Nowy numer 28/2020 Archiwum

Infiltracja

Chcę po cichu rozsiewać chorobę, na którą nie ma lekarstwa – mówił Matteo Farina. Wirus okazał się silnie zakaźny, choć na jego rozpowszechnianie Matteo dostał tylko 18 lat.

Jako dziecko był pucołowaty. Później wyszczuplał, być może z powodu choroby. Kibicował Juventusowi, czym nie wyróżniał się w rodzinnym Brindisi. Śpiewał w zespole rockowym. Interesował się naukami ścisłymi i ekologią. Dobrze się uczył, pewnie zostałby inżynierem. Kiedy przystępował do Pierwszej Komunii św., rzucił się w oczy ks. Damiano Comesowi. „Podczas homilii zapytałem dzieci, czy jest wśród nich ktoś, kto byłby gotów odpowiedzieć Jezusowi »tak«, gdyby któregoś dnia poprosił o to, żeby zostać sługą Eucharystii: kapłanem” – wspominał ks. Comes. Mały Matteo podniósł rękę i głośno powiedział: tak!

Inny kapłan Antonino Colasanti wspomina z kolei, że regularnie spowiadał Matteo: „To nie były spowiedzi dziecka, tylko osoby więcej niż dojrzałej duchowo. Kiedy się spowiadał, zawsze patrzył mi w oczy, nie zdarzyło się ani razu, żeby spuścił głowę. Za każdym razem zachęcałem go, żeby robił kolejny krok w życiu duchowym, a on to akceptował, z entuzjazmem się zgadzał”.

Sen o ojcu Pio

Matteo miał 10 lat, gdy pewnej nocy miał sen lub wizję. „Znajdowałem się w ogrodzie – opisywał potem. – Po jednej stronie była zieleń, drzewa, łąki i kwiaty. Po drugiej – tylko ziemia”. Matteo widział siebie jako wyschłe drzewo. W pewnym momencie pojawił się mężczyzna z sekatorem. – Pozbądź się swoich grzechów – powiedział i ściął kilka gałęzi. Matteo wrócił do postaci człowieka. Wtedy zobaczył wokół siebie wielką pustkę. Pobiegł z powrotem do zielonego ogrodu, gdzie spotkał człowieka ubranego w zwierzęce skóry. – Chrzczę cię drugi raz, aby zabrać twoje grzechy – powiedział mężczyzna. – Pustka, którą widziałeś, to ludzie, którzy nie wierzą w Boga, grzeszą i są smutni.

Na koniec chłopcu ukazał się o. Pio w brązowym habicie i z widocznymi na rękach stygmatami. – Opowiedz wszystko swojej rodzinie – nakazał Matteo. – Jeśli potrafisz zrozumieć, że ten, kto nie ma grzechu, jest szczęśliwy, powinieneś uświadomić to innym, żebyśmy mogli iść szczęśliwi razem do królestwa niebieskiego.

Na koniec święty zakonnik dodał, że Matteo nie powinien nic robić, dopóki nie pójdzie do kościoła.

Matteo potraktował sen bardzo poważnie. Postanowił – jak to ujął – infiltrować środowisko znajomych. „Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować moją misję »kreta« wśród młodzieży, mówiąc o Bogu – stwierdził kiedyś. – Obserwuję tych, którzy są dookoła, żeby dostać się między nich cicho niczym wirus i zarazić wszystkich nieuleczalną chorobą – miłością!”.

Infiltracja była skuteczna, bo Matteo Farina był duszą towarzystwa. Znajomi zapamiętali go jako człowieka, który interesował się problemami innych, doradzał, bronił dziewczyn przed natrętami. Udało mu się też stworzyć fundusz na rzecz wspierania misji w Mozambiku i namówić członków rodziny, by przekazali na niego pieniądze, zamiast kupować prezenty świąteczne. Wszędzie było go pełno. Razem ze swoją kapelą No Name występował w szkole i na lokalnych uroczystościach. Odniósł sukces w konkursie ekologicznym. Pisał też wiersze.

W cudzym świecie

Był wrzesień 2003 r., kiedy Matteo zgłosił się do lekarza z powodu ataków nagłego bólu głowy. Przeszedł badania w Avellino i Weronie, następnie został wysłany do kliniki w Hanowerze. Przeprowadzono tam trudny i ryzykowny zabieg biopsji mózgu, polegający na pobraniu tkanki z głowy. „Przychodzi lekarz, zabiera turban i zostawia tylko bandaże. Włosy nie trzymają się głowy, wydają się włosami lalki Barbie” – notował Matteo w pamiętniku, który zaczął prowadzić, kiedy zachorował. Wyniki badań wypadły dobrze. Pacjenta odesłano do domu. Okazało się jednak, że to dopiero początek walki z rakiem.

Pomimo cierpienia, jakie dotknęło chłopca, w jego zapiskach nie znajdziemy pretensji do Boga. Autor pamiętnika jest wdzięczny ludziom, którzy umożliwili mu badania za granicą i cieszy się, że pacjenci leżący obok czują się lepiej. Bliscy wspominają, że starał się nigdy nie obciążać ich swoim bólem. Nie oznacza to, że było mu łatwo. „Jednego dnia bawisz się z przyjaciółmi, śmiejesz się i jesteś szczęśliwy. Potem nagle cierpienie i choroba – pisał. – Zanim się zorientujesz, zostajesz katapultowany do świata, który nie wydaje ci się twój. Wszystko wydaje się niemożliwe. Uważasz, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. Wreszcie wracasz do domu: Bóg jest wielki, co za radość. Myślisz, że jesteś zdrowy, ale zaraz potem wraca cierpienie”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama