Nowy numer 30/2021 Archiwum

Słowo między nami

Dlaczego warto poznawać zarówno Boże, jak i ziemskie oblicze Maryi i Jezusa, z s. dr Judytą Pudełko rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Jakiś czas temu pierwsze dziecko rodziła koleżanka – protestantka. Poród był trudny. W pewnym momencie poczuła, że powinna prosić o wsparcie Maryję. Bo kto, jeśli nie Ona, zrozumie rodzącą kobietę…

S. Judyta Pudełko: Piękne!

Jednocześnie z doświadczeń znajomej położnej wynika, że wiele rodzących katoliczek przed porodem idzie do wróżki, a do porodu przychodzi obwiązanych sznureczkiem kabały. Nie wierzymy czy nie rozumiemy Maryi?

Trudne i wielowątkowe pytanie. Myślę, że jedną z przyczyn, dla których katoliczki nie zawsze zwracają się do Maryi w tak ludzkich sprawach jak poród, wychowanie dzieci czy prowadzenie domu, jest kwestia naszego wychowania i stylu pobożności maryjnej. To w dużym stopniu pobożność hetmańska, wzniosła, narodowa wręcz. I to jest oczywiście wspaniały, piękny i dobry wymiar, bo królewskość Maryi przynależy. Jednocześnie warto pamiętać o innym obliczu Matki Bożej – dziewczęcym, izraelskim, nazaretańskim. Bardzo ludzkim i przystępnym.

Jak je odkryć?

Kontemplując Pismo Święte. Ja odkryłam Matkę Bożą ludzką i dziewczęcą w Ziemi Świętej. Bliskość tamtych miejsc, taki materialny wymiar przestrzeni, zwyczajów, atmosfery pozwolił na nowo odczytać Pismo Święte. I za każdym razem, gdy jestem w Nazarecie, mimo że obecnie jest to miasteczko arabskie, doświadczam spotkania z normalną, piękną, młodą żydowską dziewczyną. Polecam każdej kobiecie odkrycie Maryi bliskiej, ludzkiej, a jednocześnie wpatrzonej w Najwyższego i ufającej Mu. Tym bardziej że z niepełnego rozumienia Maryi może też wynikać niepełne zrozumienie Jezusa. Brakuje nam realnego osadzenia człowieczeństwa Boga przy pomocy innych ludzi: Maryi, Józefa, a nawet pasterzy. Być może osadziliśmy Boże Narodzenie wyłącznie w ckliwej i wzniosłej stylistyce, która w jakiś sposób przysłania jego głębię. Warto więc wciąż odkrywać i przypominać sobie ludzki wymiar wcielenia, gdy Bóg w swoim Synu wchodzi w każdy aspekt naszego życia.

Może boimy się, że odkrywaniem „ludzkiego oblicza” przysłonimy to Boże?

Ludzie od wieków popadali w dwie skrajności (obydwie były herezją) i albo przyjmowali wyłącznie człowieczeństwo Jezusa, redukując Go do „fajnego faceta, który kochał ludzi”, albo też odrzucali Jego człowieczeństwo, widząc w Nim wyłącznie bóstwo. Przyjmując prawdę o Jezusie, zgłębiając ją, mamy do czynienia z wielką tajemnicą, która już się w historii świata nie powtórzy. To rzecz po ludzku niemożliwa: połączenie kruchości, śmiertelności z nieograniczonością i nieśmiertelnością. Wcielenie Syna Bożego pokazuje nasze przeznaczenie – nasze człowieczeństwo zorientowane ku boskości. Człowiek zresztą też od zawsze wyczuwał, że ma w sobie pierwiastek boski. Nie potrafił tego jednak właściwie ukierunkować. Pragnął być jak Bóg, ale chciał realizować to samodzielnie. Tymczasem droga jest inna: Bóg sam chce realizować w nas swoją boskość, ale przez Syna. Bogiem bez Boga się nie staniemy, nie ma obawy. Ale Bogiem w Bogu w jakimś wymiarze, stopniu – można. Stąd Boże zaproszenie, by stawać się rodziną Boga. W tej rzeczywistości Jezus staje się bliski.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama