PiS się zwalcza” rządzi polską polityką, mając bardzo mocne wsparcie ideowe w popierających opozycję mediach. Uważna analiza pokazuje zresztą zaskakujące podobieństwo narracji „totalnej opozycji” do narracji PiS przyjętej po katastrofie smoleńskiej. Wtedy partia Jarosława Kaczyńskiego też wybrała ulicę, a czasem i zagranicę, kwestionowała mandat demokratycznie wybranej władzy, nie przebierając w słowach. W porę jednak dokonała zwrotu w stronę strategii długiego marszu. Partia niedawnych jeszcze frustratów zaczęła coraz mniej mówić o politycznym przeciwniku, a coraz więcej o „dobrej zmianie”. Wszystkie siły i środki rzucone zostały na przekonanie do siebie Polaków i wygranie wyborów. A po nich – na realizację obietnic wyborczych. Tymczasem „partia miłości” (jak mawiano jeszcze niedawno o PO) zmieniła się w partię gniewu i permanentnego protestu, nieakceptującą demokratycznej odmiany swego losu. Tyle że po dwóch latach politycznej i gospodarczej koniunktury gesty i słowa opozycji straciły świeżość. Dziś w sposób coraz bardziej czytelny kierowane są już tylko na użytek zewnętrzny, odnosząc – co trzeba przyznać – zamierzony skutek. Wydają też owoce w najtwardszym krajowym elektoracie. Ale z pewnością nie są to owoce pożywne. Rosną po tej stronie barykady frustracja i desperacja. Nie rozładowują tego, coraz mniejsze, masowe protesty, rośnie więc radykalizm. Niszczenie biur poselskich PiS, jajka rzucane w rządowe limuzyny, ataki na dziennikarzy TVP… Zimna wojna wyraźnie zmierza w stronę gorącej konfrontacji.

Bijąc głową w mur

Zaszliśmy już zatem bardzo daleko. Politycy PO – w oczekiwaniu na desant unijny wstrząśnięty brunatnymi rządami w Polsce – uznali, że mogą już wzruszeniem ramion traktować korupcyjne zarzuty wobec swojego sekretarza generalnego, ignorować stosunek Hanny Gronkiewicz-Waltz do komisji weryfikacyjnej oraz wnioski z afery Amber Gold. Mogą, bo przecież Polska według ich diagnozy nie jest już demokratycznym państwem. W Trybunale Konstytucyjnym zasiadają „dublerzy”, prokuratura (wraz z policją i CBA) realizuje polityczne zamówienia, nie ma już trójpodziału władzy, a prezydent jest (znów) tylko lokatorem pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. A skoro tak, nie ma już przestrzeni do rozmów, jest tylko czekanie na jakąś formę politycznego przesilenia.

Ta strategia byłaby racjonalna, gdyby nastroje społeczne pokrywały się z tym, co piszą na pierwszej stronie codziennie „Gazeta Wyborcza” i raz na tydzień „Newsweek”. Ale się nie pokrywają. Jeszcze rok temu można było odnieść wrażenie, że taki stan zimnej wojny sprzyja zarówno partii rządzącej, jak i opozycji, wzmacniając obie strony. Teraz wiadomo, że politycznym beneficjentem jest już tylko PiS, a mimo to PO i Nowoczesna w tym samym rytmie biją głową w mur. I to jest najbardziej zdumiewające, bo przecież w polityce najcenniejszą walutą jest skuteczność. Tymczasem gołym okiem widać, że w 2018 roku Bruksela, Berlin czy Paryż nie wymuszą zmiany władzy w Warszawie, a straszenie nacjonalizmem i ksenofobią nie przekona do opozycji wyborców ze Stalowej Woli. Za to skutki uboczne negowania politycznych realiów będą opłakane dla wszystkich.

Bez mediatorów

W sytuacji bardzo ostrego konfliktu sięga się zazwyczaj po mediatorów – osoby czy też instytucje zaufania publicznego. Pod koniec PRL taką rolę odgrywał Kościół. Tym razem jednak głosy wzywające do szukania przestrzeni dialogu czy tematów wspólnych, wyłączonych ze sporu (który wszak jest w polityce stanem naturalnym), są kompletnie ignorowane. Obojętnie, czy padają ze strony hierarchów, czy ludzi dawnej opozycji pozostających poza polem bitwy. Tak było z ogłoszoną przed rokiem „Deklaracją 11 listopada” podpisaną przez 26 osób o znaczącym dorobku, z różnych środowisk ideowych – od Marka Jurka po Zbigniewa Bujaka.

Znamienne, że tego typu inicjatywy są też ignorowane przez najsilniejsze media, zaangażowane bezpośrednio w eskalowanie polskiego konfliktu. Mogą w nich liczyć na nagłośnienie jedynie autorytety ze świata nauki i kultury, które wpiszą się w narrację o końcu demokracji i upadku państwa. Szerokim echem odbiła się np. wypowiedź prof. Adama Strzembosza o tym, że teraz „rozpocznie się wyraźny proces przekształcania obecnego systemu prawnego w kierunku państwa policyjnego”. Albo teza prof. Marcina Króla, że mamy „tyranię kłamców i głupców”, a PiS jest „uosobieniem zła, diabła”. Kto natomiast słyszał o wyważonym liście naukowców z polskich uczelni analizujących reformę sądownictwa? W której z dużych prywatnych telewizji dyskutowano o „Deklaracji paryskiej”, stanowiącej przenikliwą diagnozę kondycji dzisiejszej Europy, ogłoszonej przez poważne grono konserwatywnych intelektualistów? Gdzie można było przeczytać wezwanie do opamiętania po histerii wokół tragedii Piotra S., wystosowane przez najpoważniejszych ekspertów zaangażowanych w zapobieganie samobójstwom w Polsce?

Bardzo wymowne jest przyznanie w tym roku Nagrody im. Z. Hołdy – dla osób działających na rzecz obrony praworządności – jednocześnie prof. Adamowi Strzemboszowi i ruchowi Obywatele RP, który zasłynął z wulgarnych prowokacji pod Wawelem i blokowania miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. Zaiste szokujące to zestawienie.

„Nowa jakość”?

Postawa polityków opozycji nie jest, jak widać, najpoważniejszym z problemów. Przeciwnie, w 2018 roku można mieć nadzieję, że zstąpią oni z obłoków na ziemię, bo to rok wyborów samorządowych, a w małych ojczyznach nie da się jedynie wzywać do protestów, trzeba rozmawiać o konkretach. Poza tym tam właśnie opozycja sprawuje w ogromnej większości władzę i to ona będzie z przyziemnych spraw zdawać rachunek.

Prawdziwym kłopotem są natomiast ludzie sprawujący rząd dusz, aspirujący do władzy miękkiej (tzw. soft power), kształtujący mody i formujący charaktery. Cytowany prof. Marcin Król nie wierzy już w polityków, w kartki wyborcze i wzywa, by rządzących „po prostu przepędzić”. Twierdzi, że skończył się czas rozmów, teraz będzie się liczyć siła. I nie jest to głos odosobniony, lecz raczej typowy dla środowisk intelektualnych. Takim językiem mówią dziś subtelni niegdyś pisarze, wybitni aktorzy, obrońcy praw człowieka w czasach PRL. Tak radykalnych postaw nie demonstrowano nawet w chętnie przywoływanych (jako ponoć analogiczne) czasach najostrzejszego konfliktu między terroryzowanym społeczeństwem a narzuconą przez obce mocarstwo władzą. Przeciwnie, wówczas apelowano, by za wszelką cenę wystrzegać się pogardy i unikać przemocy. Niestety, głosy, które dziś słyszymy, z pewnością nie są dziedzictwem Solidarności. To zupełnie „nowa jakość” w polskim życiu publicznym. Największym zagrożeniem, jakie pojawia się na horyzoncie 2018 roku, nie są złe rządy czy demontaż wymiaru sprawiedliwości, ale właśnie trwałe skażenie kultury i obyczaju tą „nową jakością”. Całkowicie obcą wszystkiemu, do czego powinniśmy się odwoływać w roku stulecia niepodległości.

Presja ma sens

Czy istnieje jakiś inny scenariusz na nadchodzący rok? Jeśli chodzi o realną politykę – z pewnością tak. Pod warunkiem że stanie się ona rzeczywiście realna. Narrację o dyktatorskich zapędach PiS można bowiem spokojnie włożyć między bajki. Lista pomysłów, z których gabinet Beaty Szydło wycofał się pod presją społeczną, jest pouczająca i tak samo długa jak spis projektów, które zaistniały jedynie w rzeczywistości medialnej. Warto też dostrzec, jak wiele ustaw korygowano przez ostatnie miesiące w reakcji na publiczną krytykę. Wystarczy prześledzić choćby losy nowej ordynacji samorządowej albo porównać zawetowane i podpisane przez prezydenta ustawy reformujące sądownictwo. I tylko logika „totalności” nie pozwala opozycji chwalić się tym, co pośrednio osiągnęła. Oznaczałoby to bowiem podpisanie się pod „oczywistą oczywistością”, że tylko presja stosowana w ramach demokratycznego sporu ma sens. Że jesteśmy normalnym państwem, w którym ścierają się różne koncepcje naprawy tego, co źle działa. Tyle że brzmiałoby to jak herezja, gdy wzywa się na pomoc unijną kawalerię do walki z rodzącym się w Polsce faszyzmem.•

« 1 »
oceń artykuł
  • gość
    12.02.2018 15:32
    Oczywiście! Bo przed reformacją nie było agresji, konfliktów, zepsucia obyczajów:-) Np. polski władca nigdy by nie zabił polskiego biskupa itp.
  • Caius
    12.02.2018 21:25
    Idzie nowe i wykuwa się w hałasie i awanturze:niech by. Lepsze to niż strzelaniny na ulicy. Jak już nastanie nowe to znów wszystko okrzepnie i się uspokoi.
    doceń 0
  • pstro
    12.02.2018 22:18
    Największym zagrożeniem jest niepraworządna władza, własnym przykładem ucząca rządzonych pogardy dla prawa w ogóle. Jeśli ta władza podoba się ludowi, tym gorzej (dla ludu, w dalszej perspektywie). Jeśli ta władza to protegowani duchowieństwa, czyli w potocznym ujęciu "Kościoła", to już całkiem źle (dla misji Kościoła).
    doceń 6
  • jurek
    12.02.2018 22:39
    Autor wygłosił swoiste "expose" - czyzby kandydował na jakies ważne (lub przynajmniej wysokopłatne) stanowisko? Chocby to po Pani Ewie w naszym narodowym championie paliwowym?
    doceń 3

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji