Nowy numer 2/2019 Archiwum

Bezkarni

Dlaczego tak trudno było ukarać niemieckich zbrodniarzy z czasu II wojny światowej, wyjaśnia prok. Ewa Koj, naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Katowicach.

Jarosław Dudała: Mój redakcyjny kolega Wojciech Teister w internetowej dyskusji dał wyraz oburzeniu, że dowódcy oddziałów pacyfikujących powstanie warszawskie nie ponieśli za to kary. Lider Ruchu Autonomii Śląska Jerzy Gorzelik odpowiedział mu, że w państwie prawa do skazania nie wystarczy powszechne przekonanie o czyjejś winie. W domyśle: potrzeba dowodów na jej potwierdzenie. Czy rzeczywiście w tych przypadkach brakowało dowodów? Czy standardy państwa prawa chroniły np. gen. SS Heinza Reinefartha? Czy chroniły także innych zbrodniarzy?

Ewa Koj: Realia orzekania przez powojenne niemieckie sądy możemy prześledzić na przykładzie trzeciego szefa katowickiego gestapo Johannesa Thümmlera. Swoją funkcję pełnił od 1 października 1943 r. aż do wycofania się Niemców z Katowic w styczniu 1945 r. Można wyobrazić sobie, za co odpowiedzialny był szef gestapo. Ale – poza wyobraźnią – jest mnóstwo zeznań świadków przesłuchiwanych po wojnie w związku z popełnionymi przez niego zbrodniami. Wielu z nich przeżyło brutalne przesłuchania w gmachu gestapo, w więzieniu w Mysłowicach i pamiętało Thümmlera – miał szramę na twarzy i okulary. Potrafił przyjść i osobiście dobić torturowanego więźnia. Thümmler z racji swego urzędu przewodniczył też sądowi doraźnemu. Posiedzenia tego sądu odbywały się w bloku XI KL Auschwitz. W ciągu 2 godzin potrafił skazać na śmierć 100 osób.

Trudno dziś ocenić materiał dowodowy w tych sprawach. Niemcom udało się zniszczyć lub ukryć akta katowickiego gestapo, w tym akta spraw rozpoznawanych przez sąd doraźny. Nie budzi żadnej wątpliwości, że Thümmler skazywał na śmierć dzieci – nieznanej tożsamości 14-letnią dziewczynę oraz 15-letnich: Narcyza Broda i Izydora Krupińskiego, a także kobietę w ciąży.

Wyrok śmierci został wykonany na kobiecie w ciąży?

Tak. 5 stycznia 1945 r. skazał na śmierć Walerię Kubajak z Nowej Wsi, która była w 8. miesiącu ciąży. Kara została wykonana następnego dnia na terenie krematorium V w Birkenau. Thümmler po wojnie znalazł się w RFN. Początkowo nikt go nie ścigał. Zeznawał jako świadek w czasie frankfurckiego procesu załogi z Auschwitz 2 listopada 1964 r. Analiza jego zeznań pozwoliła prokuratorom niemieckim na wyciągniecie wniosku, że on także brał udział w zbrodniach przeciw ludzkości. W 1969 r. prokuratura w Stuttgarcie oskarżyła go o to, że skazał na śmierć od 700 do 1000 osób. Ze śledztwa prowadzonego przez oddziałową komisję w Katowicach wynika, że było to około 1000 osób. Potwierdzający to materiał dowodowy jest obszerny, a składają się na niego głównie zeznania świadków. Podstawą wyroków sądu doraźnego było rozporządzenie z 4 grudnia 1941 r. o sądownictwie karnym dla Polaków i Żydów na przyłączonych terenach wschodnich, z powodu przygotowania przedsięwzięć noszących znamiona zdrady głównej i nieuprawnionego posiadania broni. Na jego podstawie sąd doraźny orzekał kary śmierci praktycznie za wszystko – za działalność w ruchu oporu, ale też za drobny przemyt czy kradzieże albo uporczywe uchylanie się od pracy przymusowej.

Co na to powojenne sądy niemieckie?

Spotkałam się w wieloma umorzeniami niemieckich postępowań przeciw zbrodniarzom z okresu II wojny światowej. Zapadały one w latach 60. i 70. Mam wrażenie, że Niemcy nigdy nie pochylali się nad konwencjami międzynarodowymi, które mówią, że zbrodnie wojenne nie przedawniają się. Odbieranie życia przez funkcjonariuszy SS, gestapo i Wehrmachtu dzielili na zabójstwa i morderstwa. Tylko morderstwa (dokonane z premedytacją czy podstępem) w myśl niemieckiego prawa nie przedawniły się. Zwykłe zabójstwa były uznawane za podlegający przedawnieniu akt wojenny – choć były to zbrodnie na cywilach: starcach, dzieciach, kobietach.

Jak w przypadku Thümmlera?

Jego sprawę Sąd Krajowy w Ellwagen umorzył już podczas wstępnego rozpoznania. Uznał, że materiał dowodowy jest słaby, bo brak w nim dokumentów. W czasie przesłuchania go w charakterze podejrzanego 5 marca 1968 r. Thümmler wyjaśnił: „Wydanych przeze mnie wyroków sądu doraźnego także dziś nie uznaję za bezprawne, ponieważ skierowane były wyłącznie przeciwko aktywnym bojownikom ruchu oporu”. Twierdził również, że jako sędzia kierował się wyłącznie prawnymi rozważaniami i dobrem narodu niemieckiego. Wyjaśniał, że podczas całej jego służby starał się o to, żeby nie było przypadków stosowania przemocy, ale nie mógł być odpowiedzialny za to, że ktoś był jednak maltretowany. Na rozprawie pytał oskarżonego, czy wszystko się zgadza i wszyscy mówili, że tak, wobec czego uniewinnienie było praktycznie wykluczone. Mimo zebranych przez prokuratora zeznań świadków zbrodni Thümmlera, Sąd Krajowy w Ellwagen postanowieniem z 10 czerwca 1970 r. umorzył postępowanie wobec uznania, że zarzucane Thümmlerowi czyny nie zostały wystarczająco przez prokuraturę udowodnione. Co ciekawe, na gruncie niemieckiego prawa karnego uchwalono ustawę z 25 sierpnia 1998 r. o uchyleniu narodowosocjalistycznych niesprawiedliwych wyroków karnych oraz orzeczeń o przymusowej sterylizacji, wydanych przez byłe sądy zdrowia dziedzicznego. Zgodnie z art. 1 par. 1 tej ustawy zostają uchylone skazujące orzeczenia karne, które zostały wydane przy naruszeniu elementarnych zasad sprawiedliwości po 30 stycznia 1933 r. z powodów politycznych, wojskowych, rasowych, religijnych lub światopoglądowych w celu przeprowadzenia lub utrzymania reżimu narodowosocjalistycznego. Ustawie tej podlegają również orzeczenia wydane przez Thümmlera na podstawie cytowanego rozporządzenia z 4 grudnia 1941 r. Niestety, akt spraw prowadzonych przez katowicki sąd doraźny nie odnaleziono. Niemcy, uciekając z Katowic, zniszczyli je lub ukryli. Niemieccy prokuratorzy w skierowanym przeciwko Thümmlerowi akcie oskarżenia podważali jego prawdomówność. Przypominali, że w 1949 r. w postępowaniu denazyfikacyjnym zeznał, że nigdy nie był w żadnym obozie koncentracyjnym.

Kłamał.

Bywał w Auschwitz co najmniej raz w miesiącu. W orzeczeniu z Ellwagen sąd stwierdził, że to niesłychane, iż Thümmler wchodził i wychodził z KL Auschwitz, najokrutniejszego obozu zagłady w historii ludzkości, a mimo to pozostał zwolennikiem nazistowskiego reżimu. Niemcy doskonale potrafili ocenić jego moralną postawę, ale nadal uważali, że nie ma dowodów pozwalających na postawienie go w stan oskarżenia.

Jak potoczyły się losy Thümmlera?

Żył bardzo długo. Był szanowanym prawnikiem. Od roku 1970 do 2002, kiedy umarł, żył w poczuciu bezkarności i przekonaniu, że wyroki, które wydał jako szef katowickiego gestapo, były słuszne.

Zna Pani przykłady, gdy zachowała się dokumentacja zbrodni, a mimo to sprawca uniknął odpowiedzialności?

Dokumentami takimi są akta Wyższego Sądu Krajowego w Katowicach, a dowodami zbrodni wydawane wyroki. Takie, jak ten w sprawie śląskiego duchownego ks. Jana Machy. Sąd nagiął prawo. Zastosował przepisy karne do czynu faktycznie niestanowiącego przestępstwa lub stanowiącego przestępstwo zupełnie innego rodzaju, i skazał księdza na śmierć. Orzekający w okresie II wojny światowej sędziowie i oskarżający prokuratorzy jak żadni inni prawnicy byli świadomi, że naginanie prawa stanowi przestępstwo, gdyż w kodeksie karnym Rzeszy Niemieckiej z 1871 r. istniał przepis, który przewidywał karę dla sędziów umyślnie naginających prawo na korzyść lub niekorzyść jednej ze stron. Ani sędziów, ani prokuratora występującego w tej sprawie nikt nigdy nie ścigał. Ani za ten wyrok, ani za inne. Po wojnie wykonywali oni zawody prawnicze. Gdy IPN zajął się tą sprawą, wszyscy oni już nie żyli.

Czy to przykłady jednostkowe, czy raczej świadczą o pewnej polityce niemieckiego sądownictwa?

W odniesieniu do prokuratorów i sędziów orzekających na terenie Polski nie da się tego stwierdzić. Po wojnie skala zbrodni i liczba osób odpowiedzialnych za te zbrodnie była tak wielka, że prawie nikt nie pochylał się nad wyrokami sądów, nie ścigał ich autorów. Poszukiwało się sprawców masowych egzekucji, członków załóg obozów koncentracyjnych, szefów gestapo czy dowódców SS, bo ci, którzy przeżyli wojnę, składali obszerne zeznania stanowiące dowody ich zbrodni.

A jednak kat Woli gen. SS Reinefarth uniknął odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w Warszawie. Dlaczego?

Nie wiem. Tak samo jak nie wiem, dlaczego odpowiedzialności uniknął Thümmler.

« 1 »
oceń artykuł
  • historyk
    29.11.2017 16:55
    Dlaczego uniknął odpowiedzialności? Wiec powiem. Bach Zelewski wymordował dziesiątki tysięcy Warszawiaków podczas powstania. Nigdy nie stanął przed sadem za zbrodnie w Polsce i ZSRR. W 1947 roku został „wypożyczony” przez Amerykanów i składał zeznania w Warszawie na procesie gubernatora dystryktu warszawskiego. Co znaczy wypożyczony? To znaczy ze polskie władze zobowiązały się Amerykanom zwrócić zbrodniarza bez sadu i bez postawienia oskarżeń za zbrodnie w czasie powstania.
  • Gość
    30.11.2017 03:06
    2 wojna, Gestapo, NKVD i Stalin, przywodcy aliantow, wszystko masoni i miedzynarodowi bankierzy ktorzy kontrolowali cala polityke i nadal to robia.
    doceń 1
  • Tobi
    30.11.2017 17:05
    Dlaczego uniknęli odpowiedzialności? Bo zabijali Polaków!. Gdyby zabijali Niemców sprawiedliwość by ich dosięgła.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji