Nowy numer 4/2021 Archiwum

Trzeba siać przejdź do galerii

Ostatni etap prac ekshumacyjnych na „Łączce” jest najtrudniejszy...

Kwatera Ł, czyli niewielki fragment ziemi tuż przy murze cmentarnym Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie. To tutaj w latach 1948–1956, najpewniej nocą, służby więzienne zwoziły ciała polskich bohaterów mordowanych w więzieniu mokotowskim. Ofiary komunistycznego terroru – nawet 300 osób – wrzucano do naprędce wykopanych dołów, często po kilka do jednego. Bliscy, Warszawa i cała Polska mieli o nich zapomnieć. W latach 60. na miejscu pochówku urządzono kompostownię, następnie śmietnik, a w początkach lat 80. ostatecznie spróbowano rozwiązać problem potajemnie stawianych krzyży, ukradkiem składanych kwiatów i cichej modlitwy. Wtedy na część Kwatery Ł, decyzją Miejskiej Rady Narodowej i Komendy Garnizonu Miasta Warszawa, wjechał ciężki sprzęt, który „przygotował” teren pod nowe groby. Bezczeszcząc szczątki niezłomnych. W miejscach tajnych pochówków rozpoczęły się oficjalne pogrzeby osób zasłużonych dla PRL. W tym ludzi bezpośrednio związanych z aparatem terroru. Rozpoczęty właśnie ostatni etap prac ekshumacyjnych na „Łączce” dotyczy tego miejsca. I dlatego jest najbardziej żmudny, trudny i dramatyczny.

Jak przy relikwiach

Wcześniejsze prace na Kwaterze Ł, choć wymagające czasu, ciężkiej fizycznej pracy, gigantycznego przygotowania merytorycznego i dokumentacji historycznej, były o tyle prostsze, że dotyczyły poszukiwań szczątków, które od momentu wrzucenia w ziemię pozostały nienaruszone. Ekipa prof. Krzysztofa Szwagrzyka, obecnie wiceprezesa IPN, dyrektora Biura Poszukiwań i Identyfikacji, wydobywała je m.in. spod cmentarnych alejek i z miejsc, do których nie dotarły buldożery. Obecnie, by dotrzeć do szczątków niezłomnych, trzeba najpierw rozebrać współczesne groby, by przekopać tony ziemi. A potem te tony... ręcznie przesiać.

Na ogrodzonym terenie części Kwatery Ł koparka podnosi elementy betonowych grobów z lat 80. Najdelikatniej, jak to możliwe. Wykopany został kilkumetrowy dół. Widać trzy betonowe pozostałości po grobach. Między jedną jamą grobową a drugą znajduje się pas ziemi. Do każdego centymetra sześciennego tej ziemi pracownicy IPN i wolontariusze podchodzą ze skupieniem. Choć postronny obserwator przez pierwszych kilka chwil nie zauważa w bryłach ziemi nic wyjątkowego. Ziemia, zimna i mokra – bo koniec kwietnia nie rozpieszcza – jest niewielkimi łopatkami ładowana do wiader. Wiadra podawane są na stanowisko, gdzie kilogram po kilogramie, tona po tonie, ziemia z „Łączki” jest przesiewana. – To żmudna praca. Tu nie będzie, jak przy wcześniejszych pracach, „strzałów” fotograficznych, gdy odnajdywaliśmy w jednej jamie grobowej po kilka całych szkieletów – mówi prof. Krzysztof Szwagrzyk, jednocześnie uważnie wpatrując się w dół. – Obecnie na kilkudziesięciu centymetrach w głąb, ale i na kilku metrach znajdujemy porozrzucane, rozczłonkowane fragmenty szkieletów. Nie mamy nawet pewności, czy znalezione obok siebie należą do jednej czy kilku osób...

Wolontariusz zauważa duży fragment kości. To kawałek miednicy. Tuż obok – mocno wbite w ziemię – kości długie, prawdopodobnie udowe. Archeolog pracujący na Łączce wyjmuje je z ziemi z pietyzmem. Wkłada do opisanych plastikowych przezroczystych worków. Medycy sądowi będą potem „układać” fragmenty w szkielet, by następnie badanie DNA dało odpowiedź: kim jest kolejny odnaleziony człowiek. – Żuchwa! Jest żuchwa! – informuje ktoś szeptem, z nieskrywaną radością. Fragment żuchwy jest ważnym znaleziskiem. Z zębów najprościej pobrać próbki DNA, więc identyfikacja ofiary będzie stosunkowo prosta.

Przed rozpoczęciem prac istniało przypuszczenie, że ziemia wraz ze szczątkami niezłomnych, gdy robiono pochówki w latach 80., została wywieziona gdzieś w nieznane i po prostu wyrzucona. Tak się jednak nie stało, i to było dla poszukiwaczy dobre odkrycie. Złe to takie, że ówcześni „porządkujący” cmentarz po prostu rozgrzebywali ziemię i odnalezione kości wtykali gdzie popadło.

– To fragment czaszki – profesor Szwagrzyk trzyma na dłoni niewielki, cienki, brunatnobrązowy fragment kości. – Do tej pory nie znaleźliśmy ani jednej czaszki w całości. Wszystkie są roztrzaskane. Na tym fragmencie wyraźnie widać wylot kuli. Ofiara była zabita metodą „katyńską”, czyli strzałem w tył głowy, z bliskiej odległości. Kula wylatywała, o, właśnie w tym miejscu...

Trwają prace. Większe fragmenty szczątków wyjmowane są wprost z dołów. Mniejszych szuka się na sitach. Wolontariusze, pan Mariusz i pan Waldemar, niezmordowanie przesiewają gliniastą ziemię. Sito wielkie, okrągłe, przypomina te z filmów o poszukiwaczach złota i diamentów. Ale tu się szuka o wiele cenniejszych skarbów... – O, są małe fragmenty kości. Jedna kosteczka, druga. To chyba fragmenty dłoni – pokazują. I ostrożnie, jakby trzymali relikwie, wkładają centymetrowe kosteczki do torebek foliowych.

Będą nowe krzyże...

Obecne prace są wykonywane na placu o wymiarach ok. 45 metrów na ok. 35 metrów. Potrzeba doskonałej logistyki i organizacji, by taki teren właściwie przebadać. Nowelizacja prawa umożliwiła ekshumacje osób, które zostały tu pochowane w latach 80. Sprawą, z dużym taktem, zajmowali się pracownicy urzędu województwa mazowieckiego. Rozmawiali z rodzinami, organizowali nowe pochówki. Do grudnia ubiegłego roku przeniesiono blisko 200 grobów. Byli tu pochowani zbrodniarze komunistyczni, choćby Roman Kryże, sędzia orzekający w procesach politycznych, który m.in. przyczynił się do skazania na śmierć rotm. Pileckiego. „Sądzi Kryże – będą krzyże” – mówiono o sędzim...

– Jednak większość z potomków osób pochowanych w latach 80. nie była w żaden sposób związana z aparatem terroru. Ich bliscy to inżynierowie, lekarze (najniżej w stopniu majora), którzy byli „zasłużeni dla PRL”. Potomkowie rozumieli potrzebę naszych badań, byli też zmęczeni zamieszaniem wokół „Łączki”. Obecna sytuacja – przeniesienie szczątków w inne miejsca – jest więc dla nich optymalna – opowiada prof. Szwagrzyk.

Pierwszy tydzień prac odbywa się niemal bez wolontariuszy. Na kolejne zapisało się już blisko sto osób. Przejdą specjalne przygotowanie i szkolenie, i... będą siać. Przesiewać ziemię, układać znalezione między bryłami ziemi najmniejsze nawet fragmenty kości. – Na końcu prac nikt nie będzie wiedział, kto wydobył rotmistrza. I nikt się nigdy nie dowie, kto przywrócił godność generałowi. A ja wierzę, że zostaną odnalezieni. Odnalezieni przez wszystkich tu pracujących: 30 pracowników Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN i dziesiątki wolontariuszy – mówi prof. Szwagrzyk o wielkich symbolach poszukiwań, nadal nieodnalezionych bohaterach: rotmistrzu Pileckim i gen. Fieldorfie „Nilu”. A krzyże nad ich grobami przestaną być anonimowe.

Pamiątki

Z ziemi ktoś podnosi kilkunastocentymetrowy fragment skórzanego buta. Zbutwiały, przegniły. Widać dokładnie dziurki na sznurowadła. Oczyszczony z ziemi jest pakowany do przezroczystej folii i opisywany. – O, a tu jest guzik! – wolontariusz Mariusz, po przesianiu kolejnego wiadra ziemi na dużym stojaku – sicie, pokazuje przeżarty starością i leżeniem w mokrej ziemi niewielki okrągły przedmiot. Być może ten guzik pochodzi z więziennego drelicha. Bywa, że znajduje się też guziki z... niemieckich mundurów. Bo również w niemieckich mundurach komunistyczne władze przetrzymywały i zabijały polskich patriotów.

Na „Łączce” rzadko znajduje się inne pamiątki po ofiarach. Komunistyczni oprawcy z Mokotowa zadbali, by wielotygodniowy, wielomiesięczny areszt i tortury pozbawiły więźniów wszystkich przedmiotów osobistych. Ofiarom systemu, zabitym nieco wcześniej, tuż po wojnie, m.in. w areszcie na Pradze, a pochowanym na Bródnie, czasem udawało się pozostawić po sobie jakiś drobiazg. Do końca wierzyli, że kiedyś zostaną odnalezieni. Podczas kwietniowych prac IPN na Bródnie przy jednym z ciał odnaleziono szczoteczkę do zębów z wyrytymi danymi ofiary, a przy innych szczątkach – ryngraf z Matką Bożą Częstochowską. – Wyniki badań konserwatorskich ujawniły imię, nazwisko i adres ofiary, wyryte na ryngrafie. To Olszewski Bohdan Stanisław. Jest to jeden z żołnierzy straconych w więzieniu na Pradze. Pod spodem mamy napis: Żyrardów, Szkolna 12. Wyryto też napis po łacinie (co gwarantowało, że oprawcy go nie zrozumieją): „Niech żyje NSZ, tak przemija chwała tego świata” – opowiada Piotr Życieński, fotograf IPN, który od początku prac ekshumacyjnych dokumentuje je klatka po klatce.

Od kiedy w 2012 r. została na „Łączce” wbita pierwsza łopata, odnaleziono ok. 200 szczątków ofiar. W ziemi pozostało jeszcze ok. 100 zamordowanych. – Wszystkie prace, choć z trudem, układały się w porządek, którego nie do końca byliśmy w stanie sami zaplanować. Obecne, najcięższe prace są możliwe wyłącznie dzięki gigantycznemu doświadczeniu, które zdobyliśmy wcześniej – dodaje prof. Szwagrzyk. – Każdy etap prac jest inny, mordercy byli ci sami, a jednak w ziemi znajdujemy coś zupełnie innego. A zdajemy sobie sprawę, że każdy nowy dzień może przynieść konieczność zmiany metod pracy.

Ekshumacje będą trwały co najmniej do czerwca. Co dalej? Szczątki zostaną przebadane, kolejne osoby zidentyfikowane. Dołączą do blisko 60 już rozpoznanych bohaterów, w tym legendarnych dowódców: mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” czy ostatniego dowódcy NSZ ppłk. Stanisława Kasznicy. Tworzone jest też konsorcjum dziewięciu podmiotów medycznych, które ma zagwarantować szybsze i sprawniejsze prace identyfikacyjne. Dotychczas identyfikacja niektórych szczątków bohaterów trwała zaskakująco długo. – Nie wyobrażam sobie też, by to miejsce – pokazuje plac prof. Szwagrzyk – przesiąknięte krwią bohaterów narodowych, nie zostało godnie upamiętnione. Tu musi być stworzony panteon narodowy, który w odpowiedni sposób upamiętni niezłomnych. Obecna tu obok konstrukcja to labirynt katakumb i czasowy pomnik.

Wolontariusz Mariusz Doromoniec, przesiewając ziemię, raz po raz próbuje rozbijać niewielkie... kamienie. To, jak mówi, na wszelki wypadek. – Kiedyś intuicyjnie stuknąłem w coś, co było bardzo twarde i wyglądało jak kamień, tymczasem był to fragment kości otoczony zbryloną i zastygłą ziemią. Od tego czasu wszystko sprawdzam – mówi. – To, owszem, ciężka praca, ale mam przeświadczenie, że uczestniczę w wydarzeniu wyjątkowym, historycznym. I dla tej misji na jakiś czas swoją firmę powierzam wspólnikowi, a tutaj przesiewam i przesiewam, i przesiewam… – Ci, którzy tu pracują, wiedzą, że w świętej sprawie to robią. Trzeba siać. Przesiewać ziemię i siać świadomość o bohaterach narodowych – komentuje prof. Szwagrzyk. – Wolontariusze przyjeżdżają tu z Polski i z zagranicy. By pomagać, dopłacają do mieszkania i utrzymania w Warszawie. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli jest lodowato, a potem upał, jeśli się pracuje po kilkanaście godzin dziennie, i że jeśli już nie wystarcza piąta kawa, to żeby nadal pracować, trzeba głęboko wierzyć w sens tego poświęcenia. Siania.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama