Nowy numer 3/2021 Archiwum

Wiara w Boga ocala

O pracy nad filmem „Wyklęty” opowiada Marcin Kwaśny, producent i odtwórca roli porucznika „Wiktora”

Edward Kabiesz: Film w reżyserii i według scenariusza Konrada Łęckiego jest pierwszym zrealizowanym przez Pana fundację, która zajmowała się dotychczas przedsięwzięciami teatralnymi. Co w tym scenariuszu zwróciło Pana uwagę?

Marcin Kwaśny: Scenariusz mnie wzruszył. Ujęło mnie osamotnienie głównego bohatera. Scenariusz jest oparty na wydarzeniach z życia Józefa Franczaka, który ukrywał się 18 lat i zginął z bronią w ręku w 1963 roku. Poruszył mnie ten stan bycia wyklętym podwójnie. Był nie tylko ścigany przez komunistów, ale też zmuszony do życia na marginesie społeczeństwa. Mógł oglądać swoje dziecko tylko wówczas, kiedy żona potajemnie wynosiła je na pole zboża. W skrajnie trudnych warunkach musiał przetrwać zimę w lesie. Poza tym warto podkreślić wielką wiarę w Boga, która pozwoliła mu przeżyć.

Film pozbawiony jest nieznośnego w podobnych produkcjach – nie tylko o tematyce historycznej – patosu.

To olbrzymia zasługa reżysera, Konrada Łęckiego, który jest niesamowicie wyczulony na fałsz. I nie chodzi tylko o fałsz historyczny, ale też aktorski. Nie ma tu złych czy źle napisanych ról.

Udało się Panu zebrać znakomitą obsadę, wystąpiło kilku znanych aktorów. Imponują również sceny batalistyczne. Jak to możliwe, skoro dysponował Pan skromnym budżetem?

Rzeczywiście przeszliśmy trudną drogę. Myślę, że rzeczy wielkie i wartościowe rodzą się w bólach. Na początku nikt nie chciał nas wspomóc.

A Państwowy Instytut Sztuki Filmowej?

Owszem, mogliśmy złożyć wniosek do PISF-u, ale pod warunkiem, że znajdziemy koproducenta.

Dlaczego?

Bo był to nasz pierwszy film i takie obowiązują zasady. Wysłałem scenariusz filmu do wielu producentów w Polsce, lecz efektem była cisza lub odmowa. Dwóch producentów chciało podjąć temat, ale chcieli mieć możliwość ingerencji w scenariusz.

W jakich sprawach?

Zażądali, by ubecy w filmie mówili innym, łagodniejszym językiem. No i chcieli, żeby znalazł się w filmie jakiś dobry ubek. Takich historii, gdzie wkrada się relatywizm, powstaje bardzo wiele. A my chcieliśmy nazwać czarne czarnym, a białe białym. Prawdę mówiąc, baliśmy się, że język jest może zbyt wulgarny, a będą to oglądać młodzi ludzie, ale przekonał mnie reżyser. Do UB werbowano wielu ludzi z marginesu, z patologii, którzy mówili takim rynsztokowym językiem.

Nie tylko język, ale też wydarzenia pokazywane są bez upiększeń, realistycznie; nie brak również w filmie scen chwilami drastycznych.

Taka była ta rzeczywistość. To również zasługa Konrada Łęckiego, który ma olbrzymią wiedzę historyczną. To, co widzimy w filmie, jest tylko namiastką rzeczywistości tamtych lat. Na przykład „Zapora”, czyli Hieronim Dekutowski, miał wyrwane wszystkie paznokcie, wybity każdy ząb, połamane kości. Tych ludzi traktowano w sposób bestialski, a później zasypywano w nieoznakowanych dołach.

Czy jako producent ingerował Pan w scenariusz?

Nie. Scenariusz na tyle mi się podobał, że dawałem Konradowi pełną wolność. Szanuję zresztą taką twórczą wolność. Oczywiście też w pewien sposób ograniczoną, przede wszystkim budżetem. Film kosztował niewiele ponad 2 miliony złotych. Gdy porównuję to np. do „Wołynia”, na który wydano 24 miliony, czy „Historii Roja”, której budżet wyniósł 12 milionów, wydaje mi się, że dokonaliśmy czegoś wręcz niemożliwego.

Aktorzy grali za darmo?

Nie. Otrzymywali honorarium. Ogromnie pomogły nam grupy rekonstrukcyjne z całej Polski, które przyjeżdżały na plan z własną bronią, tylko za zwrot kosztów dojazdu. Wsparło nas również wiele osób, które udostępniały miejsca zdjęć za symboliczne kwoty. Ten film powstał dzięki pracy i poświęceniu wielu osób. Ekipa, którą zebrał Konrad Łęcki, pracowała w warunkach porównywalnych z tymi, w jakich przebywali niezłomni.

W filmie zagrał Pan porucznika „Wiktora”, dowódcę oddziału żołnierzy niezłomnych. Sam Pan obsadził siebie w tej roli?

To była propozycja reżysera. Dobrze, że nie była to rola główna, bo wtedy nie byłbym w stanie zająć się produkcją filmu.

Kim była dla Pana postać porucznika?

Chciałem, by porucznik z filmu reprezentował sobą niezłomność i zasady. Był dowódcą, który traktował swoich żołnierzy w sposób przyjacielski, może nawet ojcowski. Dawał im wolność wyboru. Mówił im przecież, że kto chce, może się ujawnić, nie ponosząc żadnych konsekwencji z jego strony. Podobne przemówienie wygłosił „Młot” w „Historii Roja”. Jeżeli ktoś chciał się ujawnić na mocy amnestii, to konsekwencji nie było. Natomiast często zdarzało się, że osoby, które się ujawniły, były aresztowane przez UB, torturowane i zabijane.

Film mocno akcentuje także wątek religijny. Na przykład w scenie z różańcem.

Pytałem nawet Wojtka Adamczyka, tytułowego wyklętego, czy to pomysł reżysera, czy sam wymyślił tę scenę. Okazało się, że sam ją stworzył. Te wątki podkreślają, że wiara w Boga ocala.

Kto jest głównym adresatem „Wyklętego”?

Myślę, że młodzież, która mało zna historię współczesną i dzieje żołnierzy wyklętych. Mam nadzieję, że to się zmieni. Już teraz jednak widać olbrzymie zainteresowanie młodzieży tym tematem. Szczególnie 1 marca, w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, a także na naszym facebookowym profilu, gdzie mamy mnóstwo polubień i wpisów związanych z wyklętymi. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama