Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Głodujemy dla chorych

O powodach protestu głodowego mówi jego uczestniczka, rezydentka Szpitala Pediatrycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego Anna Polaczek.

Bogumił Łoziński: Dlaczego przystąpiła Pani do protestu głodowego rezydentów?

Anna Polaczek:Ponieważ z ochroną zdrowia jest coraz gorzej, przede wszystkim dla pacjentów. W grudniu zaczynam piąty rok specjalizacji z pediatrii, więc miałam okazję to obserwować. My, lekarze, jesteśmy pierwszą linią frontu, która musi na zarzuty chorych odpowiadać. W takiej sytuacji nie da się budować zaufania między lekarzem a pacjentem.

Postulaty protestujących dotyczą kwestii finansowych, podwyżek pensji, a nie sytuacji pacjentów.

Podwyżki zarobków nie są najważniejsze. Naszym głównym postulatem jest zwiększenie środków na ochronę zdrowia, które polepszą sytuację pacjentów.

Do opinii publicznej docierają przede wszystkim żądania rezydentów o dwukrotną podwyżkę pensji.

To nieprawda. My chcemy powrotu do sytuacji z 2009 r., kiedy rezydentom płacono 1,05 średniej krajowej. Ta kwota utrzymała się do tej pory, a była np. inflacja. W efekcie zarabiamy coraz mniej. Chcemy, aby w 2017 r. rezydent otrzymywał nadal 1,05 średniej krajowej, która obecnie wynosi ok. 4,3 tys. zł brutto. Rezydent w I i II roku specjalizacji dostaje 3170 zł, a od III roku 3458 zł brutto. W przypadku specjalizacji priorytetowych jest to odpowiednio 3600 zł i 3890 zł brutto.

Rząd zgodził się na podwyżki, ale stopniowe, np. w przyszłym roku rezydenci mogą liczyć na wynagrodzenie od 3263 zł do 4920 zł, a w 2019 r. między 3562 zł a 5581 zł, w zależności od specjalizacji i roku rezydentury. To są większe kwoty niż 1,05 średniej krajowej. Dlaczego więc nadal protestujecie?

Ponieważ pan minister proponuje te podwyżki tylko niektórym specjalizacjom i do tego tylko osobom, które zaczną rezydenturę w 2018 r. To stwarza patologiczną sytuację, w której lekarz rezydent będący na końcu ścieżki specjalizacyjnej, mający w zasadzie takie same obowiązki jak lekarz specjalista, będzie zarabiał mniej niż ten, który zaczyna pierwszy rok specjalizacji. To jest dzielenie środowiska. Oczywiście my życzymy naszym młodszym kolegom jak najlepiej, walczymy zresztą dla nich, bo ja, jeśli będą zmiany, już z nich nie skorzystam. Proszę zwrócić uwagę, że to nie są jakieś horrendalne sumy, my nie żądamy milionów za naszą pracę. Jednak człowiek powinien zarabiać godne pieniądze, zgodnie z tym, jakie stanowisko piastuje, jaki ma staż i doświadczenie oraz odpowiedzialność. To wszystko wynika z prawa pracy, a my chcemy tylko uczciwych zarobków.

Porozmawiajmy o stawkach rezydentów za dyżury, bo tu pojawiają się bardzo rozbieżne dane, że wynoszą one od kilkunastu do 100 zł za godzinę. Czy to możliwe?

W miejscu, gdzie rezydent jest zatrudniony na umowę o pracę, stawka za dyżur wynika z podstawy pensji. Pensję brutto w zależności od miesiąca dzieli się na liczbę przepracowanych dni i godzin, w ten sposób wychodzi średnia za godzinę pracy. Obecnie jest to ok. 14–16 zł netto. Za dyżur pełniony w nadgodzinach w dni tygodnia dolicza się 50 procent, a w dni świąteczne 100 procent do kwoty podstawowej za godzinę. W trakcie specjalizacji rezydent musi odbyć minimum trzy dyżury w miesiącu. Powinniśmy pełnić te dyżury do godziny 20.00, ponieważ z prawa pracy wynika, że musimy mieć minimum 11 godzin odpoczynku. Jednak to fikcja, z powodu braku personelu pracujemy na dyżurze nocnym 24 godziny.

To oznacza łamanie prawa.

Dlatego podpisujemy klauzulę opt-out. Polega ona na tym, że zgadzamy się na ponad 48 godzin pracy tygodniowo, jednocześnie zrzekamy się prawa do tych 11 godzin odpoczynku po dyżurze. Jeśli ktoś odmówi, nie zostanie zatrudniony na etat. W praktyce przychodzimy do szpitala na 8.00 i do 15.30 pracujemy w ramach normalnej pensji. Za dyżur mamy płacone od 15.30 do 8.00 rano. Na moim oddziale z powodu braków kadrowych zostajemy jeszcze po dyżurze do godziny 12.00 za darmo.

Ile ma Pani takich dyżurów w miesiącu?

Obowiązkowo muszę mieć trzy, ale ponieważ nie ma wystarczającej liczby lekarzy, mam ich więcej, około sześciu.

Może Pani odmówić?

Nie mogę, bo to by znaczyło, że ktoś z moich kolegów będzie ich miał więcej. Do tego, gdy ktoś zachoruje, bierzemy jeszcze dyżur za niego. Nie możemy zostawić pacjentów bez lekarza dyżurnego.

Dlaczego więc niektórzy rezydenci mają za dyżur nawet do 100 zł za godzinę?

W Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych (SOR) lekarzom pracującym na tzw. kontraktach, czyli przyjeżdżającym z zewnątrz, być może dyrektor proponuje stawki 100 zł. Mówię być może, ponieważ takie stawki nie są dostępne dla lekarzy pracujących na etacie w oddziale, w tym przypadku lekarz dyżuruje w SOR za kwotę wyliczaną z pensji podstawowej. Ponadto proszę zwrócić uwagę, że po dyżurze poza oddziałem taki rezydent nie ma dnia wolnego i musi przyjść rano do pracy w szpitalu, gdzie jest zatrudniony. Zarzuca się nam, że mamy poprzewracane w głowie, bo nie chcemy dyżurować za taką stawkę. Prawda jest jednak taka, że jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi i wiemy, że po całym dniu w pracy, a potem nocy na dyżurze, nie można dobrze pracować na oddziale. Ja próbowałam brać dodatkowe dyżury poza szpitalem w ramach nocnej i świątecznej opieki lekarskiej. Zgadzałam się na taką pracę nie tylko dlatego, że muszę dorobić do pensji, żeby się utrzymać, ale także dlatego, że jest wielkie zapotrzebowanie na pediatrów. Mam wiele ofert współpracy. Jednak po kilku miesiącach takich dodatkowych dyżurów wylądowałam w szpitalu, więc z nich zrezygnowałam.

Jeśli ktoś decyduje się na dyżury w SOR, to może nawet dwoma czy trzema zarobić taką pensję jak w szpitalu, gdzie jest zatrudniony. A są tacy, którzy przyznają, że pracują 300 godzin w miesiącu, a to oznacza kilkanaście tysięcy złotych dochodu, więc oskarżenia wobec rezydentów, że odpoczywają na Karaibach, mają pewne podstawy.

Być może są takie przypadki, ale nie można przez ich pryzmat oceniać wszystkich. Trzeba mieć świadomość, że gdy taki lekarz zjawi się po dyżurze rano w pracy, to ryzykuje zdrowie i życie pacjentów, ponieważ nie spał od 30 godzin. To jest nieodpowiedzialne, ale jeśli ktoś ma podpisaną klauzulę opt-out, nie łamie prawa. Trzeba natomiast powiedzieć, że wielu lekarzy zgadza się na to z powodu braków kadrowych.

To może po podwyżce powinno być ograniczenie liczby dyżurów?

Nam się to marzy, ucieszylibyśmy się, gdybyśmy mogli pracować zgodnie z prawem pracy. Tryb, w jakim obecnie zajmujemy się chorymi, jest nie tylko groźny dla nas, ale może być niebezpieczny dla pacjentów.

Głównym postulatem protestu było przeznaczanie na ochronę zdrowia rocznie 6,8 procent PKB. Rząd przyjął projekt ustawy przewidującej wzrost nakładów do 6 procent PKB. Czemu nie zgadzacie się na taki kompromis?

Nasi przedstawiciele byli skłonni pójść na kompromis, aby było to 6 procent PKB, ale od przyszłego roku. Rząd proponuje, że te 6 procent będzie osiągnięte dopiero w 2025 r., a w przyszłym ma to być tylko 4,7 procent. Nie mogliśmy się na to zgodzić.

Wiele osób uważa, że głodówka jest zbyt drastycznym protestem. Dlaczego przyjęliście taką formę?

Walczymy o dobro pacjenta. Moim zdaniem bardziej nieetyczne byłoby pozostawienie takiej sytuacji jak obecnie – i patrzenie, jak pacjenci chorują i umierają w kolejkach – niż protest głodowy. Ja głodowałam przez pięć dni, zrezygnowałam dla pacjentów, którzy czekali na moją pomoc.

Rząd jednak poszedł na ustępstwa, a wy nie chcecie przyjąć kompromisu, nie chcecie nawet brać udziału w spotkaniach komisji ds. zmian w służbie zdrowia. Pada zarzut, że wasz strajk ma podłoże polityczne.

W żadnym razie nie protestujemy przeciwko temu rządowi. Protest jest apolityczny, choć niektóre środowiska próbują go upolitycznić. My nie mamy wpływu na to, kto mówi, że nas popiera, a kto nie. Ja osobiście w czasie wyborów dałam temu rządowi kredyt zaufania. Chcę zdementować informację, że porozumienie rezydentów powstało, gdy PiS objęło władzę, i że nagle wymyśliliśmy sobie, że poszantażujemy rząd głodówką. Nasze porozumienie negocjowało także z przedstawicielami poprzedniego rządu. Powstało kilka komisji, były rozmowy, ale raporty z tych spotkań lądowały w szufladzie i do niczego to nie prowadziło. Dlatego teraz odrzuciliśmy propozycję udziału w komisji.

Jeden z naszych czytelników, profesor kardiologii, komentując protest rezydentów, zadaje wam pytanie, czy nie zapomnieliście o swoim powołaniu...

Nie zapomnieliśmy o swoim powołaniu. Moglibyśmy wyjechać za granicę. My głodujemy dlatego, że poważnie walczymy o zdrowie i życie polskich pacjentów. Ponadto robimy to w czasie naszych urlopów wypoczynkowych. Chorzy nie są zostawieni sami sobie, mają normalną opiekę. Głodują grupy lekarzy w kilku miastach. Tak, zagrażamy pacjentom, ale nie dlatego, że prowadzimy protest głodowy, tylko dlatego, że jesteśmy zmuszani pracować ponad nasze siły. Na koniec chciałam zacytować Kodeks etyki lekarskiej art. 11: „Lekarz winien zabiegać o wykonywanie swego zawodu w warunkach, które zapewniają odpowiednią jakość opieki nad pacjentem”. Mogę powiedzieć temu panu profesorowi, że to jest właśnie powołanie.

« 1 »
oceń artykuł

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji