Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dlaczego my?

Wrogiem ludzkiej wrażliwości mogą być wielkie liczby i przyzwyczajenie.

Z tymi zjawiskami mamy do czynienia w przypadku prześladowania chrześcijan. Za wiarę w Chrystusa ginie tak dużo ludzi, a na dodatek dzieje się to tak często, że wrażliwość na ten dramat została stępiona. I właściwie nie widać dobrego sposobu na jej wyostrzenie. Można poznać historie pięciu czy dziesięciu męczenników, jakoś się z nimi utożsamić, współczuć ich rodzinom. Po jakimś czasie ich imiona wprowadzić do kalendarza liturgicznego. To jest wykonalne. Ale trudno współczuć 100 tys. męczenników. A właśnie o takiej liczbie mówią statystyki. I nie są to wyolbrzymione dane, o czym może świadczyć choćby to, że liczbę 100 tys. podał specjalny zespół powołany przez Hillary Clinton. A byłą panią prezydentową trudno posądzić o jakąś szczególną przychylność i miłość w stosunku do chrześcijan.

Dlaczego za wiarę najczęściej giną chrześcijanie, a nie na przykład buddyści, hinduiści czy muzułmanie? Czy tylko dlatego, że chrześcijan jest ciągle najwięcej? Ciekawej odpowiedzi na to pytanie udzielił ks. Andrzej Halemba z organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie w rozmowie z „Gościem” (ss. 17–20). Od lat odwiedza on chrześcijan na Bliskim Wschodzie i doskonale zna ich sytuację. Twierdzi, że „chrześcijanie mają mocno wpisane w serca przebaczenie, miłowanie nieprzyjaciół. To praktycznie nie zdarza się w innych religiach. Dlatego my jesteśmy bardzo narażeni na prześladowanie. Nie odpowiadamy bowiem nienawiścią. Zło dobrem zwyciężaj – to jest wyczuwalne. Ci (…), którzy nas prześladują, dobrze o tym wiedzą. W islamie, i nie tylko w nim, za przelanie krwi odpowiada się przelaniem krwi”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się