Nowy numer 2/2021 Archiwum

Opowieść wielkanocna

Kasia jest albo szalona, albo…

Obserwowałem Kasię i jej męża Kubę z dystansu. Najpierw byłem – przypadkiem – na spotkaniu rybnickiego Ogniska Świętej Rodziny, na którym powiedzieli wprost, że Kuba ma raka. Poprosili o wsparcie. Byli uśmiechnięci, pogodni. – Na razie odrzucają to od siebie, to normalne – pomyślałem. Potem spotkaliśmy się w Tychach. Kuba – spokojnie uśmiechnięty, Kasia – jak zwykle radosna, ze wzniesionymi rękami i „Alleluja” na ustach. Potem byliśmy jeszcze w Łomiankach na modlitwie o uzdrowienie z charyzmatykiem o. Antonellem Cadeddu. Kasia – znów w tańcu uwielbienia. – A co będzie, jeśli jej mąż nie zostanie uzdrowiony? Chryste – jęknąłem w duchu – przecież oni mają małe dzieci… Aż w końcu spotkaliśmy się na pogrzebie Kuby. Jedni płaczący, inni bezradnie smutni, jeszcze inni złościli się na „tego raka”. Kasia zupełnie nie wyglądała na wdowę. – To psychiczne wyparcie. Co będzie, gdy ci wszyscy serdeczni ludzie odejdą i zostanie sama? – martwiłem się. Minął ponad rok od śmierci Kuby. Kasia wciąż szeroko uśmiechnięta wielbi Pana Jezusa. Albo oszalała, albo…

Wchodzę w to!

– Poznaliśmy się z Kubą na pielgrzymce w Częstochowie – wspomina Kasia. – Tam zrozumiałam, że ja jestem pisana jemu, a on mnie. Chciałam to sfinalizować. Dojrzałam do tego, by wziąć ślub. On potrzebował czasu. Rozstaliśmy się. On zauroczył się inną dziewczyną. Ja dużo się za niego modliłam. Rzadko się widywaliśmy. Po roku zadzwonił. Pamiętam, że wracałam z pracy. On zrzucił z siebie kożuch. Na śnieg. Klęknął przede mną. Przeprosił. A ja jestem polonistka, romantyczka, estetka… Pomyślałam: „Wchodzę w to!”. Zawsze uwielbiałam taniec. A on na koncercie Ewy Urygi poprosił mnie do tańca. I tak zaczął się nasz taniec wspólnego życia. Do małżeństwa przygotowywaliśmy się metodą dialogową. Mieliśmy m.in. napisać na kartkach, jakie są nasze priorytety. Okazało się, że mamy różne. Dla Kuby to była praca, dla mnie – rodzina. Jak to pogodzić? Musieliśmy stanąć w prawdzie i zdecydować: będziemy razem czy nie? Pobraliśmy się w 2003 r. W 2006 r. urodziła się Julka. Była wcześniakiem z wadą przełyku. Inne mamy mogły tulić dzieci, karmić je. A moja córeczka była na OIOM-ie. Marzenia o tym, jak to będzie cudownie, prysły jak bańka mydlana. To był trudny okres, ale też czas pierwszego wewnętrznego szukania Pana Boga. Obydwoje z Kubą pomalutku przewartościowywaliśmy swoje życie. To było nasze pierwsze nawrócenie. Pan Bóg zwyciężył. A Julka, ku zdumieniu innych, zaczęła szybko wracać do zdrowia.

Przeprowadziliśmy się do Rybnika. Powiedziałam wtedy do jednego z zakonników, że chciałabym w tym mieście spotkać samych dobrych ludzi. A on dał mi w odpowiedzi namiary na rybnickie Ognisko Świętej Rodziny. Pojechaliśmy na ogniskowe rekolekcje (program „JA + TY = MY”). To było po tym, jak zaszłam w ciążę i poroniłam. Nie pochowaliśmy dziecka, bo nie mieliśmy świadomości, że można to zrobić. Na rekolekcjach poradzili nam, żeby nadać utraconemu dziecku imię. Nazwaliśmy je: Franciszek. W sercu znów zagościł pokój. Potem urodziła się Tereska. Zaczęłam prowadzić klub malucha, a Kuba – pasjonat ekologii – kierował firmą instalującą nowoczesne systemy grzewcze: kolektory, pompy ciepła.

To była scena jak z filmu

W marcu 2015 r. Kuba zachorował. Od razu powiedzieliśmy o tym wspólnocie. Chcieliśmy, żeby ludzie, którym ufamy, modlili się za nas. Wtedy wpadła mi w ręce książka Merlina Carothersa pt. „Moc uwielbienia”. Dlatego przytuliliśmy się do rybnickiej Wspólnoty Jezusa Miłosiernego. I jak tańczyliśmy na początku naszej znajomości z Kubą, tak na spotkaniach modlitewnych tej wspólnoty mogliśmy wyskakać Jezusowi nasze cierpienie. Kuba czuł, że usycha, jeśli regularnie nie oddaje go Bogu. I tak uwielbienie Jezusa stało się terapią.

Pojechaliśmy do ks. Darka Krawczyka, czterdziestoparoletniego przełożonego Instytutu Świętej Rodziny w Łomiankach, który też umierał na raka. Rozumiałam, że przez jego umieranie Pan Bóg może udzielać wielkich łask. Pojechałam tam z Kubą po jedno: po uzdrowienie. Chciałam mieć Kubę zdrowego. A ks. Darek mówił o współcierpieniu z Chrystusem. Nie pasowało mi to. Miało być uzdrowienie – i koniec!

W pewnym momencie podczas modlitwy ksiądz wyciągnął relikwie św. Jana Pawła II i przyłożył je do ciała Kuby. To była scena jak z filmu. Całe ciało Kuby wpadło w drżenie. Zaczął się mocno pocić. Stracił przytomność. Byłam przerażona. Nic z tego nie rozumiałam. Gdy to ustąpiło, Kuba poczuł się dobrze. Był wypełniony pokojem. Powiedział: „Kasiu, jestem uzdrowiony”. Ks. Darek na to: „No, zobaczymy”.

I ja, i Kuba byliśmy przekonani, że nastąpiło uzdrowienie. Że nie trzeba będzie przechodzić przez kolejną chemioterapię. Żeby to potwierdzić, zrobiliśmy badanie tomografem. Okazało się, że nie ma. Nie ma uzdrowienia.

Mogliśmy się buntować, czuć rozczarowanie. Ale tak się nie stało. Najpiękniejsze było to, że chcieliśmy trwać w uwielbieniu. Mówić Bogu: „Bądź wola Twoja, Ty wiesz lepiej”.

Kuba stał się piękniejszy. Potrafił wstać rano, wziąć różaniec i się modlić, choć wcześniej miał z tym problemy. Kolejnym krokiem (dzięki ewangelizacyjnemu kursowi Nowe Życie) było dostrzeżenie swoich grzechów, zwłaszcza materializmu, który obydwojgu nam zawrócił w głowach, wpędził w kredyty.

Ludzie patrzyli na nas jak na wariatów, bo cieszyliśmy się, otwieraliśmy swój dom na innych, a kolejne wypisy ze szpitala kładliśmy pod krzyżem. Kuba był szczęśliwy, że może dzielić się swoimi doświadczeniami z innymi. Potrafił modlić się z klientami, z pacjentami w szpitalu. Chodziliśmy też na kursy przedmałżeńskie, żeby rozmawiać z ich uczestnikami.

Kuba w chorobie napisał do mnie list (pisownia oryginalna): „Moja najdroższa małżonko, (…) chcę Tobie podziękować za to, że jesteś i w tym pięknym okresie zbliżyliśmy się razem do Pana Boga, Maryi, Józefa i dzieciątka. Muszę ci wyznać, że miniony rok był najpiękniejszym wraz z tobą rokiem naszego wspólnego bycia i zbliżania się do Naszego Pana. Kasiu, dziękuję Tobie za miłość, wiarę i Nadzieję, uśmiech i radość i każdą wspólną spędzoną chwilę. Kocham Cię bardzo i pragnę się wraz z Tobą przez Maryję zbliżać do Jezusa. Razem wielbijmy Pana i dzielmy się radością z innymi. Jakub”. I dopisek: „dłonie drżały, przepraszam”.

Ostatni dzień Jakuba

Poszedł na Eucharystię na godz. 6.30. Wrócił spłakany. „Coś ty, stary, taki duży, a płaczesz?” – spytałam półżartem. A on na to, że zakonnik, który odprawiał Mszę, też chory na raka, podszedł i tylko jemu jednemu udzielił Komunii pod obiema postaciami.

Kuba był bardzo wzruszony. Pojechał do klientów. A do naszego domu przyszli goście na lepienie pierogów. Kuba wrócił do domu z klientami, ewangelikami. Cieszył się, zajadał się pierogami. Po wyjściu gości powiedział, że boli go głowa. Potem już tylko bełkotał. Zadzwoniłam do Majki, zaprzyjaźnionej pielęgniarki. Przyszła i powiedziała, że trzeba go wziąć do szpitala.

Wtedy wypowiedział swoje ostatnie słowa. Spojrzał na zegarek, a w kościele zabiły dzwony. Powiedział: „Droga Krzyżowa”. – „To twoja Droga Krzyżowa” – odpowiedziała Majka.

W szpitalu okazało się, że to przerzuty do mózgu. Byłam w szoku, ale do końca wierzyłam w uzdrowienie Kuby. Śpiewałam mu, była we mnie radość. Czułam się jak Maryja pod krzyżem, ale wszystko zanurzałam w miłosierdziu Bożym. Mówiłam Bogu: „Jest Rok Miłosierdzia. Jak mam je głosić, jeśli nie uzdrowisz Kuby?”.

Od Majki wiedziałam, że lekarze i pacjenci rozmawiali o Kubie między sobą. Zastanawiali się, co to za człowiek, że tylu ludzi do niego przychodzi, że się modlą, że przynieśli relikwie Jana Pawła II. Po jednej z takich modlitw pani ordynator stwierdziła, że to zakłóca spokój. Wydała zakazy. Kiedy nie można już było wchodzić do pokoju Kuby, ludzie modlili się pod oknem szpitala.

Jakub odszedł 29 lutego 2016 r. przy swojej siostrze i przy Psalmie 136: „Alleluja, chwalcie Pana, bo dobry, bo Jego łaska na wieki”.

Zadzwonili z informacją, że jego serce przestaje bić. Przyjechałam. Stanęłam w drzwiach i – wielka łaska! – zobaczyłam mojego męża, który był… taki piękny! Po śmierci Bóg zabrał z jego twarzy całe cierpienie. Na ustach pojawił się lekki uśmiech.

Nie mówiłam tego wielu osobom, ale on… naprawdę pachniał… To był kwiatowy zapach… Wzięłam do ręki relikwie św. Jana Pawła II, podniosłam i powiedziałam: „Teraz patrzymy w górę”. To znaczy: nie adorujmy śmierci, adorujmy życie. Zaczęłam się przytulać do mojego męża. Tak bałam się tego momentu, a on był taki piękny…

Bałam się też sytuacji, w której będę musiała przekazać dzieciom (3 i 9 lat), że tata umarł. Powiedziałam im: „Mam dwie wiadomości: jedną bardzo smutną i jedną bardzo radosną. Bardzo smutna jest taka, że tatuś już nie zagra z wami w piłkę, nie połaskocze was. Tatuś zmarł. A bardzo radosna jest taka, że tata jest w niebie”. Wtedy stało się coś, czego nikt się nie spodziewał: dziewczynki zaczęły tańczyć. I ja zaczęłam tańczyć. Była radość. Jak w Biblii: „Zamieniłeś w taniec mój żałobny lament”. Dzieci nasiąkły świętością Kuby.

Na pogrzebie czułam pokój. Byłam jeszcze w szoku. Ale miałam dar odwagi. Składali mi kondolencje, a ja mówiłam: „Nie płaczcie, pamiętajcie, co Jakub wam mówił, gdy zakładał wam kolektory”.

Pogrzeb odbył się w pierwszą sobotę marca. Następnego dnia poszłam do kościoła. To była liturgiczna Niedziela Radości. Wzniosłam ręce. Ludzie z otoczenia stwierdzili, że całkiem zwariowałam. Składali kondolencje, a ja im mówiłam: „Jakie kondolencje? On jest w niebie! Umarł odziany w szkaplerz, a Matka Boża obiecała, że kto umrze w szkaplerzu, tego w pierwszą sobotę po śmierci wprowadzi do nieba. On już jest w niebie!”.

Najtrudniejsze pytania

Po pogrzebie najtrudniejsze były pytania: „Boli cię?”, „Minął rok, jest już lepiej?”. Ludzie sprawdzali, na ile jestem autentyczna. Wkładali palce w moje rany. Inni – w dobrej wierze – wysyłali mnie do psychologa, na terapię. Niektórzy mówili: „Ale tragedia cię spotkała”. Ciekawe, że nie mówią tak, gdy ludzie się rozwodzą, a tragedią nazywają duchowe zwycięstwo…

Jest trudno, bo nie mam już fizycznego wsparcia Jakuba. Ale mam siłę. Czuję się powołana do głoszenia Zmartwychwstania. Mogę przeklinać albo błogosławić i wybieram błogosławieństwo. To, co myślę o śmierci męża, opisuje Księga Mądrości: „Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju”.

Zaczęłam to głosić, tym żyć. Jest pokój, radość, łagodność dla tych, którzy mnie nie rozumieją. To trwa. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama