Nowy numer 32/2020 Archiwum

Dookoła szalała śmierć

Nie mieli prawa wyjść z tego cało. Nawet jeśli jakimś cudem nie zmiótłby ich gnający z prędkością 1500 km/h atomowy podmuch i nie spaliła fala ognia, powinni byli umrzeć wskutek promieniowania. Przeżyliśmy nuklearne piekło dzięki Maryi – nie mieli wątpliwości.

Najpierw był krótki błysk. Kwadrans po ósmej niebo eksplodowało pół kilometra nad niczego niespodziewającym się miastem. Kula ognia w okamgnieniu osiągnęła średnicę niemal 300 m, a temperatura podskoczyła do 300 tys. st. Celsjusza. Topiło się wszystko w promieniu 400 metrów. Oślepiający błysk poraził miasto, a dziesiątki tysięcy ludzi w ciągu chwili… zniknęły z powierzchni ziemi. O godz. 8.16 Hiroszimę dosięgła zagłada.

Chłopczyk niesie śmierć

6 sierpnia 1945 r. o godz. 2.45, gdy port na wyspie Honsiu smacznie spał, za sterami bombowca B-29 zasiadł 29-letni pułkownik Paul Tibbets. Na pokładzie bombowca, który nazwał familiarnie imieniem i panieńskim nazwiskiem swej matki (od tej pory zbitek słów „Enola Gay” będzie zawsze kojarzył się z zagładą), miał jedną bombę, o długości 3 m i średnicy 71 cm, która ważyła 4035 kg. Nazwano ją zdrobniale Chłopczykiem. O 8.16.02 „Little boy”, z mocą równoważną 15–16 kilotonom trotylu, eksplodował nad Hiroszimą, a grzyb o wysokości 15 km zasłonił cmentarz, w jaki zamieniło się miasto. Demonstracja siły USA miała zmusić Japończyków do kapitulacji.

Efekt był porażający. Poparzeni byli nawet ci, którzy znajdowali się 3,5 km od miejsca eksplozji. Po morzu ognia przyszła fala uderzeniowa. Podmuch pędzący z prędkością 1500 km/h pozostawiał po sobie zgliszcza. Budynki rozsypywały się jak domki z kart. 13 km kw. miasta zmieniło się w kupę gruzów, a spośród 90 tys. budynków 62 tys. zostały zrównane z ziemią. Dotychczas taki efekt osiągano dzięki setkom nalotów dywanowych i tysiącom ton zrzuconych bomb.

To nie był jeszcze koniec. Po fali uderzeniowej na zrujnowany japoński strategiczny port, w którym łodzie podwodne uzupełniały paliwo, spadł radioaktywny deszcz. Słynny „grzyb”, który trafił do podręczników historii, widoczny był z odległości 600 km. Bomba uranowa w ciągu chwili zmiotła z powierzchni ziemi 78 tys. ludzi, a 40 tys. innych poważnie okaleczyła. W ciągu 5 lat na chorobę popromienną zmarło około ćwierć miliona osób. „Między poważnie uszkodzonym szpitalem Czerwonego Krzyża a środkiem miasta nie widziałem niczego, co nie byłoby spalone na węgiel – relacjonował jeden z lekarzy w Hiroszimie. – Na ulicach Kawaya i Kamiya stały tramwaje, a w środku dziesiątki ciał, sczerniałych nie do poznania. Widziałem zbiorniki przeciwpożarowe wypełnione po brzegi zmarłymi ludźmi, którzy wyglądali, jakby się ugotowali na żywo”.

Eksplozja wstrząsnęła powietrzem

Tuż po porannej Mszy św. 30-letni jezuita Hubert Schiffer wszedł do pokoju na plebanii i zabrał się za jedzenie śniadania. Podniósł do ust połówkę grejpfruta, gdy nagle zauważył za oknem potężny błysk. „Pewnie eksplodował jeden z tankowców w pobliskim porcie” – pomyślał. Nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił… – Potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem – opowiadał po latach. – Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy. Zostałem obsypany odłamkami szkła. Gdy upadłem na ziemię i podniosłem oczy, zauważyłem, że wokół naszego domu nie ma nic.

Kościół i dom, w którym modliło się ośmiu niemieckich jezuitów, znajdowały się w samym epicentrum wybuchu: 8 budynków od serca eksplozji. W chwili gdy Hiroszima stała się miastem gruzów, ocaleli wszyscy jezuici. Jak to możliwe? Przecież w promieniu 1,5 km ludzie natychmiast ginęli! Dom, w którym mieszkali kapłani, pozostał na swym miejscu, a Hubert Schiffer otarł jedynie strużkę krwi płynącą po szyi – efekt niewielkich zadrapań. „Ocaleliśmy dzięki Maryi, dzięki temu, że zawierzyliśmy słowom, które przekazała w Fatimie” – opowiadał wielokrotnie.

Proszę przygotować się na najgorsze – usłyszał jeszcze w 1945 r. o. Hubert. – Ojca ciało niebawem zacznie się rozkładać. To efekt promieniowania. Lekarze wojskowi nie mieli racji. Jezuita cieszył się dobrym zdrowiem przez następne 33 lata, a jego wielokrotnie badane ciało nie wykazywało najmniejszych oznak napromieniowania ani żadnych skutków ubocznych spowodowanych wybuchem bomby. Jezuitów z Hiroszimy traktowano jak króliki doświadczalne: w ciągu 30 lat poddano ich 200 badaniom, a za każdym razem lekarze nie znajdywali żadnych skutków ubocznych eksplozji. – Jesteśmy przekonani, że przeżyliśmy, ponieważ żyliśmy przesłaniem fatimskim. Codziennie głośno odmawialiśmy w naszym domu Różaniec i czyniliśmy pokutę – powtarzał z uporem o. Hubert Schiffer. Zmarł 27 marca 1982 r. w wieku 67 lat.

Czy da się naukowo wytłumaczyć ten fenomen?

„W odległości kilometra od wybuchu dominuje temperatura od 2,5 do 3 tys. stopni Celsjusza, a fala ciepła uderza z prędkością dźwięku, napierając z ciśnieniem większym niż 600 psi – komentował dr Stephen Rinehart z Departamentu Obrony USA. – Jeśli jezuici znajdujący się w obrębie jednego kilometra od epicentrum wybuchu byli poza plazmą bomby atomowej, ich siedziba powinna być ponad wszelką wątpliwość zniszczona. Konstrukcje żelbetowe i z cegły ulegają zniszczeniu w wyniku nacisku 3 psi. Takie ciśnienie powoduje uszkodzenie słuchu i wypadanie okien. Przy 10 psi uszkodzeniu ulegają płuca oraz serce. Z kolei ciśnienie rzędu 20 psi rozsadza kończyny. Głowa eksploduje przy ciśnieniu 40 psi, i takiego naporu ciśnienia nikt nie jest w stanie przeżyć, gdyż czaszka zostaje rozsadzona. Wszystkie bawełniane ubrania zapalają się w temperaturze około 200 stopni Celsjusza, a płuca wyparowują w ciągu minuty od wciągnięcia tak gorącego powietrza. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt nie powinien zostać przy życiu w odległości jednego kilometra. Ani w odległości dziesięć razy większej – 10–15 km od epicentrum wybuchu”.

Co ciekawe, jednym z jezuitów pracujących wówczas w Hiroszimie był Pedro Arrupe, który po 20 latach od wybuchu bomby atomowej został generałem zakonu (był w nim latach 1965–1983). W czasie eksplozji od trzech lat pracował jako przełożony jezuitów w Japonii i mistrz nowicjatu, którego budynki znajdowały się na przedmieściach Hiroszimy. Gdy na miasto runęła bomba, jako jeden z pierwszych dotarł z pomocą do centrum i przekształcił dom nowicjatu w szpital polowy dla kilkuset ciężko poparzonych. Jego pomoc okazała się bezcenna, bo 60 ze 150 lekarzy Hiroshimy zginęło, a większość pozostałych była ranna i umierająca (z 1780 pielęgniarek aż 1654 zginęły lub odniosły śmiertelne obrażenia).

W chwili gdy ryzykując życie, o. Aruppe wysyłał swą ekipę ratunkową do wymierającego centrum, zaczął padać błotnisty, radioaktywny deszcz, a powietrze wypełnił „elektryczny zapach” jonizacji. Ojciec Arrupe niestrudzenie służył ofiarom eksplozji. Nic dziwnego, że Japończycy wystosowali publiczne podziękowania do niego i całego zakonu.

Od 72 lat nauka nie jest w stanie wytłumaczyć tego, w jaki sposób katoliccy kapłani przeżyli w samym epicentrum atomowego piekła. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także