Nowy numer 45/2018 Archiwum

Czeski Trump czy czeski Macron?

Andrej Babiš – miliarder, magnat medialny, a prawdopodobnie także były agent bezpieki – wygrał wybory i będzie formował nowy rząd Czech. Co to oznacza dla Polski?

Partia ANO (Akcja Niezadowolonych Obywateli) odniosła zdecydowane zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, które odbywały się 20 i 21 października w Czechach. Blisko 30 proc. poparcia (oraz rozproszona reszta sceny politycznej) przyniosło aż 78 mandatów w dwustuosobowym parlamencie. Tylko raz od rozpadu Czechosłowacji jedno ugrupowanie miało więcej posłów. Założycielem i niekwestionowanym liderem ANO jest Andrej Babiš. To nie tylko polityk, ale i potężny przedsiębiorca, drugi najbogatszy człowiek w kraju, z majątkiem szacowanym na 4 miliardy dolarów. Posiada m.in. sieć zakładów chemicznych, spożywczych oraz grupę medialną.

Dziennikarze na Zachodzie, często upraszczający polityczną układankę w Europie Środkowo-Wschodniej, ochrzcili Babiša mianem „czeskiego Trumpa” ze względu na bogactwo, niewyparzony język i dokonanie rozbicia starego politycznego porządku. Ale na tym podobieństwa się kończą. Równie wiele rzeczy łączy go chociażby z Emmanuelem Macronem. Obaj stoją na czele centrowych formacji, które starają się wpasować w jak najszersze spektrum poglądów, a sami sprytnie potrafili w kampanii przedstawić się jako nowa jakość w polityce, choć byli ważnymi postaciami wcześniej rządzących gabinetów.

Rewolucja dotarła do Czech

Październikowe wybory parlamentarne przyniosły wielkie trzęsienie ziemi na czeskiej scenie politycznej, a zwycięstwo partii ANO to tylko jedna z wielu niespodzianek. Nasi południowi sąsiedzi to kolejny kraj ogarnięty powszechną w Europie falą antyestablishmentowych nastrojów. Klęskę poniosły dwa dominujące przez lata ugrupowania. Rządzący dotychczas socjaldemokraci zdobyli tylko 7,3 proc. głosów – to ich najniższy wynik od rozpadu Czechosłowacji. Drugi raz z rzędu słabo wypadło centroprawicowe ODS, tym razem osiągając 11,3 proc. Tracą również postkomuniści, choć i tak ich nieprzerwane trwanie w parlamencie jest ewenementem w naszej części Europy.

W zamian rosną w siłę ruchy skrajne oraz zupełnie nowe formacje. Trzecie miejsce zajęła Partia Piratów, której program i rola w parlamencie jest na razie wielką niewiadomą. Tuż za nią uplasowała się antyimigrancka i populistyczna partia Wolność i Demokracja Bezpośrednia. Co ciekawe, na jej czele stoi Tomio Okamura – z pochodzenia Japończyk. Sam jest imigrantem, do Czech przyjechał, mając 6 lat. Okamura chce doprowadzić do referendum w sprawie opuszczenia UE oraz wyróżnia się absurdalnymi propozycjami, jak np. wypasanie świń w pobliżu meczetów, aby zniechęcić muzułmanów do praktyk religijnych.

Andrej Babiš doskonale odnalazł się w momencie burzliwych zmian na czeskiej scenie politycznej. W kampanii bezbłędnie odczytał społeczne nastroje. Po pierwsze, przekonał wyborców, że tylko on może rozgonić establishment i zaprowadzić nową jakość na scenie politycznej. Babiš dokonał nie lada wyczynu, bo przecież sam od czterech lat jest częścią klasy rządzącej. ANO było koalicjantem socjaldemokratów, a jego lider – wicepremierem i ministrem finansów. Po drugie – zrozumiał, że choć Czesi są w większości prounijni, to zaciekle bronią się np. przed relokacją imigrantów czy przyjęciem wspólnej waluty. Babiš podkreślał więc w kampanii: „Europa to wspaniały projekt, ale europejscy politycy popełniają błąd, dążąc do głębszej integracji”. Przegrali natomiast z kretesem politycy niedostrzegający tych nastrojów. Tak jak socjaldemokraci, którym w kampanii przewodzili mocno prounijny Lubomír Zaorálek oraz liberalni konserwatyści z TOP 09 (przez lata trzecia siła w Czechach). Wbrew wszelkim tendencjom lansowali oni w kampanii przyjęcie waluty euro i w efekcie ledwo przekroczyli próg wyborczy.

Babišconi

Partia ANO osiągnęła zdecydowane zwycięstwo, a podział miejsc między aż 9 partii daje Akcji Niezadowolonych Obywateli możliwość wyboru między wieloma potencjalnymi koalicjantami. Jednakże rozmowy na ten temat będą bardzo trudne. Większość ugrupowań wykluczyła współpracę ze względu na zarzuty ciążące na Andreju Babišu. Niejasności dotyczą interesów gospodarczych, medialnych i ciemnej karty z przeszłości.

Sztandarowymi obietnicami czeskiego miliardera podczas kampanii była walka z korupcją oraz zaprowadzenie sprawnych rządów na wzór korporacyjnego ładu. Tymczasem sam od lat mierzy się z podejrzeniami o finansowe przekręty, a do tego jest typowym przedstawicielem generacji miliarderów z Europy Środkowo-Wschodniej, którzy błyskawicznie wzbogacili się po upadku żelaznej kurtyny i transformacji gospodarczej, przejmując za bezcen cenne państwowe przedsiębiorstwa. Babiš od końca lat 70. pracował w Petrimexie – państwowym przedsiębiorstwie z branży chemicznej, wstąpił też do partii komunistycznej. Przez lata zgromadził więc zarówno pieniądze, jak i polityczne kontakty.

W nowym ustroju i gospodarce wolnorynkowej na bazie Petrimexu założył koncern Agrofert, obecnie gigantyczny holding zrzeszający ponad 200 firm z różnych branż – m.in. rolno-spożywczej, chemicznej, logistycznej i budowlanej. Skupienie w rękach jednej osoby ogromnej władzy oraz biznesu budzi duże kontrowersje. Do Babiša należy m.in. ponad 1,5 proc. wszystkich gruntów rolnych w Czechach. Tym samym jest on wielkim beneficjentem unijnych dotacji. Od kilku lat ciążą na nim zarzuty defraudacji subwencji z UE na sumę 2 milionów euro. Niechęć biznesmena do wyjaśnienia tej afery doprowadziła w maju 2017 r. do wyrzucenia ANO z rządzącej koalicji, a we wrześniu parlament pozbawił polityka immunitetu. Jednak po wyborach zabawa w kotka i myszkę z wymiarem sprawiedliwości zaczyna się od nowa.

Drugą częścią wielkiego majątku Andreja Babiša jest zakupiony w 2013 roku medialny koncern MAFRA. W rękach przyszłego premiera Czech znajdują się m.in. jedne z największych gazet w kraju: dzienniki „Dnes” i „Lidové Noviny” oraz portal internetowy iDNES.cz. Lider ANO już kilkakrotnie był oskarżany o realizowanie na łamach swoich tytułów prasowych politycznych zleceń na przeciwników. Z powodu wielkich wpływów politycznych, biznesowych i medialnych miliarder jest złośliwie nazywany przez czeskich satyryków „Babišconi”, na podobieństwo byłego premiera Włoch Silvio Berlusconiego.

Za Babišem od lat ciągnie się również nierozwiązana sprawa przynależności do czechosłowackiej bezpieki, tzw. StB. Słowacki odpowiednik IPN (Babiš jest z pochodzenia Słowakiem) oskarża lidera ANO o bycie agentem o pseudonimie „Bureš”. Miliarder utrzymuje, że raporty służby bezpieczeństwa są sfabrykowane, wygrał sprawy w trzech kolejnych instancjach sądu. Ale oskarżyciel nie odpuszczał. Proces dotarł do trybunału konstytucyjnego w Bratysławie. W czwartek przed wyborami wydano werdykt uznający materiał dowodowy za prawdziwy, tym samym potwierdzając agenturalną przeszłość przyszłego premiera Czech.

Andrej Babiš nie tylko nie przejął się serią zarzutów, ale w kampanii przekuł ją w swój atut. Przekonał Czechów, że jest ofiarą wielkiego spisku elit blokujących zmiany na szczytach władzy. Podczas wieczoru wyborczego dziękował głosującym za poparcie mimo „gigantycznej kampanii dezinformacyjnej przeciwko nam”.

Babiš a sprawa polska

Czy wielkie zmiany w Pradze znacząco zmienią polsko-czeskie relacje? Zaraz po wyborczym zwycięstwie media w naszym kraju przypomniały obraźliwą wypowiedź lidera ANO na temat polskiej żywności. W jednym z programów telewizyjnych powiedział kilka lat temu: „nie jem tego polskiego g…”. Tak jak wielu innych czeskich polityków Babiš przejawia również prorosyjskie sympatie. Uważa, że Europa wyolbrzymia zagrożenie ze Wschodu i powinna skoncentrować się na problemach terroryzmu i nielegalnej imigracji.

Z drugiej strony niewyparzony język nie powinien od razu przekreślać szans na współpracę z nowym premierem. Jego koncern zainwestował w Polsce w kilka zakładów przemysłowych i wbrew wulgarnym wypowiedziom szefa i tak sprowadza polską żywność do Czech. Babiš podziela z rządem PiS punkt widzenia na wiele ważnych kwestii: sprzeciwiają się przymusowej relokacji uchodźców, przyjmowaniu wspólnej waluty oraz wszelkim projektom wspierającym powstanie Europy dwóch prędkości. Co więcej, w jednym z wywiadów w trakcie kampanii piętnował „hipokryzję” unijnych urzędników wywierających presję na ochronę praworządności w Polsce, a jednocześnie przymykających oko na wydarzenia w Turcji.

Dziennikarze próbują zaszufladkować Babiša jako eurosceptyka bądź populistę, ale w pierwszej kolejności jest on pragmatykiem. Przebieg dotychczasowej kariery politycznej wskazuje, że ANO dokona jeszcze wielu wolt programowych, byleby dopasować się do jak najszerszej grupy wyborców. Ale jednocześnie skupienie w rękach jednej osoby wielkiej władzy, biznesu i wpływów na media budzi uzasadnione obawy o przejrzystość i standardy sprawowanych rządów.

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji